sobota, 21 marca 2015

Od Andromedy do Hakai - Łaskotki!

        Andromeda spojrzała na wilka, który się położył obok niej.
- Nie widziałam, że trafie na swojego brata. Ciesz się, że mnie wtedy nie widziałeś... - Ale mimo wszystko to i tak przez Andromedę Hakai musiał gadać z Zafiro.
Gdyby wcześniej na niego nie nawrzeszczała to kazałby jej pewnie wracać ze sobą. Wszystko zakończyłoby się na nieprzyjemnej rozmowie, gdzie Zafiro powiedziałby jej że jest jeszcze za młoda na takie związki. I przez dobry tydzień jej brat odciągałby ją od Alfy. Doskonale wiedziała co czuł jej brat, będzie ciężko trafić na niego przez dobry tydzień. Zaszyje się w najmroczniejszym miejscu całej watahy musząc pogodzić się z wyborem swej siostry. Z pewnością stanie się jeszcze bardziej szorstki wobec innych. Nawet do Andromedy nie będzie chciał się odzywać, a jej prośby będą olewane przez dosyć długi czas.
Nagle jej rozmyślnie przerwane zostało przez długie wycie. Czyli że się zaczęło, Zafiro był zły - co było bardzo delikatnie ujęte. Czemu nie potrafił się pogodzić z tym, że Andromeda ma swoje zdanie i nikt nie powinien jej mówić co powinna robić? Wycie było przeraźliwie głośne, jakby Zafiro wył tuż przy niej. Po chwili wycie zastąpiła cisza, Zafiro pewnie podbiegł w stronę gór rozwalając wszystko po drodze, niczym dzik... W końcu mu przejdzie i pogodzi się z decyzją Andromedy.
-Przepraszam cię, Hakai. - powiedziała wilczyca dotykając nosem futra na szyi wilka leżącego tuż przy niej - Nie chciałam abyś rozmawiał z moim bratem. Zapomnij o nim, najgorsza rozmowa z nim jest już za nami. - wzięła głęboki oddech wciągając zapach futra wilka. Uśmiechnęła się delikatnie i zamknęła oczy. - Chciałam być przez chwilę sama, to jest całkiem przyjemne, gdy idziesz przez las i myślisz o jakichś dziwnych rzeczach.
- O czym myślałaś? - spytał Hakai przenosząc wzrok na wejście do jaskini.
- O drzewach.
-Co? Myślałaś o drzewach? – dopytał, przywołując na twarz dziwną minę.
- Nie rozmawiajmy o tym. Od tego zaczęła się cała kłótnia z moim bratem. - powiedziała wzdychając i kładąc głowę na łapach.
Nie lubiła kłócić się z Zafiro, ale jak tu się nie denerwować skoro jest taki natrętny. Nigdy nie opowiadał jej jaki był w dzieciństwie. Może się wstydził? Z dzieciństwa znała tylko jedną jego historię, wiedziała jak to się stało, że jego oczy emanują błękitnym światłem. Żadnej innej historii nie usłyszała. Za to usłyszała głośne burczenie dochodzące z brzucha Hakai. Uśmiechnęła się i podniosła z ziemi. Miała pomysł jak mogła sprawić, aby Hakai choć na chwilę się uśmiechnął.
-Hakai, masz łaskotki? - spytała zbliżając łapę do wilka.
Ona miała łaskotki na całym ciele, więc zawsze unikała tej zabawy. Nie czekając na odpowiedź wilka, zaczęła go łaskotać.


~Hakai? Przestańcie się dąsać.~

piątek, 20 marca 2015

Od Hakai do Zafiro i Andromedy - Rozmowa z (najprawdopodobniej) przyszłym szwagrem...

        Hakai spojrzał za Andromedą, nie odkleił od niej zdziwionego wzroku, póki jego szyja nie mogła wykonać dalszego obrotu. Wtedy dopiero odwrócił powoli głowę, zmieniając szybko wyraz twarzy na neutralny. Odchrząknął i usiadł.
Pięknie, Andromeda zostawiła go sam na sam ze swoim bratem, z którym się pokłóciła, a potem powiedziała, że są razem. Wprost wyśmienicie załatwiła tą sprawę, do tego teraz zwaliła mu tego niezadowolonego, nadopiekuńczego wilczura na głowę, chyba tylko po to, żeby wkrótce zostać na nowo singielką i pomóc watasze szukać nowego Alfy.
- A więc... Ponoć już wszystko wiesz. – stwierdził, próbując zacząć rozmowę i rozładować napięcie, które powstało między nimi, marne rezultaty.
Zimne oczy samca wlepione były w niego, wydawało się wręcz że gdzieś głęboko jest w nich iskierka wrogości.
- Jeżeli choć włos jej z głowy spadnie, jeżeli cokolwiek jej się przy tobie stanie, ja nie ręczę za siebie. – rzekł nagle przyciszonym głosem, zimnym jak lód, aż ciarki Hakai przebiegły po plecach, choć wyraz twarzy zachował niezmieniony – Jakakolwiek krzywda... – teraz ich nosy znajdowały się milimetry od siebie - ... A w watasze będzie o jednego Alfę mniej.
Zimne oczy basiora, jego chłodny ton głosu oraz wrogość w oczach wywarły na nim wrażenie, jednak jako Alfa nie wypadało mu tego okazywać. Wstał powoli na cztery łapy, prostując się tak, że przewyższał Zafiro o pół głowy. Uniósł lekko ogon do góry okazując dominację i sugerując, że błękitnooki trochę na za dużo sobie pozwala w stosunku do Alfy. Zaf cofnął się o kilka centymetrów, zmieniając wyraz twarzy, jednak ton jego oczu dalej był niezmieniony.
- Zapewniam cię, Zafiro, - zaczał półgłosem równie chłodno – że Andromeda będzie przy mnie bezpieczna, że nie pozwolę nikomu, ani niczemu jej skrzywdzić. Daję ci słowo Alfy. – dodał.
Wilczur nic nie powiedział, kwinął sztywno i krótko głową, po czym odwrócił się, odchodząc. Dopiero kiedy zniknął w zaroślach, Hakai odwrócił od niego wzrok, rozluźnił spięte mięśnie i odetchnął cicho.
- Poszło lepiej niż myślałem. – mruknął pod nosem, ruszając w ciemności jaskini do wadery, która już siedziała w jej cieniach, jedynie jej złote oczy widoczne w ciemnościach – Mi kazałaś siedzieć w środku, a sama poszłaś na przechadzkę? I jeszcze zwaliłaś mi na kark Zafiro, dzięki. – mruknął, kładąc się obok niej.
Położył jej pysk na łapach zamykając oczy, ogarnęła go nagle ogólna niechęć do wszystkiego, mógłby do wieczora przesiedzieć w tej jaskini, a potem już tylko pójść spać.
Jego żołądek jednak miał inne plany, gdyż zaczął się głośno domagać jedzenia, Hakai go mimowszystko zignorował...


Andzia? Nie znam Zafiro za dobrze, więc to całe opowiadanie jest zapewnie trochę kiczowate ;-;

czwartek, 19 marca 2015

Od Blindwind do Raphael'a - (Kolejne) Załamanie Psychiczne

        Wadera wpierw nie wiedziała co się stało. Rozległ się huk jakby stado słoni dołączyło do walki, a potem grobowa cisza.
Wilczyca skulona pod drzewem dyszała ciężko, jakby to ona sama brała udział w tej bitwie. Ta cisza... Po wszelkich rykach i warkotach chrapliwy oddech Rex’a wydawał się wręcz szeptem. Ale co z Raphael’em? Czy któryś z tych trzasków był jego nieszczęsnym kręgosłupem, albo czaszką? Rex leży pocharatany i jest już trzema łapami na tamtym świecie? Czy po porstu leżą i wykrwawiają się na śmierć, nie mając nawet siły na dalszą walkę?
Nagle rozległ się śmiech, potem dudnięcie, gdy coś bezwładnie padło na ziemię.
„MATKO! ZABIŁ GO!” przerażenie ścisnęło jej serce oraz gardło, poczęła się dusić oraz brakło jej powietrza. Złapała się za futro na piersi i wbiła pazury we własne ciało. Następnie rozległ się ponowny huk „WYKRWAWIŁ SIĘ! WPĘDZIŁAM ICH DO GROBU!”
- Blind, spokojnie, żyją. – zapewnił ją szybko Renji, który przegapił większość walki, gdyż gdzieś na początku zemdlał.
Wind odetchnęła z ulgą, a radośc była taka wielka, że aż łapy pod nią wydawały się być z galarety. Szczęście jednak nie trwało długo, po chwili nastąpiła gwałtowna złość i samica ruszyła szybkim krokiem w stronę samców.
- Jak ja im, cholera jasna, zaraz wygarnę! Ja im dam walki, kurde szczeniaki, kulki testosteronu! A mówią, że to kobiety mają problemy z hormonami! Głupki chorzy na głowę! – warczała pod nosem, wycierając łzy z policzków i gładząc mokre futro, co wyglądało nader zabawnie, ponieważ przez chwilę skakała na trzech łapach, tracąc równowagę i chwiejąc się niczym pijana.
- O matko... – szepnął Rex przewracając oczyma, kiedy ją zobaczył, choć wywołało to niezmierny ból w jego klatce piersiowej.
Dopiero teraz kiedy adrenalina opadła, a wojownicze szaleństwo wyciekło z ich ciał, samce czuły straszliwy ból przy każdym, najmniejszych ruchu.
- CZY WAM SIĘ JUŻ KOMPLETNIE NA MÓZGI RZUCIŁO?! – wrzasnęła aż uszy zabolały – Czy wy w ogóle myślicie?! Dobrze się czujecie, czy trzeba te wasze zdebilniałe głowy leczyć?
- Niewinna... Walka... – wykrztusił Raph, jego słowa oddzielane kaszlem i potokiem krwi, która napływała mu do pyska z twarzy oraz pocharatanej jamy ustanej.
- TYLKO WALKA! A miał być TYLKO sparing! – jej furia zwróciła się na czarnego basiora – Tą swoją walką roznieśliście pół polany! Co gorsza! Może jestem ślepa, ale dam głowę, że wyglądacie jakby was przez gawrę pełną niedźwiedzi przeciągnął!
- Gorzej. – mruknął Renji, który szybko po tych słowach schował się za plecy przyjaciółki, gdyż Rex uciszył go wrogim warknięciem.
- Przyszłam tu tylko po małą, lekką pomoc, żeby uciszyć moje skołatane nerwy,a tym czasem dostałam takiego strzały paniki oraz przerażenia, że już chyba wolałabym siedzieć do końca życia w żalu i niewiedzy! – jej gardło powoli zaczęło chrypnąć.
- W takim razie... Żeby to wszystko nie poszło... Na marnę – Drzazga usiłował wstać, jednak zaniechał zamiaru – Co... Z twoją pomocą? – zwrócił się do Blizny.
- Zamieniam się w słuch. – rzekł jednooki.
Blindwind czuła się teraz straszliwie głupio. Jej prośba wydawała się teraz tak mało ważna, nie była warta w ogóle tej całej bijatyki i potoku krwi. Położyła uszy po sobie zwieszając głowę.
- Ja... Ja chciałam się tylko dowiedzieć, czy Jenna żyje. – szepnęła.
Rex westchnął, dźwigając się do pozycji siedzącej na drżących łapach. Jego ciało już dawno nie wydawało się być takie ciężkie.
Uniósł jedną łapę. Raph przyglądał mu się z zainteresowaniem. Nagle na rozpostartym łapsku zabłysł pokaźny płomień, który chwilę później spadł na ziemię. Jednak zamiast się rozprzestrzenić jak normalny ogień on rozprysł się na wiele kawałków i rozmieścił w poszczególnych i nierównowmiernie od siebie oddalonych punktach. Małe płomyczki przybrały postacie wilków, większych, mniejszych... Raph dostrzegł z zaskoczeniem, że są to podobizny wilków z watahy – wydedukował to bardziej z logiki, bo żadnych oprócz Wind i ptaka nie widział.
U stóp Blizny było skupisko czterech płomyczków – jeden ogromny, drugi nieco mniejszy, trzeci o wiele mniejszy od poprzedniego, a ostatni zupełnie maleńki. Następne trzy znajdowały się bardzo daleko od nich, skupione w jednym miejscu, kolejne dwa były w ciągłym ruchu, jeszcze dalej od poprzednich. One nie trzymały się ziemi, śmiagały w powietrzu niczym małe ogniste muszki – jeden z nich był ogromny, jednak ich sylwetki były nie do rozczytania, zbyt szybko się poruszały. Na szarym koniuszku polany znajdował się samotny ognik, mały i niewinny, brnął mozolnie przed siebie...
- Jenna.  – szepnął Renji.
- Żyję?! – Wind aż podskoczyła w miejscu – ONA ŻYJE! REX, JESTEŚ KOCHANY! – w tym momencie cała furia i skrucha były zapomniane, samica rzuciła się na oślep wielkoludowi na szyję, który musiał ją łapać, gdyż dość porządnie chybiła celu.
Następnie stała się rzecz, która spowodowała, że Drzazdze szczęka opadła do samej ziemi.
Wojownik przygarnął do siebie dziewczynę ogromnym łapskiem i uścisnął ją delikatnie, a na jego twarzy igrał delikatny uśmiech. Ten krwiożerczy furiat, który był gotów rozmazać Raphael’a po polanie teraz tulił się z małą waderką, która przy nim wydawała się drobna niczym szczeniak. W tej chwili pojął, że ta dwójka jest dla niego kompletną zagadką.
W tej całej radości i przytulaninach nikt nie zauwarzył jednego płomyka, który towarzyszył małej Jennie na jej drodze do domu. Zanim jednak ktoś go spostrzegł Rex zgasił płomyczki.
Wadera odlepiła się od wilczura. Tuląc się do niego cała umazała się krwią, a parę drzazg z jego ciała powbijało się w nią. Pod naciskiem dopiero poczuła wszelkie ogromne kawałki drewna utkwione w jego ciele. Było jej to jednak obojętnie, jej przyjaciele żyli, a Raph... Raph, miała nadzieję, się wyskrobie z tego wszystkiego ze wszystkimi łapami oraz wybaczy jej zaszłą akcję – w co jednak silnie wątpiła.
- Możemy już wracać? – wtrącił Renji, który miał już serdecznie dość tego dnia.
- Ale Rex, trzeba mu pomóc... – stwierdziła Blindwind.
- Dam radę. – rzekł – Przechodziło się przez gorsze. – i po tych słowach z wielkim trudem oraz bólem dźwignął się na cztery łapy, odwrócił się i zaczął odchodzić, chwiejnym, niepewnym krokiem. Na granicy polany zatrzymał się jednak – Ej, Drzazga. – warknął do grzebiącego się na nogi samca, spojrzał na niego przez ramię swym złotym okiem, w którym zapaliły się wyzywające iskierki – Do następnego. – po tych słowach ruszył już w ciemne zarośla, z głośnych rechotem wypełnijącym nocną ciszę.
- Raph, daj pomogę ci. – z tymi słowami dziewczyna znalazła się już przy boku towarzysza, choć dałby sobie radę sam, podparła go chcąc pomóc mu wstać.
- Dam radę. – stwierdził.
Dziewczyna przeczuwała, że teraz będzie na nią zły, mało tego – wściekły! Przecież przez nią mało nie stracił życia, ta cała walka i uszczerbek na jego zdrowiu było wszystko z jej winy. Wadera zwiesił głowę ruszając za towarzyszem w kierunku granicy.

******

        - Raph, ja cię naprawdę przepraszam! Nie wiedziałam, że to się tak skończy. Ja naprawdę myślałam, że tyko tam wejdziemy i wyjdziemy, ja nie chciałam, wiem to moja wina, będziesz wściekły, ale to jakoś będzie. Ja ci pomogę, zaopiekuję się tobą, znam się trochę na leczeniu, tylko błagam wybacz mi to wszystko... – gdy tylko naleźli się na swoich terenach dziewczyna nie wytrzymała ciszy i wybuchła płaczem oraz potokiem słów.
Siedziała teraz z czołem opartym na barku towarzysza, z którym zrobiła sobie teraz przystanek i usiedli nieopodal granicy.
- Choć nie zdziwiłabym się jakbyś mi nie wybaczył, jak chcesz usunę się z twojego życia, ale najpierw się tobą zajmę, poczekam aż wyzdrowiejesz, ja ci pomogę, sam sobie nie poradzisz... Rex też nie, zgrywa twardziela, ale nie wierzę, że da radę... Matko z mojej winy wszyscy cierpią! – znów zaczęła się histeria wadery, która zwinęła się w kulkę i panikowała – Jenna straciła dach nad głową i teraz biedna, mała, bezbronna brodzi przez śniegi próbując dotrzeć do domu na terenach, których kompletnie nie zna! Ty i Rex ledwo żyjecie, krwawicie, wyglądacie pewnie jak jezie z tym całym drewnem w sobie, matko co ja myślałam... – samica przestała płakać i teraz łaziła z lewa w prawo, tupiąc, skacząc bijąc się po głowie i rwąc sobie futro...


Drzazga? Wind teraz będzie wykazywać się swoimi pielęgniarskimi zdolnościami, Raph wyzdrowieje w trimiga! O ile bardziej się nie połamie xP 

Drzazga& Blizna - Krwawe Starcie

        ...Przewidywalna czynność. Rex wyszczerzył kły w uśmiechu, po czym jednym silnym ruchem złapał kłami za tylną nogę basiora, która przelatywała mu tuż nad pyskiem. Ciepłą krew poczuł na języku, kiedy jego zęby przebiły skórę, wbijając się w kość.
Raph zaskomlał cicho, jednak ten drzwięk został szybko przerwany, kiedy Blizna szarpnął głową i rzucił nim w powietrze, a głowa przeciwnika zachaczyła o pień drzewa. Ciche dudnięcie i szczęk zębów wypełniły „arenę”, a następnie ciało czarnego basiora huknęło o ziemię. Rzucony jednak z taką siłą odbił się od ziemi, co wykorzystał, obracając się w powietrzu i lądując chwilę później na nogach - chwiejnie i z czarnymi plamami przed oczym, ale stanął. Chwilę później doleciały do niego drzazgi wraz z odłamkami drewna, które to ukruszył z drzewa swym łbem przy zderzeniu. Owe drzewo, wplątane w walkę, runęło na ziemię sekudny później. Rozpędzony Rex wpadł w nie, kończąc swój skok. Masa basiora i impet spowodowały, że rozległ się tylko głośy trzask.
Wstrzymująca oddech Wind pisnęła cicho. Nie była pewna, czy którykolwiek z nich ma jeszcze wszystkie kończyny. Choć ciche kapanie krwi nieopodal i ciężki oddech dodawały jej otuchy, znaczyło to bowiem, że Raphael żył... Jeszcze żył...
 Jednooki gramolił się spod wielkiego pniaka i strzepywał z siebie szczapki, kiedy Kruk nie wytrzymała już w ciszy.
- Matko! Raph! Nic ci nie jest?! – Blindwind podleciała do towarzysza, ten jednak widząc szarżującego już Rex’a zza jej ramienia – który nic nie robił sobie z obecności przyjaciółki na polu walki - odepchnął ją tylko na bok, by nie została zgniecion, sam zaś wykonał skok.
Po części na oślep. Zakręty głowy i  czarne kropki przed oczyma w niczym nie pomagały. Skoczył, a za sobą usłyszał tylko kłapnięcie zębów. W ostatniej chwili wykonał wierzgnięcie, trafiając przeciwnika w pysk. Szybko wtem odwrócił się, żeby spojrzeć na niego.
Głośny chrapliwy oddech Blizny był głęboki i wolny, a wściekłe iskry tańczyły w jego złotym oku. Krew kapała z jego rozdartych boków, gdzie jeszcze przed zderzeniem z drzewem były lekkie strupy, teraz zdarły się i czerwona jucha sączyła się po jego ciele wsiąkając w białe futro. Drzazgi oraz duże kawałki drewna powbijane były w jego łapy, szyję, a nawet w twarz, jednak najwidoczniej mu nie przeszkadzały, jego umysł pochłonięty był już po części amokiem walki.
Raph nie wyglądał jednak lepiej od przeciwnika. Nie mógł obciążać dobrze tylnej prawej nogi. Rany były wręcz pikusiem, Rex swym czynnem naderwał mu ścięgna i przestwił z lekka kość biodrową. Do tego skóra na lewej stronie pyska była pocharatana i pozdzierana. Krew zalewało jedno z jego oczu, co ograniczało jego widoczność, a smak posoki czuł w całej buzi.
Chrapliwy rechot złotookiego wypełnił arenę. Nie był to wyśmiewający rodzaj śmiechu, nie rozbawiał go także wygląd przeciwnika. Po prostu się cieszył. Cieszył się z tego, że może z kimś walczyć, że ma dobrego przeciwnika do walki, że jest w końcu ktoś, kto potrafi dłużej ustać, cieszył się z tej walki, tak długo był pozbawiony tej przyjemności – bólu, zadawania ran, smaku krwi na języku, zapachu posoki w nozdżach oraz jęku cierpienia... Nagle śmiech przerodził się w wściekły ryk, z którym samiec zaszarżował.
- UWARZAJ! – wrzasnęła Wind, nie potrzebowała szóstego zmysłu, ziemia zatrzęsła jej się pod łapami, kiedy bycze kroki samca uderzały o podłoże, a wściekły odgłos zadudnił jej w piersiach, jednak Raph był już gotowy...
Nie miał zamiaru przyjąć tego ataku „na klatę”, co jak co, ale życie było mu jeszcze miłe. Zrobił pierwsze szybkie kroki w prawo, czym zmylił przeciwnika - ten odwrócił pysk w tą samą stronę, chcąc chwycić go za bark - wtem Raph – nurkując nisko przy ziemi – zawrócił, odskakując w lewo. Blizna minął go tak blisko, że oboje poczuli podmuchy wiatru na twarzy, poczuli swoje oddechy na ciele, tak blisko że ich futra się o siebie otarły... i w tym momencie Drzazga rzucił się na ziemię, prosto przeciwnikowi pod tylne łapy.
Rex runął do przodu, orając ziemię pyskiem w ślizgu. Czarny samiec został kopnięty i nieco poturbowany -  jego żebra oraz obojczyk wyszły z tego w najgorszym stanie - ale przeturlał się, mijając Bliznę i kawałek dalej stanął na cztery łapy.
Rex zbierał się z ziemi, otrzepując piasek z pyska kompletnie zdezoriętowany i... Rozjuszony...
Drzazga miał swoje kilka sekund. Teraz miał szansę zakończyć to, coraz bardziej przypominające bitwę, piekło. Wiązało się to z bardzo dużym ryzykiem, ale druga taka szansa mogła się nie powtórzyć...
W momencie, kiedy tylko jego łpay stanęły pewnie na ziemi, ruszył pędem w stronę Rex’a. Jakieś dwa metry przed nim odbił się, wzbijając się w powietrze... Był to jednak wielki błąd.
Te kilka sekund bowiem wystarczyło Rex’owi, żeby dojrzeć przeciwnika oraz jego zamiary. Samiec nie zdążył się podnieść całkowicie z ziemi, jednak przednimi łapami odepchnął się od ziemi, wyginając swoje ciało do tyłu w łuk. Raph nie miał już szans na odwrót, było za późno, leciał wprost na rozwartą paszczę przeciwnika...
Kły błysnęły w powietrzu, a ogromne szczęki zacisnęły się na barku czarnego basiora, który w ostatnim desperackim akcie wpił swoje zęby w czułe miejsce za uchem przeciwnika. Krew trysnęła obydwóm do pysków, zalewając buzie, gardła, wyciekając spomiędzy kłów. Ból temu towarzyszący był niezmierny dla obojga, jednak w ferworze walki żadne z nich nie miało zamiaru płakać z tego powodu, nie było czasu... 
Teraz dopiero zaczęła się walka o życie, a niewinny sparing przerodził się w krwawy bój. Rex kompletnie stracił panowanie nad sobą. Nie myślał trzeźwo. W jego oczach zabłysł ogień wojowniczego szaleństwa, który płynął przez jego żyły dając mu energi na dalsze rozrywanie oraz szarpanie się. Raph z przeciwnika stał się dla jego umysłu wrogiem numer jeden, którego musiał zlikwidować.
Wygięty w łuk, Blizna odbił się tylnymi łapami od ziemi prostując się na dwie nogi – inaczej Raph przegiął by mu kręgosłup łamiąc kręgi. Chwilę stał na tylnych nogach, po czym runął do tyłu wraz z Drzazgą, co zapoczątkowało krwawą kotłowaninę. Samce spięły się w zażarty kłębek kłów i pazurów, na oślep gryząc, drapiąc, rozrywając oraz łamiąc sobie nawzajem żebra wraz z innymi kośćmi. Głuche dudnięcia rozlegały się po polanie, kiedy jeden drugim rzucał o ziemię. Żaden z nich jednak nie leżał na ziemi na tyle długo, by drugi mógł go przygnieść.
Wind wrzeszczała, krzyczała, błagała, żeby się rozszczepili, żeby przestali. Jednak warki i ryki walki zagłuszały ją, a mała waderka była bezsilna. Nie mogła nic zrobić. Wpakować się między nich nie mogła, bo skończyłaby roztrzaskana niczym tamto nieszczęsne drzewo. Frustracja pochłonęła ją całą. Zasłoniła uszy, nie chciała już nawet tego słyszeć, a Bogom dziękowała, że jednak pozbawili ją wzroku. Łzy popłynęły jej po policzkach i zaczęła głośno szlochać, żałując swojego pomysłu, żałując, że kiedykolwiek w ogóle wpadł jej do głowy. Chciała pomóc, a tym czasem nachrzaniła jeszcze bardziej. Zaraz, zamiast jednej, będzie miała dwie śmierci na karku... Wolała już przyjść tu sama, zostać rozerwana na strzępy, niżeliby Raph teraz miał zostać zabity.
Kotłujące się basiory turlając się w swoim krwawym kłębku przeorały całą polanę. Rozszczypiły się na dosłownie kilka sekund. Raph odskoczył od niego, po czym praktycznie w powietrzu obrócił się, naskakując na białego basiora ponownie. Rex zdołał jedynie stanąć na dwóch nogach – przewyższając w tym momencie przeciwnika dwukrotnie. Rozpędzony Drzazga wpadł na niego, zbił go z tylnych łap i razem runeli do tyłu na dwa drzewa.
Rozległy się dudnięcia, skomlenia, trzaski i w następnej chwili Blizna leżał na plecach na stercie zdruzgotanych pni, a na nim - Drzazga. Oboje zdezoriętowani i chwilowo ogłuszeni. Raphael jednak jako pierwszy odzyskał przytomność umysłu. Doskrobał się na cztery łapy. Po chwili oprzytomniał Blizna. Samce spojrzały sobie w oczy, wścielki, zdziwieni i zagubieni w tym samym czasie, jednak Raph poczuł niezmierną ulgę, kiedy w oczach przeciwnika nie dojrzał już szaleństwa, tylko normalne zrozumiałe spojrzenie. Oboje dyszeli ciężko i szybko, choć tylko oddech Rex’a był słyszalny, był tak głośny, że zagłuszał Drzazgę. Krew kapała im z pysków, z twarzy, z każdej możliwej części ciała, ich własna oraz krew rywala.
Patrzyli tak na siebie przez dobrą minutę, kiedy nagle dotarło do nich co się stało...
Drzazga wygrał.
Stał tam na chwiejących się nogach, z podkulaną tylną nogą, napierając na klatkę piersiową białego wilczura.
Rechot Rex’a wypełnił polanę, a zwycięca mimo wielu ran oraz zmęczenia uśmiechnął się sam do siebie. Blizna zamilkł jednak momentalnie i zmierzył go wrogim spojrzeniem, po czym wymierzył mu, dość brutalnego, odpychającego kopniaka. Drzazga zatoczył się oraz runął ze zmęczenia na ziemię, nie mogąc już nawet utrzymać się na nogach. Rex jedynie wygramolił się do pozycji siedzącej, by wyleźdź z tych połamanych drzew, po czym również runął do przodu obok Raphael’a.
- Nie pozwalaj sobie. – mruknał pod nosem do niego.
Leżeli obok siebie, spór chwilowo zapomniany, gdyż żaden nie miał nawet siły ruszyć palcem. Jeden i drugi teraz wiedział co ich czeka, przynajmniej wiedział to Rex, który znał ich towarzyszkę dłużej...

- Ładne blizny ci po tym zostaną. – zaśmiał się cicho z półuśmiechem na ustach, jednak Raph nie miał już szansy odpwiedzieć, gdyż nadeszła Wind...

wtorek, 17 marca 2015

Od Aspen do Brego - Dobrze Mieć Towarzysza.

        -Lećmy równolegle.- Zaproponowałam.
-Przecież jesteśmy więksi, to się nie uda.- Potrząsnął głową.
-Ale rozpiętość skrzydeł podobna i jeśli będziemy kontrolować prędkość to się uda.- Uśmiechnęłam się i ustawiłam obok basiora. Wzlecieliśmy nieco wyżej i zaczęliśmy od wolnego szybowania aby sprawdzić jak się ma moja teoria do praktyki. Trzymaliśmy linię skrzydeł równo.
-Prawo.- Zakomenderowałam i oboje przechyliliśmy się tak jakby końcówki piór były z soba zczepione.
-Góra.- Wznieśliśmy się delikatnie. Następnych manewrów już nie musiałam zapowiadać. Dałam mu prowadzić a przewidywałam jego najmniejszy ruch zanim zdążył zacząć go wprowadzać. Dzięki temu działaliśmy równo i dokładnie. Wolne ruchy ułatwiały sprawę. Gdy lecieliśmy tuż nad wodą, nie mogłam oprzeć się pokusie zamoczenia łapy. Powoli zaczęliśmy przyśpieszać, wykonywać proste pętle i beczki. Ten rodzaj lotu był naprawdę zaskakujący, jednak powoli zaczynał mnie nudzić.
-Berek!- Zaśmiałam się klepiąc końcówką ogona Brego po głowie i gwałtownie przyśpieszyłam lotu.
Długo nie musiałam czekać, już po chwili miałam go za plecami. Przed nami był gęsty las. Mój wzrok pozwalał mi na wychwycenie najmniejszych szczegółów, nawet w ciemnościach. I choć "berek" również nieźle sobie radził, to wśród ciemnej gęstwiny był zmuszony do zwolnienia. Manewrowałam chwile między konarami po czym złożyłam skrzydła i wślizgnęłam się w zarośla. Przyczaiłam się na gałęzi wyczekując towarzysza i przymrużyłam oczy, które najmocniej świeciły w ciemnościach. Nie musiałam długo czekać. Basior leciał wolno i rozglądał się, zapewne wyczuł mój zapach i domyślał się, że zamiast lecieć dalej, ukryłam się. Brego zatrzymał się i uważnie przyjrzał liściom w których siedziałam. Zbliżył się powoli. W momencie gdy był już na niecały metr od mojej kryjówki otworzyłam szeroko oczy, które rozbłysły niczym błękitne ogniki. I w tej samej chwili wystrzeliłam w górę tuż przed pyskiem hybrydy. Efekt zaskoczenia zrobił swoje. Dał mi sekundę przewagi.
Leciałam coraz wyżej i wyżej, coraz szybciej i szybciej. Skrzydła i serce waliły w tym samym oszalałym tempie. Leciałam tak wpatrując się w gwiazdy i cały boży świat dla mnie przestał istnieć. Zapomniałam o zabawie i wysokości. Chciałam teraz tylko piąć się wyżej i szybciej. A rozgwierzdrzone niebo ciągnęło mnie jak magnes, chciałam dolecieć tam do gwiazd. Serce zaczęło zwalniać, skrzydła stawały się coraz cięższe, oddech płytki a obraz rozmazany. Nie przestawałam jednak dalej lecieć. Pióra i futro okryła mi gruba warstwa szronu i lodu. Czyżbym znalazła się na tak wysokim pułapie? Zorientowałam się jednak za późno. Zesztywniałe skrzydła odmówiły posłuszeństwa. Wiedziałam, że jeśli zaraz czegoś nie wykombinuję spadnę. A upadek z tej wysokości nie skończył by się tylko na sińcach i połamanych kościach. Brego za mną nie było. Zoriętował się w porę gdzie jest granica rozsądku. Postarałam się obrucić twarzą w dół, by choć troche kontrolować to jak spadam. Prędkość jaką nabrałam, sprawiła jedynie, że lód objoł całe niamal moje ciało. Spadałam długo, choć szybko. Już wcześniej dusiłam się z braku tlenu, teraz nie było lepiej, gdzyż pęd odbierał mi oddech. Ziemia była coraz bliżej, a ja nie mogłam uwolnić skrzydeł. Zobaczyłam nadlatującego Brego. Leciał wprost na mnie, nie był w stanie mnie złapać przy takiej prędkości. Nagle dotarło do mnie.
-Wleć we mnie!- Krzyknęłam próbując przekrzyczeć wiart. Teraz, albo nigdy, później nie zdąży. -ZDERZENIE!- Zaryczałam. Basior złożył skrzydła i jego trasa lotu przecieła się z moją. Udeżenie było bolesne, ale lód pękł. W ostatniej chwili rozpiełam skrzydła i przy samej wodzie wzniosłam się w górę. Zawyłam tryjumfalnie i wykonałam kilka beczek radości. Łapałam też łapczywie powietrze jakiego było mi tyle czasu brak.
Wylądowałam kołując nad plażą, a zaraz obok mnie Basior.
-Dzięki.- Wyszczękałam, zmarzłam i to porządnie, ale co się dziwić. Spojrzałam na basiora i odsłoniłam wszystkie zęby w szerokim uśmiechu, mrużąc oczy i przechylając głowę.


<Brego?>

poniedziałek, 16 marca 2015

Od Andromedy do Hakai - Każdy się Czasem Denerwuje

        Andromeda spojrzała na wilka. Czemu w życiu było tak mało dobrych chwil?
-Nie mam czego ci wybaczać. Nic się nie stało. - Powiedziała Andromeda i podniosła się i uśmiechnęła do wilka.
-Co robisz?
-Idę się przejść... Ale chcę iść sama. - Odpowiedziała szybko widząc jak Hakai podnosi się. Wilk usiadł na ziemi i przechylił lekko głowę. - Wrócę niedługo. - Uśmiechnęła się tylko i wyszła z jaskini.
Miała ogromną nadzieję że zima nie będzie długa. Nie lubiła mrozu, śniegu, nie widziała w tym niczego wspaniałego. Czasem na prawdę przypominała swojego brata, nie dostrzegała pięknych rzeczy, które ją otaczały. Niektóre dni dawały jej do zrozumienia, że wszyscy są na prawdę mali i słabi wobec wszystkiego co istnieje. Andromeda była dosyć daleko od jaskini, zapamiętywała drogę tak by móc później wrócić. Szła pomiędzy drzewami... Drzewa... Czemu nie mogła być drzewem? Zwykle drzewo, które nic nie robi tylko rośnie. Pnie się w górę, jakby chciało dotknąć choć listkiem błękitnego nieba. Czy drzewa coś czują? Przecież też żyją, ale w takim razie, gdy ptaki robią w nich sobie dziuple i tam mieszkają, to czy wtedy sa szczęśliwe? Kto to wie? Mimo wszystko i tak mogłaby zostać jakąś rośliną albo kamykiem. Ech... O czym ona znów myśli? Czyżby jej normalne myśli gdzieś zniknęły? Bardzo możliwe, że gdzieś zostały pod jakimś drzewem. Aaa! I znów te drzewa! Ile można myśleć o drzewach? Gdyby Zafiro dowiedział się o czym myśli pewnie by ją zaśmiał.
-Andromeda! - Ktoś krzyknął bardzo głośno zatrzymując się po chwili przy niej.
Jakże dobrze znała ten głos, łaskawie odwróciła głowę w bok i spojrzała na swojego brata.
-Wydzierasz się jakby obdzierali cię ze skóry, ale widzę że jesteś cały. Więc? Dobra nie przeszkadzaj mi, myślę właśnie. - Powiedziała wymijając brata i idąc dalej przed siebie.
-O czym myślisz, siostrzyczko? - Spytał wilk podbiegając do Andromedy.
-O drzewach.
-O...
-D-R-Z-E-W-A-C-H. DRZE-WACH. DRZEWACH. Zrozumiałeś czy mam powtórzyć? - Spytała wściekła i przewróciła po chwili oczyma by móc powrócić do spaceru.
-Gdzie jest Hakai? Czemu jesteś sama?
-Zamknij się! - Wrzasnęła zatrzymując się natychmiast w miejscu i podeszła do wilka obniżając kły. - Przestań się tak zachowywać! Nie próbuj mi zastąpić matki, bo i tak nią nie będziesz! Zachowuj się normalnie! Nie znoszę cię! Nienawidzę gdy patrzysz na mnie jak na dziecko! Potrafię sobie poradzić sama, więc nie chodź za mną jak głupi! Zakazuję ci się do mnie zbliżać, chyba że ci pozwolę. Jasne?! - W końcu Andromeda przestała się wydzierać i spojrzała na wilka. Wyglądał jak zagubione szczenię, nie miał zielonego pojęcia co stało się z jego młodszą siostrzyczką. Nie mógł się do niej zbliżać? Pokiwał tylko delikatnie głową, dając znak że zrozumiał przekaz słów. - I jeszcze jedno! Hakai jest moim partnerem, kocham go a on mnie i nic tego nie zmieni, więc nawet nie próbuj mnie przekonywać! I nikomu o tym nie mów. - Skończyła krzyczeć i zaczęła wracać do jaskini.
Słyszała jak brat szedł za nią, nie odgoniła go jednak. Wilczyca właściwie była zadowolona, że mu wszystko powiedziała. Zapewne teraz przez dobry tydzień będzie.... W sumie to nie wiedziała co będzie się z nim działo. Wydawało jej się jednak że będzie starał się szukać czyjegoś towarzystwa. Ciężko będzie mu znieść zakaz, ale może w końcu do niego dotrze, że jego siostra chce mieć czas dla siebie. Podczas całej drogi do jaskini nie odzywali się do siebie. Zafiro na pewno chciał się spytać o futro, obawiał się jednak, że Andromeda znów zacznie na niego się wydzierać. Niby była taka spokojna, ale jak każdy potrafiła się troszeczkę zdenerwować. Hakai stanął przy wejściu do jaskini i lekko się uśmiechnął, choć szybko zmienił wyraz twarzy dostrzegając Zafiro.
-Co on tu robi? - Spytał Hakai obserwując wilka, który stał kilka metrów od jaskini.
-Przyszedł za mną. Zakazałam mu się do mnie zbliżać i wytłumaczyłam mu kilka rzeczy. Myślę, że chętnie też pogada z tobą o naszym związku.


~Hakai? Spokojnie Zafiro nic nie zrobi jest w szoku. Rzuci tam tylko kilka gróźb.~

,,Możesz stracić wiarę w innych, ale nigdy w samego siebie"


Imię:  Leonardo (dla przyjaciół Leo)

Pseudonim:  Trybik lub Pokręt

Wiek:  5 lat 2 miesiące

Płeć:  Samiec

Punkty Walki: 14
Czy Ty jesteś?:  Vulpes Caninae (czyli po ludzku lis)
Co robisz najlepiej?:
- Potrafi ze śmieci sklecić jakieś małe ustrojstwo praktycznie na poczekaniu
- Jest szybki i zwinny. Trudno go „unieruchomić”
- Zna się na fizyce, matematyce, chemii i sztuce
- Umie za pomocą wytrychów sforsować prawie każdy zamek
- To mistrz zagadek i gierek umysłowych
- Ma pamięć do wierszyków, melodyjek i piosenek.
Rodzina:  Została gdzieś na wschód stąd.
Partnerka:  W okolicy chyba nie ma więcej lisów…Poza tym kto wytrzyma w bajzlu w jakim żyje Leo?

Potomstwo:  Z partnerstwem krucho, więc i gremlinów nie będzie

Klan:  Na razie o tym nie myśli

Stanowisko/Ranga: Malarz  (w wolnym czasie zajmuje swoimi „rupieciami”) / Omega
Charakter i Osobowość:  Leonardo jest niespokojnym duchem. Wiecznie myśli, kalkuluje i obmyśla przyszłe projekty, więc nie zdziw się, jeśli na zadane pytanie odpowie „Wybacz, nie słuchałem, możesz powtórzyć?”. Oczywiście jeśli ktoś go czymś zaciekawi to może godzinami gadać i gadać. Kiedy jest zajęty jakimś swoim kolejnym projektem przeszkadzanie mu nie należy do mądrych rozwiązań. Nienawidzi kiedy ktoś coś psuje. Ma też dziwną manię na punkcie swoich rzeczy: otóż kiedy jesteś w jego jaskini BROŃ BOŻE nie przestawiaj czegokolwiek! Nie cierpi, gdy ktoś coś wyrzuca, a zwłaszcza działające jeszcze przedmioty. Leo ma słabość do pięknych melodii i śpiewu (oczywiście słuchania śpiewu, sam nie cierpi śpiewać, bo dobrze wie, że kaleczy najprostsze piosenki). Lubi też ładne widoki.
Dodatkowy  Opis:  Jak na lisa jest dość wysoki: dorosłemu wilkowi średniej wielkości uszami sięga barku. Ma smukłą sylwetkę i długie, chude nogi. Ma także długi, puszysty ogon którym tak bardzo chlubi się jego gatunek. Zawsze ma na szyi swoją nieodłączną sakiewkę wypełnioną drucikami, śrubami i wytrychami oraz zielony szal, który nosi ze sobą z czystego sentymentu. Ma w niej również zawsze rysik z węgla i zwitek papieru. Na głowie nosi gogle lotnicze (przydają się przy pracach z niebezpiecznymi substancjami). Ktoś, kto go nie zna przy pierwszym spotkaniu może pomyśleć, że lis ma ADHD, czy coś w tym stylu, ponieważ wiecznie obraca w łapach jakieś przedmioty, bawi się sprężynkami i wygina druciki – zupełnie jakby nie miał pojęcia co właściwie robi się z łapami w trakcie rozmowy. Na dodatek dość szybko mówi. Często trzeba go prosić o powtórzenie ostatniego zdania, bo trudno miejscami zrozumieć potok słów. Nie jest też perfekcyjnym panem domu – w jego jaskini nie trudno potknąć się o sterty żelastwa.
Styl Walki:  Leonardo raczej nie jest typem wojownika i – o ile się da – unika walki. Jednak jeśli go rozzłościsz może nieźle zaleźć ci za skórę. W walce nie czeka na ruch przeciwnika. Doskakuje do niego jednym susem, ale nie atakuje. Unika ataków pozostając przy tym blisko atakującego. Jego mały rozmiar wyjątkowo mu to ułatwia. Jak każdy lis posiada ostre kiełki i pazury lepsze od wilczych, które wykorzystuje gdy tylko nadarzy się do tego sposobność. Gryzie we wrażliwe miejsca, czyli głównie ścięgna i uszy, bo za nie najłatwiej chwycić. Często, jeśli przeciwnik jest od niego większy, wskakuje mu na grzbiet i kurczowo wpija w niego pazury. Przeciwnik może się pod nim szamotać, a nawet przeturlać, ale upierdliwy lis dalej będzie się trzymał. Leo rzadko w pojedynkach zabija. Skupia się raczej na tym, aby porządnie komuś dopiec, zmęczyć go i zwiać. Zdarza się, że wymęczony wróg sam się poddaje i zostawia z pozoru bezbronnego Trybika przeklinając pod nosem.

Przygody:

 Hobciostki:  Nie bez powodu ma pseudonim Trybik. Leo to z zamiłowania majsterkowicz. Uwielbia ze „śmieci” tworzyć małe, piękne mechanizmy, jak nakręcane zabawki, kompasy czy zegarki. Jednak największą słabość ma do pozytywek. Uwielbia muzykę, ale nie umie grać na żadnych instrumentach, więc tworzy te cudeńka. Wymagają one większej uwagi niż nakręcana myszka, bo tutaj nie wystarczy powkładać trybiki na odpowiednie miejsca i skleić wieko. Cylinder, czyli serce każdej pozytywki wymaga odpowiedniego rozmieszczenia wypustek, o które zahacza cienki blaszany grzebyk wydobywając dźwięk. Cały mechanizm umieszcza w drewnianym pudełeczku, które później sam misternie ozdabia farbą. Często tworzy pozytywki dla upamiętnienia jakiegoś ważnego wydarzenia, np. kiedyś z okazji rocznicy jednej watahy podarował Alfie pozytywkę, która grała hymn jego stada, a pudełko ozdobione było widokami ich terenów. Leo oprócz majsterkowania lubi rysować. Najbardziej ubóstwia ujmowanie widoków oraz rysowanie jakiegoś modela przed sobą. Lubi mieć u siebie w jaskini portrety swoich przyjaciół, bo kto wie, czy następnego dnia ich zobaczy.

Historia:  Leo urodził się dość daleko stąd. W młodym wieku uciekł z domu i pałętał się po świecie. Jedna z watah doceniła jego wyjątkowe zdolności i pozwoliła mu zostać u siebie na dłużej. Pokręt długo nie czekał i z miejsca zajął się robieniem różnych dupereli. Słynął tam głównie z zabawkarstwa: szczeniaki z okolicy schodziły się do jego warsztatu aby popatrzeć jak składa nakręcane myszy, rybki, które po włożeniu do wody machały ogonem i pływały jak żywe, lekkie jaskółki z materiału latające dzięki śmigiełkom, pajacyki wyskakujące z pudełka i inne niespotykane dotąd cuda. Nieco starsze wilki urzekły pozytywki, specjalność Leonardo. Większość z nich w życiu nie widziała „grającego pudełka”. Za prośbą Alfy lis pokazał mu i paru doradcom jak robi się pozytywkę. Dbałość, jaką Trybik przykładał do każdej części i misternych zdobień na puzderkach wzbudziła podziw Starszyzny. Pozytywki idealnie nadawały się na wszelkiego rodzaju prezenty, dlatego młody wynalazca miał pełne łapy roboty z zamówieniami. A to jedna pozytywka miała mieć wygrawerowane imię jakiejś wadery, a to na innej miała być namalowana jakaś rodzinka, et cetera. Wynalazł też parę fajnych usprawnień, np. kanalii wentylacyjne nad paleniskiem w jaskini, które odprowadzały dym na zewnątrz. Ale nie był tam tylko służbowo. Leo miał jednego, dobrego przyjaciela. Jaskier (bo tak miał na imię młody basior, którego lis darzył przyjaźnią) był co prawda zbyt marzycielskim, ale bardzo pomocnym kompanem. Na co dzień również tworzył sztukę, ale nie pozytywki i zabawki, tylko poezję: wiersze, ballady, pieśni…Większość z nich na zawsze utkwiła w pamięci Trybika. Niestety basiora ciągnęło do podróży. Nie chciał siedzieć w jednej watasze i chyba nie za bardzo dogadywał się ze swoją rodziną. Leonardo, który świetnie rozumiał przyjaciela również odczuwał niedogodności ustatkowanego życia. Alfa pożegnał go z bólem, podobnie inni członkowie watahy. Dopiero przy pożegnaniu Leo uświadomił sobie, że wszyscy go znają, a on praktycznie nikogo nie kojarzy. Odszedł jednak. Przez jakiś czas podróżował razem z Jaskrem, ale wkrótce ich drogi się rozeszły. Po długiej wędrówce Leonardo dotarł do tego samego stada, w którym znajomy wierszokleta był Betą. Pech chciał, że basiora nie było już na tym świecie. Mimo tego lis został już tutaj zmęczony podróżą, licząc na to, że w końcu będzie miał czas na tworzenie kolejnych dzieł.

Vigle Verty:  61٧ 

Właściciel: NyanCat^._.^~