piątek, 28 sierpnia 2015

Wariackie Prawa Autorskie


Hejo!
W związku z otwarciem Galerii na naszym blogu i całkiem szybkim zapełnianiem jej coraz to nowymi, było nie było - świetnymi - pracami zrobiłam w końcu projekt 'znaków ostrzegawczych' dla potencjalnych złodziejaszków. Głównym składnikiem jest nowe logo 'WPA' i dwa rodzaje dopisków, raczej mało filozoficznych, ale przynajmniej na temat.
Oto one:


1. Mały, z tłem zazwyczaj kontrastującym z samą pracą, bo większość robicie ołówkiem na białej kartce/ścianie ;3. Do wklejenia gdzieś w rogu. Wiem, mało wyszukany, ale nie miał odwracać uwagi od waszych rysunków, a jedynie być ochrończym dodatkiem ;3


2. Większy, bardziej rzucający się w oczy z adresem bloga, ale za to bez tła. Myślę, że dobrze się wkomponuje w większość prac, a prosta czcionka nie będzie mieszać oglądającym w głowie.


Przykład zastosowania: (wybrałam Tix i tak, troszkę zmieniłam ostrość i rozmiary zdjęcia, ale to z czystego przypływu ochoty na eksperymenty x3)


Poza tymi dwoma mogę, jeśli będziecie chcieli, dopisać Wasze imiona/nicki na pracach. To wedle woli. Wstawianie jakiegokolwiek z powyższych znaczków oczywiście nie jest obowiązkowe, ale jeśli macie choćby drobnego świra na punkcie praw autorskich polecam zadanie mi takiej pracy ;3 O, a propos praw - jako twórca logo 'WPA' (choć samą nazwę wymyśliła nasza bystra Wiewióra) ogłaszam wszem i wobec, że oba znaczki są do waszego użytku, więc możecie je skopiować i sami wklejać na Wasze prace jeśli macie ochotę.^^

Tyle ode mnie, mam nadzieję, że trochę się przydadzą x3

~ Fidela Arbuz

czwartek, 27 sierpnia 2015

Od Trash'a do Rex'a - Kiedy Was Nie Było...

        Chyba łatwo wam sobie wyobrazić ulgę jaką chłopczyna poczuł gdy Rex opuścił naturalne pomieszczenie zwane jaskinią zabierając ze sobą (nie na własne życzenie, ale zawsze) tą brutalną blondynę od nagłych sierpowych, która najwyraźniej nie chciała pozostawać zbyt długo daleko od niego, więc wymknęła się chwilę po tym jak jego biały zad zniknął w pobliskich krzaczorach. Problemy pozostawały jednak dwa. W sumie trzy. A w zasadzie to cztery, bo i czemu się ograniczać.
Pierwszym oczywiście i bezkonkurencyjnie była Szalona Dan, mały rudzielec, którego Trash zaczął się ostatnio chorobliwie obawiać. Nie chodziło o to, że była jakaś przerażająca z wyglądu, miała w oczach ukryte iskry nieposkromionego zła czy coś w tym stylu. O nie - ona była bardziej wyrafinowana (wbrew wszelkim pozorom). Choć fizycznie nie mogła mu zrobić najmniejszej krzywdy to samą swoją obecnością, cicho i niepostrzeżenie przyciągała do niego wszelki pech jaki pałętał się po tych ziemiach! Już pominąłby fakt, że na dobrą sprawę to przez nią spotkał tą nieposkromioną watahę - to jej mógł odpuścić, bowiem prawdopodobnie i tak by tu doszedł wykończony głodem, zimnem czy wściekłymi niedźwiedziami. Kto wie. Ale może trafiłby tu wtedy w innych, nieco łagodniejszych okolicznościach przyrody i na wstępie nie wpadałby na białego brutala, który chyba z przyjemnością cisnął go w ziemię (no dobra śnieg, ale też było twardo), a potem na jakieś zgromadzenie obitych szaleńców... Dobra, skończmy ten temat. I tak nie wygdyba ,,co by się stało gdyby". Przynajmniej nie w tej chwili. Jednak pominąwszy tą 'przygodę' ze wstępu to gdzie tylko pojawiała się Dan (a on na początku dość kurczowo się jej trzymał uznając, że będzie świetnym wabikiem i tarczą przeciwko pytaniom) pojawiały się największe dziwactwa planety oraz osoby, których w normalnych okolicznościach raczej by unikał. Najgorsze wyzwanie rzuciła mu gdy o poranku, gdy przedstawiła go tej wielkiej hybrydzie Brego i w dodatku 'niby nie specjalnie' zostawiła ich samych! Jego z NIM! I uciekła w podskokach! Okazało się jednak, że i ona potrafi pobić samą siebie, bo gdy już udało mu się uciec, już był tak daleko, wyczerpany padł na śnieg w głuchej ciszy mając nadzieję, że już ich nie zobaczy ona i tak pojawiła się przy nim z tym swoim uśmiechem na pysku! Z resztą nie tylko z uśmiechem, ale i białym basiorem i dwoma niezrównoważonymi demonami w żeńskiej formie. Jednak póki co to było wszystko co jej mógł zarzucić.
Problem numer dwa stanowiła tak zwana Kami - całkiem wysoka dziewczyna o długich, brązowych włosach, którą chyba niepomiernie bawiło bierne obserwowanie jak on dostaje niezasłużone (?) baty od blondyny, kryjąca swój dziki zaciesz za ponoć szczerymi ustnym przyganami kierowanymi w stronę tejże. Co dziwne owe skutkowały chwilowym zatrzymaniem procesów myślowych u siłaczki powodując jej 'wyłączenie' i nagłą zmianę osobowości (a także krótkotrwałą amnzję), które niestety dość szybko ustępowały kolejnym napadom agresji kierowanej oczywiście ku niemu, bo przecież dużo jej zawinił. Choć to akurat go niezbyt dziwiło.
Kolejne dwa problemy dotyczyły jego ogólnego samopoczucia, które niepokojąco się pogorszyło odkąd wykonał ten swój desperacki maraton i bezsensu życia, o którym stale rozmyślał. One jednak gnębiły go mniej w porównaniu z tym co serwowały mu poprzednie dwa (i jeszcze te, które wyszły), więc chwilowo mógł je uznać za chwilowe niedogodności.


        Siedząc ponuro w kącie miał nadzieję odgrodzić się jakoś od dziewczyn pozostających zdecydowanie zbyt blisko niego i obmyślić plan jakby tu się wydostać z tego bagna. Jednak pękający łeb stanowczo odmawiał współpracy uniemożliwiając wilkowi znalezienie jakiegoś błyskotliwego pomysłu w ciemnych zakamarkach podświadomości. To samo uszy, w których szumiały niewyraźne melodie zagłuszające otoczenie i szczypiące oczy nie chcące rozglądać się dookoła. Czuł się zamknięty i niekomfortowo bezsilny, ale jednocześnie słabł jego kontakt z obiema pannami co akurat dawało mu trochę satysfakcji. Niech do niego mówią, on niedługo ogłuchnie na ich ględzenie i dodatkowo nie będzie ich musiał oglądać. Choć po namyśle dla oka były całkiem przyjemne. No dobra - brunetka była przyjemna. Miała w sobie ten spokojny urok (pomijając fakt delikatnej, a niewątpliwej urody) i kojący uśmiech. Nie zmieniało to jednak faktu, że to jedynie zniechęcało Trash'a do kontaktów z nią - wróg który może zauroczyć twoje zmysły jest sto razy gorszy od tego, który może cię wystraszyć - powtarzał sobie swoje własne słowa mądrości, których kurczowo się trzymał i z którymi nie zamierzał zrywać. Choć to one naprowadziły go na Dan - małe 'brzytkie kaczątko' miało być nieszkodliwe. A niestety nie było. Ale kto wie - może jej piękna kuzynia jest jeszcze gorsza. Ma dłuższe łapy - może udusić.

Pogrążając się w mrocznych pół-przytomnych rozważaniach Trash nie zauważył nawet, że obie dziewczyny zamilkły (dobra, przesadziłam - wyciszyły się z lekka) i obserwowały go uważnie. A wyglądał dość niepokojąco - przygarbiony, ze spuszczonym łbem kiwał się nieznacznie na boki raz po raz lekko pukając w ścianę, a smętny wzrok zawiesił w pustej przestrzeni naprzeciw siebie. 
- No pięknie - Stwierdziła Kam na oko oceniając jego stan, co wcale żadnym wyczynem nie było - Chyba to rzucanie go w śnieg mu nie pomogło. Zobacz, przecież on ledwo siedzi! - Wskazała na niego jakby tuż obok miał siedzieć jeszcze inny burkot i trzeba było sprecyzować o kogo chodzi. 
Była to jednak zasługa genów, gdyż w rodzinie Wargerbundów żywa gestykulacja była koniecznością do uznania za zdrowe dziecko (nie powiem co robiono z tymi markotnymi) i zostawało to na całe życie. A Kami i tak była wyjątkowo opanowaną osobą.
- Otruł się czymś? Ej, Trash'ek co ci jest? - Danka zareagowała natychmiast zmniejszając fizyczny dystans, który dzielił ją od przymułka, co w końcu uderzyło w przytłumione zmysły samca i wywołało uczucie ograniczenia i delikatnej paniki (tzw. syndrom dyskomfortu Husk'a).
 Spojrzał więc na nią starając się wyglądać na w miarę żywego, ale to co odburknął nie było zbyt przekonujące.
- Nic - Wyszemrał i przyłożył głowę do ściany. 
Och, jak miał już dość towarzystwa! Ledwo się obudził, a już zdążyli go zdzielić i osaczyć. Przeznaczenie to go jednak chyba zawsze dopadnie...
- Ogień maleje, niedługo powinno ci być lepiej - Kam zignorowała wzmiankę o otruciu, bo to było wątpliwe patrząc na objawy i chwyciła miseczkę z przygotowanym wcześniej ziołowym napojem - Tylko nie opieraj się cały o ścianę, bo się doziębisz. Jak już musisz to łbem, ale lepiej klapnij na ziemi i już nic nie rób - Poradziła podsuwając mu miseczkę pod łapy i odsuwając mimochodem małą Dan.
- I wypij to. Jest świetne na wszystko! - Uśmiechnęła się dumna ze swej zaradności i porządnie zrobionych zapasów, po czym dodała:
- No... Prawie na wszystko. - Po czym wzruszyła ramionami i oddaliła się by pogrzebać w plecaczku. 
Odprowadził by ją wzrokiem z utęsknieniem czekając, aż odsunie Dankę jeszcze trochę dalej od niego jednak uznał, że poradzi sobie z tym sam, tym bardziej, że wydało mu się to o wiele łatwiejsze niż przekręcanie pulsującej od bólu głowy.
- Choryś? - Spytała Danka znów podchodząc bliżej jednak nie patrzyła na niego lecz na miseczkę, której zawartość wyraźnie ją zaciekawiła. 
Pochyliła się, by lepiej się przyjrzeć, a gdy Trash zaintrygowany ostrożnie zrobił to samo nagle nabrała powietrza w płuca i wrzasnęła jakby Kam nie stała 4 tylko 40 metrów dalej:
- TO ZIOŁA BABCI?! - Husk'owi o mało nie urwało głowy, a odchylił się tak gwałtownie, że i obolałe plecy dały o sobie znać co zaowocowało pełnym niezadowolenia syknięciem. 
W dodatku Kam odruchowo podchwyciła grę:
- I TAK I NIE! - Zaśmiała się zadowolona z zagadki i z reakcji siostry, która zaraz zerwała się z miejsca i podbiegła do niej potrącając Trash'a, który nie stracił równowagi tylko dlatego, że opierał się o ścianę.
Śmiechy, krzyki, starannie wyreżyserowane pretensje i pytania nie chciały się uciszyć i jeszcze przez dobre piętnaście minut wypełniały po brzegi jaskinię uchodząc z niej niespiesznie w stronę dzikiego lasu, ale skupiając się przede wszystkim na rozwalaniu czaszki zwijającego się w kącie wilka.
Co do napoju - Husk wolał nie ryzykować. Jeśli nieznajomy daje ci za nic coś do jedzenia/picia/zażycia/użycia/przetestowania/powąchania/obejrzenia/dotknięcia to nie należy tego jeść/pić/zażywać/używać/testować/wąchać/oglądać/dotykać! (O jeny, już widzę go w roli pedagoga - byłby świetny! XD)
Na krótko po tym jak dziewczęta raczyły się uciszyć i dać biedakowi odrobinę spokoju do ich kwatery wparował Rex z kupą mięcha. I z jeleniem. Czyli powrót gigantów!
Ościsty tylko jęknął cicho gdy zobaczył swoją blond prześladowczynię, jej towarzysza, a Danka wydała z siebie kolejny krzyk.
Resztę historii znacie - Trash nie pokusił się na zabieranie olbrzymowi pokarmu, ale życzliwszym okiem łypnął na Dan, która bez pytania podsunęła mu kawałek jadła pod nos. Skoro już przyniosła... Było świerze, jeszcze ciepłe i raczej nie otrute skoro żarli je wszyscy po kolei. Mógł napełnić nim żołądek bez zbędnych obaw. Tak też zrobił - cichutko i niepostrzeżenie w swoim kąciku. A Rex'owi musiał przyznać rację - biały dobrze wyczuł, że chciałby mieć trochę spokoju. Oczywiście na pewno nie robił tego z jakiś altruistycznych pobudek - dla niego Trash był po prostu intruzem, na którego dziewczyny nie powinny zwracać zbytniej uwagi. A najlepiej by w ogóle go zignorowały. Dziwny typ. No ale jeśli miał mu umożliwić później wymknięcie się to warto było poszukać w nim tymczasowej deski ratunkowej - nawet jeżeli owa deska za samo istnienie potrafiła sprać po tyłku.


Ciąg dalszy albo Ty, albo ja - decyduj x3

Wyniki (którejśtam) Ankietki Szalonej Dan! - Sklepik

        Witajcie dziwnie rozbudzeni Wariaci!
Wykorzystam chwilę Waszej aktywności by podsumować wakacyjną (choć wakacje tak po prawdzie nie mają tu nic do rzeczy) ankietkę dotyczącą naszego wataszanego sklepiku.
Mało nas było gdy wyszło na jaw, że nie zabardzo... nie za... no, że sklepik nie jest tak dobry jak mógłby być i spora ilość osób nie była z niego zadowolona. Przyjęliśmy te głosy jako demokratyczną większość i zaczęliśmy... zastanawiać się powoli co by z tym fantem zrobić.
Zrobiłam kolejną ankietkę.
A w niej co? Zapytałam Was (tak poniekąd na chybił-trafił, ale chyba tym razem na moje szczęście wypadło 'trafił') o konkretne przyczyny niezadowolenia. A oto wyniki!


6 na 13 głosujących osób uskarża się na zbyt wysokie ceny, czy raczej ,,Ceny nieadekwatne do działania przedmiotu". Czyli... wychodzi na to samo.^^" Na pewno da to naszej skąpej oszczędnej Wiewiórze materiał do przemyśleń, ale nie ma gwarancji że wszystkie ceny się zmienią - popracujemy jednak nad tym, by efekt działania kupionego przedmiotu rekompensował stratę ciężko zdobytej waluty.^^



5 na 13 stwierdziło, że za mało jest dostępnych przedmiotów codziennego użytku. Jeśli mam być szczera zaskoczyło mnie to, bo to ten podpunkt napisałam najbardziej na 'chybił'. Jednak trafiony! Bardzo dobrze x3 Przyczyniliście się do mojej osobistej satysfakcji >3 Mam nadzieję, że jesteście dumni!

Ale wracając: może macie jakieś pomysły odnośnie zasilenia naszego asortymentu o nowe dobra? Jeśli tak to piszcie w komentarzach i na pocztę o każdej porze dnia i nocy (i tan nie odbierzemy jak już będziemy spać, więc nie ma problemu) i podzielcie się z nami pracą waszych pomysłowych zwojów mózgowych >3 Może w niedługim czasie uda nam się wyremontować sklepik i sprowadzić nowe dostawy dla Bandziocha ^^


1 osoba stwierdziła, że za mało jest przedmiotów w ogóle, za to nikt nie narzekał bezpośrednio na eliksiry i amulety co stanowi dla nas otwartą bramę do dorobienia większej ich ilości ~



Do tego 1 personie nie pasuje 'jeszcze coś innego', ale co? Nie było w komentarzach, więc mamy z Wiewiórą nad czym się po nocach zastanawiać.



To tyle narazie, bierzemy się do roboty i mam nadzieję, że efekty Was usatysfakcjonują x3

I tak, macie rację - uwielbiam pisać podsumowania ankiet i te wszystkie ogłoszenia pseudo-organizacyjne choć mogłyby być o wiele krótsze - ale co to by była za radocha nękać Was kilkoma tylko danymi podanymi w surowej oprawie? Żadna, kochani, oj żadna! 


~ Fidela Arbuz (Szalona Dan)


Od Ziry i Misy do Hakai i Andzi - Nieoczekiwane Spotkanie


        Misa brodziła dzielnie w śniegu za swoją matką, która nie zawracała sobie głowy tym czy sobie radzi, czy nie. Brzmi to dość… Brutalnie, ale co poradzić? Taki typ.
- Mamo, daleko jeszcze? - spytała po raz enty mała lwica.
Dla niej ta wędrówka była o wiele bardziej męcząca niż dla Ziry, która była większa. Zira nie zwolniła, tylko wywróciła oczami zirytowana. Nie lubiła takiego marudzenia.
- Skąd mam to wiedzieć? – odburknęła - Jak jesteś zmęczona, to usiądź i odpocznij, ale nie wiem czy mnie dogonisz…
Misa najpierw się uśmiechnęła i miała siadać, ale potem mina jej zrzedła. Przyspieszyła, nie chcąc zgubić swojej mamy.
Oprócz skrzypienia śniegu pod ich łapami, nie było słychać nic. Las wydawał się martwy, a dla Misy - wręcz lekko przerażający. Zero żywej duszy, oczywiście nie licząc ich samych. Tylko cisza. Nawet wiatru nie było, ptaków.

******

        Jakiś czas później, Zira znużona szła z opuszczonym łbem. Wtem Misa - która jeszcze niedawno mówiła, że jest zmęczona - wyrwała do przodu jak na skrzydłach. Jej matka od razu uniosła wzrok i wykrzywiła pysk w grymasie niezadowolenia.
„Co ona znowu wymyśliła?”,
Młoda już zniknęła między drzewami.
- Misa!! - zawołała za nią, wywróciła oczami i pobiegła w tym samym kierunku co młoda.
Po chwili ujrzała jakąś budowlę i dwa czarne wilki, które zaskoczone patrzyły na Misę biegającą naokoło nich. Zira patrzyła na tę całą scenę z lekkim niedowierzaniem, lecz szybko odzyskała rezon. W kilku susach dotarła do obcej dwójki i stanęła naprzeciwko nich, tym samym od razu odwracając ich uwagę od Misy. Popatrzyła w czerwone ślepia przystojnego basiora i uśmiechnęła się czarująco, kompletnie nie zwracając uwagi na towarzyszącą wilczurowi waderę i własną córkę.

- Jestem Zira, a ty? - wyciągnęła swą łapę na powitanie, cały czas szczerząc zęby.

Bez urazy Andzia ;p Kto odpisze? ^^

środa, 26 sierpnia 2015

Od Brego do Aspen - Przyjaźń

        - Czemu go spłoszyliście, Skarbie? Fajny był...
~ Phi! Inne poczucie fajności mamy, dobrze, że se polazł, nie potrzebujemy go, niech zamarznie.
- Fe! Skarbie, nie życzy się nikomu takich rzeczy! Skąd wiecie jaki był, nie zdążyliście go poznać nawet, odrazu żeście się go pozbyli.
~ Bo po co nam on?
- Zaprzyjaźniać się trzeba! W przyjaźni siła...
~ Mieliśmy przyjaciół! Wielu ich mieliśmy! I co? Zostaliśmy sami na lodzie, Skarbie! Przyjaźń nie istnieje, puste słowa, nic więcej! ~ Brego splunął w bok i zarżał wściekle powracając myślami do dalekiej przeszłości.
Z drugiej strony... To wszystko wydało się być tak dawno, tyle rzeczy się zmieniło od tamtego czasu.
- Jak tam chcecie, Skarbie, my w przyjaźń wierzymy. – wzruszył ramionami uparcie trzymając się swojego... W końcu miał Blindwind, miał Jennę, a niedawno zapoznał się z Aspen, dlaczego ich nie mógł nazwać przyjaciółmi? Według jego logiki miały wszelkie zadatki na takie oto miano.
~ Żeby to się nie skończyło jak ostatnio... ~ warknął po chwili.
Rana przeszłości była zbyt dotkliwa, żeby druga podświadomość Brego mogła o niej tak łatwo zapomnieć. Z jednej strony chciał poznawać nowe osoby, chciał zawiązywać nowe znajomości, żeby mieć namiastkę tego co kiedyś – przyjaźni, świadomości, że komuś jednak na nim zależy. Z drugiej strony jednak wciąż głęboko skrywał urazę do świata za to jak „wierni przyjaciele” byli osobami, które najbardziej go zraniły...
- Mięcho! – zakrzyknął samiec, gdy zapach świerzej krwi zawitał w jego nozdżach i pobudził żołądek do głośnego upomnienia się o jego wypełnienie.
Wszelkie przemyślenia, konwersacje zostały przerwane, hybryda rzuciła się za zapachem i w mig znalazła jego źródło. Własnym ślepiom nie mógł uwierzyć, gdy natknął się na całą piramidę zabitej zwierzy... Tyle zapachów, tyle mięska, tyle do wyboru!
- O jejku, jejku, jeku! Widzicie to co my! Kto to tu zostawił? Jak można zostawić taką kupę mięska? – ślina ciekła samcowi po brodzie gdy łapczywie pożerał piramidę wygłodniałym wzrokiem.
~ Nie pytajcie! Jedzcie zanim przyjdzie się z kimś dzielić! ~ pogonił go równie rozradowany drugi Brego i bez większego zastanowienia rogaty zaczął pałaszować martwe zwierzaki, jeden po drugim.

******

        - O ja cię, dawno się tak nie najeliśmy, Skarbie... – po skończonym posiłku, z wydętym brzuchem hybryda położyła się na plecach bekając donośnie – Skarbie?
Hybryda rozejrzała się dookoła z zastanowieniem... Nikt nie odpowiadał – cisza w głowie... Gdzie podziała się jego druga świadomość? Czuł się jakby miał dziwny przewiew w głowie... Tak cicho, tak spokojnie... W końcu miał miejsce na wszystkie swoje myśli, nikt mu nie zawracał oraz nie mącił skupienia... Ale to znaczyło tylko i wyłącznie, że...
- Aspen? – szepnął do siebie.
Zerwał się na równe nogi, wziął pełen wdech powietrza pochłaniając wszystkie zapachy, jakie kołowały w powietrzu. Spomiędzy woni krwi zdołał wychwycić delikatny trop hybrydy, za którym podążył pospiesznie... Ale zaraz – był, był... I nagle znikął? Samiec zastanowił się przez chwilę... Pewien pomysł wpadł mu w końcu do głowy – zadarł łeb do góry i zarżał radośnie, gdy na jednej z najwyższych gałęzi dojrzał małe ciałko waderki. Rozpostarł poszarpane skrzydła, huknął nimi kilka razy, po czym uniósł się w powietrze bez problemu pokonując kikadziesiąt dzielących ich metrów.
Radość zawrzała w nim wielka. W końcu osoba, z którą mógł wspólnie przemierzać przestworza, ktoś z kim mógł porozmawiać, ktoś kto nie uciekał, nie oskarżał go o morderstwa, ktoś kto (wydawało mu się) lubił go za to jakim był. No i w końcu ktoś przy kim nie musiał martwić się o swojego drugiego „ja”.
- Dzieńdoberek, dzieńdoberek, szkoda dnia! – zakrzyknął lądując przy niej i nachylając jej się nad uchem - Wstawajcie.
Wadera obróciła się jedynie na drugi bok, mruknęła coś do siebie ignorując kompletnie samca, który przy procesie obracania mało nie oberwał skrzydłem po głowie.
- Idź... Daj spać... – mruknęła.
- No ej... Nie róbcie nam tego, wy też nie chcecie się z nami zadawać? – zapytał z żalem w głosie, poczym przeskoczył przez małą, tak by usiąść od strony jej głowy, skok zamortyzował jednym uderzeniem skrzydeł, by nie nadwrężać gałęzi.
Mimo wszystko hybrydy były zbyt wysunięte na środek gałęzi, która może była w stanie udźwignąć każdą z osobna, jednak nie obydwie na raz. Słychać było tylko ogłuszający trzask, po czym cała dwójka runęła w dół wraz z odgałęzieniem drzewa. Wyrwana z półsnu Aspen nie zdołała w porę załapać co się dzieje i szamotała się z naporem wiatru, który uniemożliwiał jej prawidłowe rozłożenie skrzydeł. Brego miał ten sam problem, tyle że on szybciej niż wadera zbliżał się do ziemi oraz miał mniej czasu na obmyślanie strategi. Na upartego rozpostarł skrzydła, jednym szarpnięciem całego ciała obracając się tak, że wiatr uderzył w rozciągniętą błonę co gwałtownie go wyhamowało.
- Ha! Udał... – radość samca nie trwała długo gdyż Aspen, która zdołała w końcu złapać wiatr pod skrzydła, próbując go wyminąć nie spodziewała się nagłego rozpostarcia przez niego skrzydeł co zakończyło się bolesnym zderzeniem.
Niczym wielka kula futra obie hybrydy runęły z łoskotem na ziemię, lądując tuż obok gałęzi, która najszybciej znalazła się u podnóża Chwasta. Impet spowodował, że dwójka rozbiła się i oboje zostali odrzuceni w przeciwnych kierunkach.
- Oż w mordę... Za starzy jesteśmy na to... – mruknął samiec, któremu świat wirował przed oczyma, a obolałe ciało uniemożliwiało wygramolenie się z gęstwiny krzaków, w którą wpadł...


Aspen? X3

Od Andromedy do Hakai - Znalezisko


        - Przejdą mostem po drugiej stronie wyspy. W sumie to mogą iść po lodzie o ile znów nie pęknie. - Powiedziała Andromeda patrząc za odchodzącym Rex'em i Danią - Biedacy, pewnie się rozchorują na następny dzień. Powinniśmy ich bardziej pilnować.

- Nie przejmuj się, dadzą sobie radę. - Powiedział Hakai i ruszył gdzieś w las nad jeziorkiem pozostawiając wilczycę samą.
- Gdzie idziesz? - Spytała Andzia ruszając za nim, ale wilk przyspieszył - Ej! Hakai! - Krzyknęła gdy wilk zaczął biec przed siebie jak wariat. 
Andromeda ruszyła jednak za nim z uśmiechem. Bieganie za swoim partnerem - najlepsza zabawa na świecie! Zasady są proste, biegniesz aż dogonisz, wywalasz się na partnera, a później się śmiejecie tak, że cały las słyszy wasz przeraźliwie głośny i wariacki śmiech. Ale czy mogło być inaczej? Czy w innym wydaniu ta zabawa byłaby fajna? Oczywiście, że nie! Tylko z tymi zasadami ta zabawa była ciekawa. Tu trzeba się wywalić i się śmiać na całego. Andromeda znając zasady przyspieszyła wymijając każde drzewo, które dosłownie przed nią co sekunda wyrastało z ziemi. Śnieg był niejakim utrudnieniem, ale gdyby wilk jej zniknął mogła by bez problemu pójść po jego śladach. Nie potrzebowała tego jednak gdyż powolutku udawało jej się nadrabiać stratę. Niestety po kilku minutach Hakai przyspieszył albo to ona zwolniła. Postanowiła się jednak zdać na siłę w tylnych łapach, które teraz pracowały jak nigdy. Zebrała w sobie całą siłę i ponownie przyspieszyła doganiając wilka, który przed nią uciekał. Po około dziesięciu minutach Andromeda zdołała dogonić czarnego jak smoła wilka, który nie zwracając na nią uwagi nadal biegł przed siebie. Andromeda biegła tuż obok niego w nieznanym im kierunku, a jednak oboje mieli tę samą trasę. Jakby oboje mieli jeden cel, jakby widzieli dokładną linię mety, wyznaczoną trasę. Biegli tak jeszcze bardzo długo gdy nagle przed ich oczami ukazało się coś dziwnego. Coś czego Andromeda jeszcze nigdy nie widziała na oczy. Dwa wilki po kilku minutach dostrzegły budowlę. Coś czego, nie potrafił robić żaden wilk, to nie mogło być dzieło wilka. Jakieś inne zwierzę musiało tu być kiedyś przed nimi. 
Kamienny, ale nie wysoki mur krył równie niewielki, ale kamienny pałacyk. Miał zniszczony dach i zniszczone okna. Andromeda wraz z partnerem zwolnili przy bramie zamieniając swój bieg w wolny chód. Rozglądali się obserwując mały pałacyk, na który jeszcze nigdy tu nie trafili. Mieszkali tyle czasu i nie zdarzyło się tu nikomu trafić. Na to w każdym razie wychodziło, bo nikt nie chwalił się odkryciem zamku na ich terenach. W sumie to latem i późniejszą wiosną było go pewnie ciężko dostrzec, ponieważ tuż obok pałacu rosły ogromne drzewa, które z pewnością dobrze zasłaniały pałacyk, czy jak tam się nazywała ta kamienna budowla.
- Jak myślisz, czy możemy tu być? - Spytała szeptem Andromeda szukając oznak życia, co jakiś czas spoglądając na bramę, którą zdążyli już minąć. 
Kto wie, może jednak ktoś tu mieszka? Choć na śniegu nie było żadnych śladów świadczących o tym by ktoś tu jednak przebywał.
- Nikogo tu nie ma więc chyba tak, poza tym to coś jest na naszych terenach.
- Wejdziemy do środka? - Spytała Andromeda patrząc na dziurę w drewnianych drzwiach. 
Z pewnością by się zmieścili. Najwyżej byliby nie proszonymi gośćmi.  
- Jasne, przecież nie zostawimy tego tak. Trzeba sprawdzić czy ktoś tu jest. - Odpowiedział Hakai mówiąc równie cicho jak Andromeda, która robiła to ze względu na bezpieczeństwo.
- Masz rację. Ciekawe kto to zbudował? - Spytała, a wilk odpowiedział jej wzruszeniem ramion, oznajmiając jej tym, że nie zna odpowiedzi na jej pytanie - W takim razie później spytamy Alvy, ona się na tym zna. - Powiedziała, obserwując budowlę, która kiedyś musiała być naprawdę piękna. - Jeśli nikt tu nie mieszka to chcę naprawić ten dach i ogólnie to wszystko jakoś... Naprawić.
- Jak ty to niby zrobisz?
- Jestem w o tyle dobrej sytuacji, że należę do raczej normalnych wilków i na coś wpadnę. - Powiedziała Andzia podnosząc lekko głowę z szerokim uśmiechem - A ty mi pomożesz, o ile swoimi dziecięcymi pomysłami nie zniszczysz tej budowli jeszcze bardziej. - Szkoda, że ich zabawa nie dobiegła końca.
 Oboje powinni teraz leżeć w śniegu i się śmiać tak, że by ich rozbolały brzuchy po kilku minutach. No cóż, może następnym razem to zrobią, bo teraz mieli lepsze zajęcie. 


~Hakai? Pisaj dalej bo ja nie mam weny~

Od Aspen - Próby Zaśnięcia

        Przeciągnęłam się z głośnym ziewnięciem tylko po to by obrócić się na drugi bok i kontynuować sen. Bez łupków, bandaży, maści i innych dziwactw jakie miałam na sobie tuż po walce. Gdy wszyscy się zebrali na ognisku po walce ja ruszyłam sobie na wycieczkę do lasu, na krótkie całonocne polowanie i posiedzenie samemu. Teraz chciałam przespać choćby i pół dnia, niestety... Świat chyba nie podzielał moich planów, a przynajmniej ten uporczywy ptaszek kwilący gdzieś nad moim uchem.
- Jeśli się nie przymkniesz dodam cię do moich trofeów z ostatniego polowania! - Warknęłam patrząc na pierzastego a następnie na sporych rozmiarów kupkę zwierząt.
Głównie saren i królików, jednego dzika i coś rysio podobnego. Okolice były pełne jedzenia i mogłabym upolować nawet łosia, ale kto lubi łosie? Najlepsze dla mnie zawsze były długouche, może i mało mięska, za to jakie pyszne... Nie mogłam jednak wrócić mając jedynie zające, przecież musiałam się pochwalić moimi umiejętnościami, stąd niebotycznych rozmiarów jeleń, a ryś sam się napatoczył i ot cała historia. Położyłam łeb z powrotem na konarze i usiłowałam znów zasnąć... Ha! Dobre sobie, mój nowy wróg numer jeden nie zrobił sobie nic z pogróżek i śpiewał w najlepsze.
- Chodź tu ty mała paskudo! - Skoczyłam na skowronka przepłaszając go.
Ptaszek wzbił się w powietrze a ja za nim. Czułam lekkie rwanie w mięśniach, ale leciałam nie najgorzej.
- Patrz jak to się robi pisklaku! - Krzyknęłam do niego i przyspieszyłam lotu zostawiając ptaka gdzieś daleko za sobą.
Pędziłam jak wiatr, niedościgniona wykonywałam powietrzne ewolucje. Dobrze, że Alva czy Silva mnie nie widziały, ale by mi się dostało. Usłyszałabym pewnie coś w stylu, że mam oszczędzać skrzydło. Czcze gadanie, mogę im jeszcze dziś zaprezentować jak latam. Wykonałam jeszcze jedną karkołomną sztuczkę po czym zamarłam w powietrzu.
- Widziałeś? Tak się lata żółtodziobie! - Zaśmiałam się do małego towarzysza, ale ptaszek znikł, uciekł i tyle go widziałam.
Kiepski z niego kolega, najpierw budzi a później nawet nie potowarzyszy. Wróciłam do mojej zdobyczy, ale gdy tylko się zbliżyłam moim oczom ukazał się niedźwiedź dobierający się do jedzenia.
- Hej! To nie dla ciebie! - Zaatakowałam z powietrza pikując jak pocisk w kark zwierzaka i wbijając mu ostre kły.
Przez myśl przeszedł mi pomysł by i jego upolować, ale następnie pokazał się problem, miś ważył zapewne ponad tonę, a ja ledwie kilkadziesiąt kilo. Jak miałabym go zanieść? Nawet w pysk go nie zmieszczę. Gdy tak myślałam misiek zamachnął się łapą starając się mnie pozbyć. Ówcześnie już przewidziałam ten ruch i odskoczyłam jak sprężyna, tylko po to by znów zaatakować bez chwili wytchnienia. Rozwścieczony niedźwiedź starał się ze mną walczyć, jednak w końcu sobie odpuścił i uciekł. Widać że młody, dojrzały niedźwiedź zazwyczaj nie odpuścił aż go się nie zabiło. Prychnęłam zadowolona z przegnania ponad dwukrotnie większego przeciwnika. Nagle coś mnie ukuło w podświadomości. Skuliłam się czując ból jaki rozrywał mi głowę tysiącami szpilek. Przed oczami przewijały mi się obrazy, mnóstwo obrazów, nie byłam w stanie zapamiętać ani wyłapać poszczególnych. Na jednym zatrzymało się dłużej, na czarnym wilko-podobnym cieniu przewyższającym niedźwiedzia. I znów ruszyło, kolejne obrazy rozrywały mi głowę. Nagle spokój. Stałam dysząc ciężko i łapiąc powietrze jakby ostatnie minuty spędziła pod wodą.
- To ty? Myślałam że nie żyjesz? - Odezwałam się widząc szarego wilka który zaatakował mnie kilka dni temu.
Nie odpowiedział. Rzucił się na mnie, ale nim do mnie doskoczył rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pozostała jedynie kupka flaków i kości która też zaraz zniknęła. Zacisnęłam powieki i potrząsnęłam głową. Tyle lat nic, tyle lat żadnej wskazówki a teraz nagle zaczęły mnie dręczyć koszmary, zwidy i dziwne napady. Miałam tego dość. Gdy otworzyłam oczy przybrałam na pysk szeroki uśmiech. Pochwyciłam wszystkie zdobycze jakie wsadziłam na prowizoryczne sanki i zaczęłam ciągnąć w stronę Chwasta. Tam wszystko zostawiłam jak ktoś zgłodnieje to sobie weźmie, a ja idę się wreszcie wyspać. Wlazłam na najwyższy konar i zasnęłam. Niestety i tutaj nie dane mi było zaznać spokoju...


<Tak wiem... Same nudy, muszę się rozkręcić, ale może jest ktoś chętny?>