niedziela, 26 lipca 2015

Od Hakai do Andromedy i Dani - Tajna Broń??

        Tak, pamiętał tą osóbkę, na bank... Takich osób się nigdy nie zapomina, choćby mózg wasz został wyprany ze wszystkich wspomnień, a dusza przeniosła się do innego wcielenia – nawet wtedy nawiedzały by was sny, gdzie małe, rude pieski, na pozór radosne i pełne życia, tak naprawdę tylko zastępowały rolę kolorowego klauna w koszmarze, którym był owy sen zapowiadający się tak niewinnie i błogo...
Hakai znów przeżył małe zawieszenie oraz spięcie w szarych komórkach pod nagłym napływem informacji, pytań oraz tematów, jeden z drugim praktycznie w ogóle nie połączony żadnym wątkiem – chyba, że liczyć podteksty, których takie osoby jak Trash doszukać by się tu mogły bez liku.
Alfa uniósł do góry łapę, do której mała przyssała się jak na lepik nie chcąc puścić oraz wymachując nią jak kijem na wszystkie strony dając do wiwatu jego stawom, a także kościom, które niekoniecznie przeginały się w miejscach, gdzie rudej by się wydawało. Jendak nawet będąc na wysokości jego pyska dziewczyna nie załapała aluzji i trzymała się kurczowo jego kończyny. Czerwonooki potrząsnął nieco łapą, dopiero wtedy udało mu się ją wyślizgnąć z uścisku waderki, która klapła na tyłek w miękki puch.
Od kiedy to po takich turbulencjach było się w stanie podnieść odrazu i normalnie funkcjonować? Dało się jakoś wyłączyć to gadające rude coś? Przyduszenie nic nie dawało, zgniecenie się nie powiodło... To co innego?! I nagle do głowy Hakai wpadły najróżniejsze pomysły! Przypomniał sobie bowiem o wulkanie, latających wyspach, wysokich wodospadach... Potrząsnął jednak prędko głową. Był Alfą! Jego zadaniem było pilnować oraz chronić członków, a nie szukać sposobu na ich unicestwienie już po pierwszym niepełnym dniu ich pobytu w watasze (nawet jeżeli ich celem było wyszczerbienie mu zgryzu drewnianym fletem oraz wyrwanie na żywca ręki, żeby móc ją sobie potem powieścić na ścianie w jaskini jako ozdobę z napisem „Kolejna osoba, która próbowała ze mną zawrzeć znajomość).
Nie wiedzieć czemu waderka właśnie tak mu się kojarzyła – ciekawe czy to przez jego ogólną nieufność do świata, czy przez tą podejrzanie wyszczerzoną, gadatliwą mordkę, która rozsyłała wokół siebie dziwne impulsy, tworząc nietypową aurę.
- Ekhem...
Hakai wyrwał się z zamyślenia, zamrugał kilka razy i rozejrzał po zebranych, którzy patrzyli na niego wyczekująco. Samiec odchrząknął zmieszany swoją chwilą nieobecności, ale pospieszył z odpowiedzią na (miał nadzieję) jej ostatnie pytanie.
- To jest Andromeda, nasza druga Alfa, od niedawna moja partnerka. – powiedział uśmiechając się do wadery, po czym z zadowoleniem patrząc na Dan wzrokiem jakby mówił „Patrz, patrz! Udało mi się! Znalazłem!” (czyli spojrzenie, które najczęśniej posyła wam wasz pies, kiedy wygrzebie jakiegoś starego buta w ogrodzie ^^)
- Oooo! To ja wam gratuluję! – wykrzyknęła Danka, zanim złotooka zdążyła chociażby drgnąć, gdy basior ją przedstawił – Życzę wam, żebyście ze sobą wytrzymali jak najdłużej! Żebyście mieli mnóstwo szczeniaków i nie mniej wnucząt, którym to będziecie opowiadać jak to tam za lat swojej młodości taranowaliście z radością bezbronnych członków swojej watahy!
Czerwonooki dyskretnie odsunął swoją prawą kończynę, żeby znów nie spotkał jej brutalny los, jednak tym razem rudzielec rzucił się na jego lewą łapę oraz znów przeszedł do bezlitosnego procesu obluzowywania jej w stawie, przy okazji zasypujac go poradamy, gratulacjami i różnymi tego typu pierdułami. Andromedę po chwili spotkał ten sam los... Hakai zaczął się zastanawiac czy to aby na pewno bezpiecznie trzymać takich osobników wśród swoich, co prawda posiadał o wiele bardziej nieprzedwidywalnych wojowników, którzy potrafiliby pogruchotać czaszki oraz kości jednym uderzeniem, ale Dania... Ona bez kontaktu cielesnego umiałaby zagiąć wroga oraz zapewnić to, że już nigdy nie wróci w te strony... Czyli były też jakieś dobre strony!
- Powiedz nam lepiej jakie masz plany na dzisiaj. – jęknęła Andromeda desperacko próbując zmienić temat i przerwać bolesne gartulacje, bowiem nie chciała już dalej wystawiać na próbę wytrzymałości swojej łapy.
Danka oderwała się od niej w podskokach uradowana z zadanego jej pytania.
- W sumie to jeszcze nie wiem, dzień się dopiero zaczął, nikogo tu nie znam, a tereny są mi jeszcze obce, więc wielkich planów tu sobie nie porobię. Na razie moim celem było zapoznanie się z innymi członkami watahy, żeby dowiedzieć się na czym stoję... – dziewczyna musiała się koniecznie dowiedzieć czegoś więcj o wilkach z watahy, bowiem nie każdy mógł być taki życzliwy oraz chętny do testowania swoich stawów, trzeba było szybciutko otakować towarzystwo i dowiedzieć się komu lepiej w drogę nie wchodzić, a komu mogła ręce obrywać do woli, a uszy strzępić na wiórki - ... Przynajmniej takie plany miałam zanim świat zawirował mi przed oczyma, a mózg przeżył chwilowe niedotlenienie. – zakończyła swoją wypowiedź, podczas której przerzucała dziwko wzrok z Hakai na Andromedę i z powrotem tak, że Alfę aż bolały oczy, gdy patrzył na waderkę.
- To może my cię oprowadzimy? Zapoznasz się z niektórymi, powiemy ci co i jak? – zaproponował Hakai, w końcu taka była rola Alfy, musiał zadbać o swoich nowych członków, a także zadomowić ich jakoś w nowym dla nich otoczeniu... Sczególnie, że Dankę musiał mieć chwilowo na oku oraz upewnić się, że dotrą do niej jego uwagi co do osób oraz miejsc, w których pobliżu nie powinna się raczej znaleźć...


Danka? X3

Od Dan do Hakai i Andromedy - Witamy w Wariatkowie!

Dan (bez śnieżnej otoczki)
        Tropiki to zupełnie inna sprawa. Przyznacie sami, może i jest tam wilgotno tak, że nie odróżnisz potu od oblepiających cię oparów, słońce grzeje w mordę, a robale wielkości oka próbują za wszelką cenę wlecieć ci do uszu, ale nie trzęsiesz się z zimna. Nawet w nocy. Dan co prawda też tego teraz nie robiła - zbyt była zajęta skakaniem i powtarzaniem sobie w myśli 'zaraz będzie ci cieplutko' by starczyło jej czasu na dreszcze - ale odczuwała dotkliwie spadek temperatury w porównaniu z jej rodzimymi stronami. W czasie podróży z Trash'em nie zaobserwowała takiej zimnicy. W ogóle to był chyba najzimniejszy poranek jaki przywitał ją odkąd jest na tym świecie. W sumie to nawet miłe - nowe doświadczenia warto zapamiętać, kiedyś będzie mogła o tym opowiadać wnukom kłębiącym się przed jej zgarbioną sylwetką posiwiałego gargulca, kiedy już się ich dorobi. A póki co musi uzbierać dla nich mnóstwo przeróżnych opowieści, by się nie znudziły w jej towarzystwie (choć bardziej prawdopodobne, że zagada jej na śmierć). Podskoczyła ciut wyżej łapiąc w płuca zimne, choć rześkie powietrze i opadła w śnieg, który tutaj - poza ścieżką sięgał jej niemal do łopatek. 
Całą noc spędziła w towarzystwie wielkiego kociaka-Brego więc rano nadal trzymając w futerku jego ciepło nie przejęła się wszechogarniającycm mrozem i mogła w spokoju się rozruszać. Potem musiała biegać to tu to tam między Husk'iem, a weteranem, a potem jak ruda strzałeczka przeleciała kilkaset metrów by porozmawiać z dziewczynami. Podniecenie, które bardzo szybko ogarniało jej organizm niezwykle ją rozgrzewało i miało też taką zaletę, że wraz z jej temperamentam utrzymywało się bardzo długo. Serce waderki biło jak szalone, krew wrzała w żyłach i krążyła żwawo po całym organiźmie, który pozostawał w bezustannym ruchu (zwłaszcza mięśnie szczęk oraz język). Niestety - kiedy oddzieliła się od towarzystwa stopniowo zaczęła się uspokajać, a chłodne powietrze, oraz kryształki lodu, w których tonęły jej kończyny odbierały jej ciepło dając się jej powoli we znaki. Kiedy w końcu to do niej dotarło i postanowiła się nad tym głębiej zastanowić doszła do wniosku, że niestety zbyt mały zapas tłuszczu w jej ciele, krótkie futerko oraz duże uszy i nos są przeciwieństwem przystosowania do życia w chłodnym klimacie. Mogła wytrzymać deszcz, mogła wytrzymać powódź, duchotę oraz upały (chociaż jej loki nie znosiły wilgoci), ale zimno nie było niestety dla niej. Lubiła bawić się w śniegu, wskakiwać w zaspy i rzucać w innych śnieżkami, ale co potem? Niestety kiedyś i ona musiała usiąść, emocje opaść, a zęby zacząć dzwonić o siebie. To nie napawało entuzjazmem. Jak tak dalej pójdzie, to nie dość, że będzie musiała więcej jeść (tylko skąd ma niby wziąć coś do szamania jak gryzonie się pochowały?) to i resztę zimy przesiedzi w jaskini. A co gorsza najpewniej z dala od większości watahy! Nie! Nie! Nie! To już nie było fair wobec samiczki.
Z tak niewesołymi myślami przemierzała samotnie ośnieżoną trasę nadal podskakując i uśmiechając się wbrew wszystkiemu bardzo radośnie. Nuciła też sobie jakąś żwawą melodię, więc na zatroskaną na pewno nie wyglądała. Może na z lekka zamyśloną, a to akurat była prawda, bo nawet nie zdążyła zarejestrować dwójki czarnych wilków pędzących na nią w postaci powoli formującej się kuli z mięśni i śniegu. Kiedy na ułamek sekundy przed uderzeniem odwróciła łepek w ich stronę oczywiście było już za późno. Gwałtownie zmiotło ją z ziemi, coś ją przygniotło, coś przydusiło, na zmianę czuła zimno podłoża i ciepło dwóch obcych ciał. Aż w końcu już tylko ból i niesamowity ciężar, który czuła gdy próbowała złapać oddech. I jakiś straszny hałas... Na zmianę próbując zaczerpnąć powietrza, uwolnić się spod niespodziewanych terrorystów i zrozumieć co się właściwie stało zrozumiała, że ów hałas to śmiech, leży przygnieciona przez dwa czarne osobniki i co więcej zapach jednego z nich zapamiętała z wczoraj. Na bank był to ON!
Tylko najpierw jednak trochę powietrza!
W czasie gdy samiec unosił się śmiechem jego partnerka powoli zaczęła zwracać uwagę na otoczenie w tym na fakt, że coś skrobie ją w nogę, a spod Hakai wystają jakieś dziwne szczątki...
- HAKAI! - Krzyknęła nagle i zerwała się z miejsca co i wilka od razu postawiło na nogi, myślał bowiem, że coś się stało.
- Co jest? - Spytał wlepiając w nią zaniepokojone spojrzenie. Czyżby coś jej się stało? Chyba się nie zraniła!?
- Zobacz, tu ktoś jest! - Powiedziała wadera od razu zabierając się za 'odśnieżenie' małej Dan, która chwilowo nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Oż faktycznie! - Hakai o mało nie palnął się w czoło. 
Nie zauważył jej! Jego... Co tam tak właściwie leżało?
A Dan była gotowa Andzię porządnie wycałować za to, że ją uwolniła! Wreszcie mogła złapać trochę powietrza w płuca, co niestety skończyło się potężnym atakiem kaszlu, gdyż mróz z pierwszym, głębokim wdechem porządnie podrażnił jej gardło.
- Co... KHH... wy...HRH... ała... KHYY, KHY - Zipała padłwszy u ich stóp i rozpłaszczając się bezsilnie na śniegu dając im przy okazji czas na wymianę spojrzeń.
- Ej, mała nic ci nie jest? - Spytał Alfa delikatnie trącając ją łapą. Przypomniał sobie, że już wczoraj spotkał tą dziewczynę, co więcej - przyjął ją da Wariatów. Tylko wtedy wydawała się trochę... Żywsza.
Andromeda już otwierał usta by coś dodać, gdy ruda momentalnie przybrała pozycje pionową, o mało nie zdzielając pochylonego nad nią wilka w szczenę i otrzepując się ze śniegu (+10 do dodatkowych zawrotów głowy) wypluła z siebie pierwszy słowotok:
- Strasznie mnie przestraszyliście, co wy tak wogóle KHH, KHHH AAARGHH! Ok, nic mi nie jest, robicie? Jesteście ciężcy, wiecie!? Normalnie nie myślałam, że tutaj dzieją się takie rzeczy, a jednak dzieją! U nas w rodzince też były świry, tarzali się całymi dniami, ale lepiej nie powiem wam co się z nimi potem stało... KHH - Wygadała uporządkowując jakoś swoje ośnieżone loczki - W ogóle to TY! - Ryknęła gdy w końcu oderwała się od swoich włosów i spojrzała na samca, z którym wczoraj udało jej się porozmawiać - To wiele wyjaśnia! Miło cię znowu widzieć! - Na jej twarzy znów pojawił się uśmiech i tak jak ostatniej nocy chwyciła jego łapę, by porządnie nią potrząsnąć. 
- Czyli jesteś aż takim szaleńcem, że wpadasz na bezbronne rudzielce? No fajnie, zapowiada się obiecująco w tej waszej watasze! - Zaśmiała się nadal nie dając mu się wyrwać z uścisku - Wczoraj sobie właściwie nie pogadaliśmy, ale skoro już na mnie leżałeś, to chyba dziś nie zwiejesz tak szybko, co? O! A to ktooo? - Zapytała z żywym zainteresowaniem odwracając się w stronę wgapiającą się w nią z ciekawym wyrazem pyska wadery.



Hakai? Andzia? x3 Może Hak, bo Andzi nie ma ^^"

Od Hakai do Andromedy i Dan - Bałwany

        Poranek był lodowaty. Ze snu nie wyrwały go miłe promienie słońca, ani kojący głos Andromedy (jak to miał nadzieję, że się stanie) tylko gryzący, przenikliwy chłód, który posłał mu dreszcze po całym ciele, aż szczeknęły mu zęby. Hakai otworzył szeroko oczy, mróz rozbudził go odrazu. Samiec wstał, z jękiem prostując stawy, które boleśnie zaskrzeczały. Prędko obudził waderę, która spała u jego boku, żeby nie wychłodziła się jeszcze bardziej. Samica jednak w ogóle nie odczuła przez noc chłodu, bowiem czerwonooki tak owinął się wokół jej skulonego ciałka, że działał jako podręczny izolujący grzejniczek, dzięki czemu całą noc było jej ciepło i tylko basiorowi mróz dał po garach. Dopiero teraz, kiedy Hakai odsunął się od niej poczuła jak zimny jest poranek, nie potrzebna była więc pomoc samca, strzał mrozu obudził także wilczycę. Gdy wstała pierwsze co zrobiła to usiadła obok towarzysza, wciskając się w niego, żeby odzyskać uciekające ciepełko.
- Fajnie, z partnera stałem się podręcznym grzejnikiem? – mruknął z udawanym obużeniem klekocząc szczęką.
Andromeda zaśmiała się i spojrzała na niego życzliwie parą złotych oczu, pod których spojrzeniem Hakai nie umiał się gniewać.
- Tak. – odpowiedziała wytykając mu czubek języka, jednak szybko go schowała, żeby nie odmrozić go sobie – Moim grzejniczkiem. – zaakcentowała pierwsze słowo merdając ogonem.
Hakai zaśmiał się razem z nią, po czym Andromeda wstała, kiwając głową, żeby poszedł za nią.
- Chodź, trzeba zejść z tego zimna, bo zamarzniemy na kość. – stwierdziła, kiedy Alfa zrównał z nią krok.
- Dobry pomysł, a najlepiej na rozruszanie i rozgrzanie... Kto pierwszy do drzewa! – rzucił przez ramię pędząc już przed siebie.
Andromeda przewróciła oczyma, nie wierząc w dziecinadę jaką odstawiał jej czarny basior o poważnym mianie Alfy, jednak również ruszyła pędem, w końcu był to dobry pomysł na rozgrzanie organizmu w taki ziąb.
Całe wyścigi polegał na tym, że biegli ramię w ramię, gdyż biegli z taką prędkością, by nie dali rady jedno drugiego wyprzedzić... Czyli pod koniec pędzili już na złamanie karku jak dwie czarne zjawy przemierzając biały las, który rozbrzmiewał tylko tupotem łap, krzęstem śniegu oraz trzaskiem łamanych zmrożonych gałązek krzaków.
Kiedy wielke drzewo pojawiło im się już na widnokregu przyspieszyli do maksymalnych prędkości wzbijając już wokół siebie takie tumany śniegu, że jedynie ich pyski było widać. Jednak mimo starań Andromedy Hakai wyprzedzał ją powoli coraz bardziej obejmując prowadzenie. Nie chcąc wyjść na przegraną, dziewczyna odbiła się od ziemi naskakując na pędzącego samca. Prędkość oraz impet uderzenia spowodowały, że jedno z drugim przeturlało się na łeb, na szyję w kłębku czarnych futer, w chmurze białego puchu.
Ich śmiechy rozebrzamiały na polanie pod drzewem, kiedy zdołali się w końcu zatrzymać. Z czarnych wilków stali się nagle biali, gdyż śnieg pooblepiał ich rozgrzane ciała robiąc z nich dwa białe bałwany, które leżały teraz jedno przerzucone przez drugie, a świat wirował im przed oczyma jak zwariowany. Nie zwracali uwagi na poobijane kości, które na bank następnego dnia będą im się dawały we znaki, napadła ich taka głupawka śmiechu, że leżeli dławiąc się śmiechem, w ogóle nie zauważając małej, rudej osóbki, która leżała pod nimi, walcząc o powietrze, które skutecznie jej odbierali przygniatając jej płuca.

W sumie to z - już dobrze wszystkim znanej rudej osóbki - został tylko wielki biały bałwan z czarnym nosem, gdyż młoda para fikołkując sobie radośnie zmiotła ją razem ze sobą gdzieś w połowie drogi tak, że zdezoriętowana waderka resztę podróży spędziła na obijaniu się między roześmianą dwójką, koniec końców ladując jako amortyzująca poduszka...

Andromeda? Dan? (Raczej Dan, w końcu to ona tu walczy o życie ^^")

piątek, 24 lipca 2015

Uwaga Konkurs! >D

Hejo!
Co powiecie na mały konkursik nie wymagający już żadnego pisania, a jedynie czytania (bądź świetnej pamięci) i troszeczkę czasu? Wyniki mogą być bardzo ciekawe, zaraz wyjaśnię szczegóły ^^
A oto i one:
W związku z długą nieobecnością... Większości osób wpadłam na pomysł konkursu-przypominajki. Chodzi mianowicie o to, by po przejrzeniu wpisów z miesiąca zwanego popularnie LIPCEM zagłosować na dwa ulubione posty (z wyłączeniem swoich własnych) i przesłać swój wybór... Albo Ani na howrse, albo tu na chama pod postem wypisać, jeśli tak będzie wam wygodniej x3
Oba posty mogą być jednego autora, pisane z punktu widzenia jednej i tej samej postaci, czy też zupełnie różnych twórców. Jeśli chcecie możecie oczywiście dodać co Was w danej opowieści najbardziej urzekło, może to być dla nas wszystkich jakaś wskazówka na przyszłość :3
Przy okazji przypomnimy sobie trochę co się działo, komu to mamy odpisać, kogo by wypadało zaczepić i ogólnie jak się sprawy mają. Zachęcam do udziału i liczę na długą listę głosów <3


Swoją drogą nie wiem, czy w tym konkursie będą jakieś nagrody (to już zostawię w łapkach Wiewióry), ale myślę, że jeśli to wasze posty otrzymają najwięcej głosów to satysfakcja będzie gwarantowana >D



Jeszcze raz zachęcam do głosowania (hmm, w sumie brzmi jak ankietka ~) i pozdrawiam wracających!

~ Fidela Arbuz 

środa, 22 lipca 2015

Od Trash'a do Brego - Każda wymówka jest dobra, by odzyskać spokój!

        Chyba nie muszę mówić co przeżywał Trash gdy ogromna hybryda złapała go za kark i uniosła bez żadnego pytania (a tym bardziej jego zgody) w powietrze. Oczywiście nie liczył na to, że ktokolwiek będzie się tu liczyć z jego nędzną opinią, resztkami własnego zdania czy choćby osobą jako taką. Ale nie przypuszczał też, że będzie nie tylko poniewierany, ale i zrobią z niego 'samolocik', albo cholerną rakietę przy okazji o mało nie urywając mu głowy. No dobra, niech im będzie już ten samolot, byle by obyło się bez kontaktu cielesnego! Brrr, jak on tego nienawidził! A wielkie łapsko Brego trzymało go mocno - twarde poduszki (poduszki, akurat! Przegniłe opony i tyle!) za nic miały jego kolczaste futerko i nie zamierzały chociażby krwawić. Z resztą chodzenie po śniegu, notabene lodowatym, mogło je dodatkowo znieczulić. Ale dobra, pomińmy to.
Gdyby tak Brego trzymany był w klatce (podwójnie zabezpieczonej i najlepiej ogólnie - niezniszczalnej) i można by było z odległości go poobserwować, chłopak na pewno przeznaczyłby na to nie jedną godzinę w ciszy (czy może po jakimś czasie oswajania wtrącając pojedyncze wyrazy) przyglądałby się, nasłuchiwał i analizował jak dwie jaźnie potwora ścierają się ze sobą na zmianę manipulując jego jedynym ciałem. Bądź co bądź było to fascynujące zjawisko - niezwykła choroba psychiczna, okaz jeden na wiele tysięcy, może nawet jedyny w swoim rodzaju - szkoda by było to zostawić bez żadnego komentarza, czy chociażby dokładnego nagrania w pamięci i wsadzenia wyimaginowanej kasety do równie nieprawdziwej szufladki z napisem 'cholernie niebezpieczne, ale zaczepiście ciekawe'. Oj tak, puste oczy i dwa różne głosy - w sumie szkoda, że dziwoląg nie miał źrenic, może i one zmieniałyby swój kształt zależnie od dominującej w danej chwili części jego osobowości. 
Jednek teraz Trash miał to gdzieś. Jedyne co go obchodziło to to, że mutant jest na wolności, dotyka go, co więcej! - podrzuca nim totalnie ignorując jego opinię, ale z samym sobą żywo dyskutując. W sumie Brego pasował do światopoglądu chłopaka opierającego się na mizerności jego samego i tego, że wszyscy do około i tak mają go gdzieś. Ale swoją drogą - nie mógłby go gdzieś wyrzucić zamiast ze sobą (NA SOBIE!) nosić? Właściwie było to gorsze od zabawy w rakietę. Ościsty ledwo znosił dotyk palców weterana na swoim karku, a co dopiero gdy musiał przylegać do jego grzbietu niemal całą spodnią powierzchnią ciała (Yaoi fangirls screaming). Oczywiście zerwałby się jak oparzony gdyby nie:
1) wysokość
2) strach przed reakcją hybrydy na niespodziewany ruch
3) gęba Brego
I był uziemiony. Niestety zupełnie nie tam gdzie chciał. Doprawdy już wolałby to wspólne drzewo niż te plecy... Chwila, drzewo? Mimo szoku wsłuchał się uważniej w słowa olbrzyma. 
A więc tutejsi śpią na drzewie, z którego można się zwalić? Pięknie. Totalni porąbańcy. No, ale gigant pomyślał o tym, że Trash wolałby spędzać noce (i dnie i całą resztę czasu) osobno. Prawidłowo. Nawet zasugerował znalezienie mu domku... Nie, podziękuje. Sam znajdzie sobie jakąś norkę gdy już się od nich wszystkich uwolni. A przede wszystkim - od NIEGO. Już zaczął obmyślać plan ucieczki gdy druga jaźń hybrydy odezwała się znowu, wypowiadając znamienne słowo 'morderstwo' szczerząc się przy tym szaleńczo. Gdyby chłopak nie był od dłuższego czasu spięty do granic możliwości pewnie zemdlałby po raz trzeci od czasu spotkania tej watahy (czyli licząc dokładnie od wczorajszego popołudnia) i bezproblemowo zsunął się z grzbietu oprawcy. Ale nie, świadomość nie chciała się wyłączyć i dać mu chwili wytchnienia. Ale to dało Trash'owi czas na dojście do wniosku, że w sumie złoczyńcza część paskudy nie miała racji. To drzewo bardziej nadawało się do SAMOBÓJSTWA niż jakiegoś głupiego morderstwa. Zamordować można wszędzie, wystarczy mieć kły, ale okaleczyć się samemu... Nie tak łatwo znaleźć tak dobre miejsce. A jak nie uda ci się raz to możesz wejść na wyższą gałąź i spróbować ponownie! Hybryda ma pecha, ta banda świrów rozpaćka się nim zdąży wbić w nich te swoje puste oczy. Może zdążą to zrobić jeszcze przed Husk'iem.
Minuta, dwie... Ględzenie Brego, jak i równomierne kołysanie jego łopatek zaczęło samczyka nużyć, a przy okazji z lekka wyciszać. Na tyle, że w końcu zebrał się w sobie, by coś powiedzieć. Coś dość dla niego ważnego.
- E-ej... - Jęknął odruchowo wbijając pazury w kark bestii, czego nawet nie poczuła. Wyłapała za to cichy dźwięk i odwróciła głowę.
- Tak Skarbie? - Spytała całkiem przyjaźnie szczerząc się, co psuło cały efekt - Słuchamy cię.
- Cz-czy... - zebrał się w sobie - Muszę z ciebie zejść! - Niemal krzyknął podłamanym, choć udającym stanowczy ton.
- Czy musisz? - Hybryda powtórzyła niefortunnie sklecione zdanie, które uznała za najzwyczajniejsze w świecie wyjąkane pytanko - Nie, nie musicie, możecie tam jeszcze trochę posiedzieć - Odparła dobrodusznie.
~ Choć swędzi nas twój kolczasty tyłek ~ Wyburczała po chwili złowieszczo, a Trash stracił wolę dyskusji na kolejne, długie minuty przepełnione głośnym przełykaniem śliny i ciągłe besztanie się w myślach za to idiotyczne, wyjąkane 'cz-czy'. 
W końcu bestia weszła na wąską (przynajmniej z jej perspektywy), wydeptaną, a teraz pokrytą świeżą warstwą mieniącego się w promieniach słońca puchu, ścieżkę ciągnącą się między rudopniastymi sosnami i kolonią wysokich świerków. Powietrze było rześkie, przejrzyste i suche, a las wypełniony łagodną, zimną ciszą. Oboje na chwilę zapatrzyli się w ten krajobraz i jak na komendę wciągnęli w płuca świerze powietrze. Dopiero przy wypuszczaniu go z powrotem Husk zorientował się, że zachowuje się zbyt swobodnie, ale postanowił wykorzystać ten stan, by w końcu zrobić to, co chciał zrobić już od dłuższego czasu. Gdy hybryda była na wydechu, sprawnym ruchem zsunął się z jej grzbietu i wylądowawszy w śniegu (aż go przeszły ciarki od nagłego spadku temperatury) podreptał szybko w stronę jej przednich łap, żeby nie budować wrażenia ucieczki (to mogło wywołać jakiś niespodziewany akt agresji, czego rzecz jasna wolał uniknąć) i nim Brego zdążył ponownie otworzyć usta (przy czym wpaść w dwujaźniowy monolog i jałowe dyskusje ciągnące się nieraz o wiele za długo) wytrajkotał:
- Słuchaj, przerwijmy to nasze zwiedzanie, muszę w krzaki.
Hybryda spojrzała zdziwiona na zdesperowanego młodzieńca, z początku nie rozumiejąc o co chodzi, po czym, gdy dotarło do niej znaczenie zasłyszanych słów zaśmiała się porozumiewawczo i usiadła na śniegu.
- W porządku, rozumiemy Skarbie, rozumiemy. 
Trash już odetchnął, gdy wtrącił się najmniej porządany gość:
~ Chwila! A co wam się tak nagle zachciało, co? My tu trzymamy, a wy sobie pobłażacie i nasze starania macie za nic!? - Ryknął Brego wściekły, że nie okazują mu odpowiednio dużej dawki szacunku. 
- Ja mam mniejszy pęcherz! - Jęknął Trash rozdzierająco i spojrzał błagalnie na bestię. Niech chociaż teraz się uspokoi!
- No, co racja to racja, zobacz Skarbie jaki on malutki, pewnie ma pęcherz wielkości orzeszka, nic dziwnego że go ciśnie. - Łagodna strona Brego była pełna współczucia.
~ To niech nie pije!
- Ależ nie można cały czas nie pić! Ususzyłby się tylko....
~ I dobrze! Lubimy chrupki!
- EJ! - Krzyknął wilk przerażony, że słyszy takie rzeczy, po czym zesztywniał zestresowany swoim krzykiem. 
A olbrzym znów spojrzał w jego stronę. Najlogiczniejszym więc było w akcie totalnej desperacji jakoś to wykorzystać.
- Mogę już iść? - Nacisnął młody cedząc słowa przez zęby, co dawało wrażenie, że już ledwo trzyma. Kto by miał serce go w tej chwili powstrzymywać?
- No idźcie, idźcie, tylko szumu nie naróbcie, tu ptaszki śpią - I przykładając palec do czarnych warg Brego wskazał na schowane wśród pobliskich gałęzi gniazdo, zupełnie pomijając fakt, że przed chwilą kłócił się ze sobą na dwa (mocarne) głosy.
Trash odetchnął po raz drugi i od razu ruszył, nie czekając aż samiec się rozmyśli, to byłby przecież jego koniec! Krok jeden, drugi, trzeci... Coś się nie zgadza. Czwarty... Obrócił się błuskawicznie i łypnął ponurym wzrokiem na wiernie towarzyszącą mu sylwetkę weterana. A ten uśmiechnął się beztrosko niczym szczeniak i zaczął nasłuchiwać świergotu jakiś upierzonych maleństw, które pomieszkiwały tu nawet w srogą zimę.
- Czy... - Szepnął, a Brego ocknął się i spojrzał z powrotem na niego.
- Co mówiliście Skarbie? - Szepnął nachylając ku niemu swe ucho.
- CZY CHCESZ PATRZEĆ JAK LEJĘ!? - Krzyknął Trash, aż hybrydę zabolała głowa po czym spojrzał na niego już nie z przerażeniem, a absmakiem i zmarszczył brwi.
- Jak nie, to przestań iść za mną, chcę trochę spokoju! - Wykrzyknął stanowczo, tupnął, najeżył się i znikł w krzakach. 
To już drugi raz gdy Brego mógł zaobserwować u niego ten rodzaj zachowania. Szkoda, że nie wiedział, jak rzadko się to zdarza i nie mógł docenić uroków takiego wybuchu - w końcu wtedy naprawdę Husk zaczynał wyglądać jak młody wilk, dumny drapieżnik, a nie kolczasta szmata. Ale bywa. A Brego przynajmniej mógł teraz zająć się sobą, w końcu jego nie lubiąca towarzystwa strona tego od dłuższego czasu pragnęła.
Tymczasem Trash pognał przed siebie, bez pamięci mknąc między chudymi pniami drzew, omijając krzaki, bądź też przebijając się przez nie z zamkniętymi oczami. Praktycznie bez tchu pobijał własne rekordy szybkości narażając organizm na przeciążenie, ale mając to jednocześnie zupełnie gdzieś. Byle by się uwolnć od tego monstrum. Od tych świrów. Od tej przeklętej watahy!
I biegł tak o dziwo ponad pół godziny nim padł wyczerpany na roztapiający się pod jego nagrzanym ciałem śnieg, gdzieś daleko od reszty wilków. Daleko od tego cholernego ogniska, daleko od wilko-węża, od Danii, od samozwańczej siostruni i latających widelców. Daleko od wszystkiego czego się bał (z wyjątkiem niedźwiedzi, niedoboru witamin i grypy) i po raz pierwszy od dawna naprawdę szczęśliwy, choć pół-przytomny i wykończony. Ciężkie dyszenie i szaleńcze bicie serca to jedyne co słyszał, a rozmazany obraz jasnobłękitnego nieba poprzedzielanego soczyście zielonymi baldachimami z igieł jedyne na co był w stanie spojrzeć. Jego wargi wygięły się w lekkim uśmiechu, a kończyny zastygły w bezruchu. W końcu cisza. W końcu trochę spokoju.


No kochani, w końcu udało mi się zabrać za jakieś opowiadane! Mam nadzieję, że Wam się podoba, Brego - sorasy, że Cię jednak ostatecznie zostawił xD.

Co prawda mój panikarz uciekł dość daleko od obozowiska, nie dałam też żadnego znaku, by ktoś miał dokończyć, ale oczywiście jeśli chcecie możecie Trash'a czepnąć - zawsze kiedy chcecie możecie pisać do moich postaci, nie ważne czy już z kimś rozmawiają, czy są gdzieś same ;3
I teraz się okaże, że nikogo to nie obchodzi ;U;
Nie no, tak serio, to wiem, że na razie większości z was nie ma i że i tak macie różne sprawy wataszane do podokańczania, ale jakby ktoś jednak był zainteresowany... Wiecie gdzie mnie szukać x3

poniedziałek, 20 lipca 2015

Od Angel do Jaskra - Złodziejka Poetka


<Jeny... Dawno nie pisałam tą postacią. Całe... Chwila! Tylko 27 dni? ._.
Cholercia, myślałam że co najmniej kilka miesięcy. No nic! Uprzedzam
was jednak, że trochę wyszłam z wprawy w posługiwaniu się i pisaniu
opek tą postacią. Ale dobra! Jakoś to będzie>

        Angel siedziała na śniegu. Cześć wilków wciąż spała w najlepsze,
zmęczona po nocy spędzonej przy ognisku. Kilku innych członków stada
zaczęło ze sobą rozmawiać, gdy uznali, że dalsze leżenie nie ma sensu.
Jedni kręcili się bez celu, drudzy siedzieli w ciszy i ich
obserwowali, a trzeci połączyli się w niewielkie grupki i gdzieś sobie
poszli. Gdzie i w jakim celu? - tego dziewczyna nie wiedziała. Ale też
nie miała zamiaru zadawać sobie najmniejszego trudu, by się tego
dowiedzieć.
Piper po prostu siedziała w miejscu i bez sensu bazgrała po śniegu.
Nie była genialną poetką, ale co jakiś czas zdarzało jej się w
niewyjaśniony i nie do końca zrozumiały sposób połączyć czasowniki z
rzeczownikami i przymiotnikami, tworząc coś co na upartego można by
nazwać "wierszem". Chociaż kundelka nigdy tak o nich nie myślała. Dla
niej były to po prostu bazgroły, nic więcej.
Kiedy suczka skończyła pisać, pochyliła się nad tekstem i zaczęła go
po cichu czytać.

Widzę jak księżyc wstaje
I swe oblicze chmurzy,
Gromy i błyskawice
I złą nam porę wróży.
Nie ruszaj w drogę nocą,
Tak się o ciebie boję.
Księżyc na niebie wstaje...

Tekst, który kundelka napisała na śniegu był dość dziwny, ale miał w
sobie pewien ukryty urok. Angel, czytając go sama nie mogła się
zdecydować, czy jest smutny, straszny, czy trochę tajemniczy. A jakby
tego było mało, niektóre zwrotki mówiły o szczęściu i nadziei. Mała
złodziejka zgrabnie połączyła wszystkie te elementy, które na pierwszy
rzut oka nie powinny do siebie pasować. Ale ona i tak myślała o swoim
wierszu, jak o kolejnym bezużytecznym śmieciu.

Lecz nowy wiatr powieje
I smutki me rozwieje
Powrócimy razem, do górskiej doliny
Znajdując oazę spokoju, łączącą nasze krainy.
Nie ruszysz w drogę nocą,
Już się o ciebie nie boję.
Widzę jak księżyc się kłania,
Żegnając nas oboje.

"Kończy się zbyt szczęśliwie." , pomyślała, gdy porównała ostatnie
linijki z pierwszymi. 
Jednak Piper nie miała zamiaru niczego zmieniać.
Nie chciała mieszać w rymach i konstrukcji wiersza. Poza tym jej "czas
natchnienia" właśnie się skończył, więc nieważne jak bardzo by się
starała, i tak już niczego nie napisze.
- Może powinnam zetrzeć to gówno? Zrobię światu ogromną przysługę. -
mruknęła do siebie. 
Nie starła jednak wiersza, tylko dalej się w niego
wpatrywała, jak zachipnotyzowana. Do czasu, aż usłyszała hałas, który
wybudził ją z transu.
- A co my tutaj mamy? - dziewczyna nie była pewna, czy obcy mówi o niej,
czy jej bazgrole. W przeszłości wielokrotnie nazywano ją "czymś", więc
nie byłaby to dla niej nowość.
- Angel. Dla przyjaciół Ann. - była to pierwsza osoba, której suczka
zdradziła swoje imię. Jednak wilk zdawał się być lekko
zdezorientowany.
- Co? Ohhh, mówiłem o twoim wierszu. Nigdy nie nazwał bym damy "czymś".
Wilk uśmiechnął się w jeden z tych sposobów, przez który Angel miała
ochotę dać mu w pysk.
"Jaką ku*wa damą?!"
- To nie jest żaden wiersz. Poza tym zaraz go ścieram.
- Jeszcze nie skończyłem czytać. - odparł spokojnie.
- I nie skończysz. A teraz mnie przepuść.
- Jeszcze tyko kilka fragmentów.
Angel zmrurzyła oczy i uśmiechnęła się do nieznajomego.
- To z ciebie zostanie kilka fragmentów, jak mnie nie przepuścisz.
Basior spojrzał na nią i zaśmiał się serdecznie.
- Zabawna jesteś.
- Nie jestem. A teraz odczep się od tego wiersza. Albo nie. Czekaj, mam
lepszy pomysł.- teraz wilk zupełnie odezwał wzrok od bazgrołów.
- Cóż to za pomysł, Annie?
"Annie?!"
- Układ. Dam ci doczytać pod jednym warunkiem.- wilk uśmiechnął się, a
Piper pomyślała, że gdy jest radosny, wygląda jak nastolatek.
- A jaki to warunek?
Samica wzruszyła ramionami.
- Twoje imię...? -t eraz basior się rozpromienił.
- Jaskier. Miło cię poznać, Annie.
Piper podeszła bliżej do jasnego wilka i przybiła mu "piątkę".
- Dobra, warunek spełniony. Chcesz to czytaj.
Po tych słowach  Jaskier znów zaczął wpatrywać się w bazgroły małej
złodziejki. Dziewczyna czekała aż skończy. Nigdy by się do tego nie
przyznała, ale była ciekawa jego opinii. Zwłaszcza, że wilk wyglądał
na kogoś obeznanego w tym temacie. Takich jak on rozpoznaje się od
razu.

Jaskier? Wybacz mi Nyan, że dałam ci kolejne moje opko do dokończenia.
Zawalę cię tymi dokończeniami XD

sobota, 11 lipca 2015

Nieobecności

        Jak widać lista nieobecnych w te wakacje nic innego nie robi tylko wydłuża się i wydłuża, do bardzo pokaźnych rozmiarów - niestety *^*
No ale cóż, od czego są wakacje? Na pewno nie od siedzienia w domu przy komputerze (od tego, moi kochani, jest rok szkolny ;P). Dlatego też ja również wyjeżdżam i zostawiam blog w rękach Fideli, Nyan oraz Tommy, z racji tego jednak, że nasze wyjazdy się tak trochę nakładają (Ja, Fidela i Tommy) jeden na drugi to będzie okres kilku dni, kiedy blog będzie nieobsługiwany przez nikogo ^^"
Oczywiście jeszcze jest Nyan, ale ona walczy zażarcie o dostęp do komputera, więc tak trochę układ w kit :/
Ale tych co zostają prosimy ładnie o cierpliwość i wytrwałość, a Nyan życzymy szczęścia w wojnie o technologię (no i ja osobiście proszę, żebyś mi Kocie wybaczyła to, żem Cię tak wystawiła trochę oraz rzuciła na głęboką wodę z tym wszystkim ^^") x3

Sin of Sorrow x3