sobota, 19 września 2015

,,Co Ty wiesz o sztuce wojennej? Nie poznałbyś prawdziwej strategii nawet gdyby wyskoczyła z krzaków i kopnęła Cię w zad"

Brevis--art DeviantArt
Imię: Tesla Nicholas Edmundo Maldito Pablo Carlos Leland Mattias Denis Roekell Torres. Można mówić do niego po prostu Tesla (lepsze to niż przekręcanie któregoś z imion czego szop po prostu nienawidzi). Dla przyjaciół Tes.
Pseudonim/ Przezwisko: Jako wykwalifikowany szpieg nosił w życiu pełno pseudonimów. Do jego ulubionych należą Pokrzywka, Puszczyk i Potok.
Wiek: 5 lat
Płeć: Samiec
Punkty Walki: 14
Czym Ty jesteś?: Szop pracz
Co robisz najlepiej?:
  ~ Tesla ma wszystkie cechy idealnego szpiega i zwiadowcy: kiedy zechce potrafi poruszać się niemal bezszelestnie, ciemne futro to idealny kamuflaż, a czuły słuch nie omija żadnego fragmentu rozmowy, który zostaje w pamięci zwierzaka co do joty.
  ~ To dobry strateg
  ~ Jest (o dziwo) świetnym psychologiem. Zawsze chętnie pomoże przy problemach natury psychologicznej i - w razie czego - nie piśnie ani słowem o odbytej rozmowie.
  ~ Ma czuły nos, którego nie powstydziłby się żaden łowca, choć Tes raczej nie poluje na większą skalę.
  ~ Radzi sobie nie tylko w strategi wojskowej, ale i w dyplomacji.
Rodzina: Szanowany ród Roekell Torresów ma głębokie korzenie i szerokie rozgałęzienia. Tesla sam się w nich wszystkich gubi. Nie ma co się dziwić - większość szopów ma około sześciu dzieciaków, a co za tym idzie przyszłych rodziców...I wujków.
Partnerka: Raczej nie ma żadnych innych inteligentnych szopów w okolicy.
Potomstwo: Nawet gdyby znalazł sobie partnerkę, wątpię by chciał zakładać rodzinę. Rodu nie musi przedłużać - od tego ma piątkę rodzeństwa.
Klan: Liczy, że uda mu się założyć własny klan szpiegowski. Może chociaż tym przysłużyłby się długoletniej, zerwanej tradycji.
Stanowiska/ Ranga: Szpieg (może kiedyś zostanie dowódcą ^^)/Omega
Charakter i Osobowość: Tesla to typ osoby nie zwracającej uwagi na wzrost. Nie tylko swój, ale i rozmówcy (alias ,,Potencjalny przeciwnik"). Jest bardzo wyszczekany - dosłownie i w przenośni. Na głupie pytania odpowiada równie głupią odpowiedzią oprawioną w ironiczny uśmiech. Trudno wygrać z nim kłótnię, bo na każde złe słowo o sobie najdzie dwa złe o obrażającym. Nie boi się otwartych dyskusji z wielkimi mięśniakami ani faktu, że może z nich przejść do rękoczynów. Zawsze trzyma się tej niebezpiecznej, cienkiej granicy między odwagą, a głupotą. Mimo, że jest całkiem inteligentny, nie może poszczycić się cierpliwością do irytujących go osób. A gdy puszczają mu nerwy trudno zatrzymać go przed rzuceniem się komuś na pysk. A wściekły szop to nic przyjemnego. Tesla pomimo faktu, że bywa tykającą bombą jest także myślicielem. Ma umysł taktyka. Wszystko kalkuluje, oblicza, obmyśla możliwości...Oczywiście gdy coś wyprowadzi go z równowagi wszystkie kalkulacje szlag trafia i Tes od razu przechodzi do agresywnego ataku. Ma o sobie wysokie mniemanie. Oczywiście nie jest snobem i zdaje sobie sprawę, że nie jest wszechmogący. Nienawidzi być wyzywany od gryzoni. Wiadomo co może się stać, gdy ktoś nadużyje wobec niego słowa ,,szczur". Lubi się pastwić nad denerwującymi go osobami. Zwłaszcza, gdy są od niego większe i równocześnie bezsilne. Na dodatek Tesla jest wyjątkowo mściwy i pamiętliwy. Czasem szop bywa aż chorobliwie pesymistyczny, zwłaszcza w sytuacjach, w których musi liczyć na czyjąś pomoc. Ma to jednak jakieś plusy: gdy widzi się same czarne scenariusze, każda inna opcja okazuje się miłym zaskoczeniem.
Dodatkowy Opis: Jako szop Tes nie może pochwalić się wysokim wzrostem. Jest prawie wielkości lisa. Przez grubą warstwę puszystego futra i rozciągliwą skórę wygląda na nieco ,,grubego". Krótkie, drobne łapy są zaskakująco silne. Ma okrągły łeb porośnięty tym samym ciemnoszarym futrem - dłuższym na policzkach - z białymi i czarnymi symetrycznymi plamami. Oczy ma ciemnobrązowe, prawie czarne. Półokrągłe uszy są wiecznie w ruchu. Jego dumą (podobnie jak u każdego szopa) jest średniej długości, puszysty ogon w szare i czarne pasy, z białą końcówką. Trzeba dodać, że mimo małego rozmiaru szop potrafi być zaskakująco głośny.
Styl Walki: Tes nie ma jakiegoś określonego stylu. Gdy coś go rozjuszy po prostu rzuca się na to z pazurami i zębami. Zawsze jednak wszystko celnie wymierza. Skacze bez rozpędu - zyskując element zaskoczenia - i uczepia się miejsc skąd trudno go ,,zdjąć", a najdrobniejsze draśnięcie jest nieprzyjemne...Czyli najczęściej na pysk. Jeśli nie daje rady utrzymywać się na głowie przełazi na kark ,,ofiary". Nie jest najsilniejszy, w końcu to niezwykły szop. Dlatego stara się być po prostu jak najbardziej upierdliwy: ciągnie za uszy, drapie w nos, wgryza się w kark. Szkody wielkiej nie robi, ale na pewno odwróci i zupełnie zajmie uwagę przeciwnika. Skubaniec zna także inne ciekawe sztuczki. Umie sprawić, by przeciwnik częściowo stracił czucie w którejś kończynie poprzez odpowiednio wymierzone uszczypnięcie wąskich pazurków w nerw pod skórą.
Hobciostki: Tesla chętnie uczy się anatomii. Dzięki tej wiedzy nawet takie chuchra jak on mogą wyrządzić wiele szkód. Samiec dzięki temu nie czuje się taki bezbronny na jakiego wygląda. Lubi spędzanie czasu nad wodą i łapanie ryb. Tes ma też słabość do zakładów. Jeśli go odpowiednio podejdziesz możesz sprawić, że samiec zapomni o wszelkich kalkulacjach i na ślepo wystartuje w często nierównych zawodach. Nie licz jednak na łatwe zwycięstwo. Możesz się grubo zaskoczyć. Poza tym wszystkim Tesla ma jeszcze jedno hobby - zbieractwo. W jego małej jaskini (bardziej przypominającej obszerną norę) w każdym zakamarku można znaleźć pochowane błyskotki, od pozłacanych guziczków i klamerek, bo bardziej cenne przedmioty, jak pierścienie czy inna biżuteria. Jeśli masz przy sobie coś cennego pilnuj tego jak oka w głowie przy rozmowie z Teslą.
Historia: To zostawiam na opowiadanie. Coś czuję, że będę się mogła tu kiedyś bardziej rozpisać x3
Vigle Verty: 0
Właściciel: NyanCat^._.^~

piątek, 18 września 2015

Od Trash'a do Blidnwind, Bran i Jenny - Niefortunna ucieczka

        A może by tak dziś skoczyć nad jakieś jeziorko? Pooglądać chmurki, popływać i rozćwiczyć zesztywniałe od mrozu mięśnie? Może złapałoby się jakąś rybkę i można było zjeść całkiem pożywną kolację ciesząc się pod wieczór, po przyjemnym dniu spokojem i ciszą?
Tak. Na pewno. 
Nawet Trash miewał takie marzenia i to zarazem były jego największe nadzieje, których przez 3 lata życia jakoś jeszcze nie udało mu się na dłuższą metę zrealizować. I dzisiaj, jak przez poprzednie tygodnie nic nie wskazywało na to, że ten stan mógł ulec jakiejś, najmniejszej choćby poprawie. Dlaczego?
Może dlatego, że Trash miał pecha? Może naraził się czymś siłom odgórnym, albo los najzwyczajniej w świecie go nienawidził? Może podejmował nieracjonalne lub wiecznie nieodpowiednie decyzje i pakował się w miejsca najmniej dla siebie odpowiednie?
A może dlatego, że ruda czarownica używając swoich nadprzyrodzonych zdolności zaciągnęła go wraz ze swymi rozszalałymi poplecznicami do groty wielkiego, białego potwora gdzie najpierw rozbebeszyły po podłodze jelenia, a potem dając mu (Trash'owi, nie jeleniowi) umierać od bólu głowy zasadziły się na dwóch przybyszów od progu oszałamiając ich okrzykami i śmiechem?
Wedle opinii samego zainteresowanego opcja z trzeciego akapitu była o wiele bardziej prawdopodobna niż te wymienione powyżej. Sądził tak nie tylko dlatego, że naprawdę zaczynał wierzyć w nadzdolności i demoniczną naturę Dan, ale najzwyczajniej w świecie wątpił by los, przeznaczenie i jakiekolwiek siły zainteresowały się jego marną osobą. A co do jego własnych decyzji... Też wątpił, by był aż takim idiotą, by nie umiał uciec od kłopotów i wszelkie niezbyt miłe niespodzianki, które go ostatnio spotykały wpisywał na niewidzialną listę przewinień małej czarownicy, która (w przeciwieństwie do niego) uwagę sił odgórnych na pewno na siebie zwracała. Tak czy siak ze spokojnego popołudnia nici, o chmurkach i pływaniu nie wspominając... Ale czemu Trash miałby o tym myśleć skoro zbyt zajęty był rozpaczaniem po nieudanej ucieczce? Już był tak daleko od tej bandy psychicznych popaprańców! I co!? I nic z tego nie wyszło, jak zwykle... Ucieczka poszła zajarać, a zaraz potem jego nadzieje i resztki wiary w przyszłość. No cóż, bywa.
Westchnął cichutko, tak, że nawet gdyby ktoś stał teraz obok niego nie usłyszałby tego smutnego dźwięku. Skoro już mu się nie udało... To trzeba było zająć się nowym planem. Póki co wyjście do jaskini było całkiem zablokowane przez trzy jasnofutre dziewczęta witające z pozoru przyjaźnie (bo w głębi duszy szczerzyły się pewno na myśl o nowych ofiarach) do dwóch przybyszów, z których jeden był wilkiem zdrowych, choć średnich rozmiarów, a drugi zmutowanym i zbyt wysokim jak na swój gatunek liskiem. Szczerze mówiąc temu akurat Trash już zaczynał współczuć - przez chwilę wyglądał tak niepewnie i nie na miejscu, że ościsty mógł się chwilowo z nim utożsamić - gdyby on teraz stał w tym podejrzanym gronie wyglądałby podobnie. No... Może wcześniej by uciekł. Swoją drogą skądś tego gościa kojarzył... Na pewno widział go poprzedniej nocy, tylko kiedy? Nie pamiętał tej nietęgiej miny i zakłopotania, ale sama sylwetka wydawała mu się znajoma. Po kilku minutach wzmożonego wysiłku intelektualnego, przy którym puls znów zaczął rozsadzać mu głowę w końcu sobie przypomniał - to gość od kolorowego ogniska! Ten śmieszny rudzielec, z którym wczoraj zakumplowała się Dan! Tylko, że wtedy wyglądał zupełnie inaczej... Był pewny siebie i czuł się dobrze, dlatego teraz Trash nie poznał go od razu. Zresztą - z rozpoznawaniem osób Husky zawsze miał spore problemy (choć szczerze mówiąc gdyby słuchał tego co panna Wargerbund przed chwilą mówiła do kuzynek wiedziałby kim on jest od samego początku). No i jeszcze ten drugi... Parę jego słów ościasty wyłapał, może dlatego, że samiec mówił przyjemnym, spokojnym (przynajmniej przez większość czasu) tonem, co zwróciło jego uwagę. Niestety imienia nie zapamiętał (choć w sumie czy aby na pewno byłoby mu do czegokolwiek potrzebne? Jak dobrze pójdzie już się z nimi nie zobaczy...)
Wszystko układało się pięknie - piątka gawędziła w progu wymieniając się pakietami uśmiechów i uściśnięć łap, czerwonooki rozmasowując niespiesznie skronie z determinacją przyglądał się podejrzanym ziółkom pływającym w misce u jego łap coraz bardziej ponaglany do podjęcia decyzji rosnącym pragnieniem, a Rex...  No i tu już się kończyła zabawa, bowiem wściekły basior w końcu nie wytrzymał i porzuciwszy przeżuwanie mięsa zakradł się za plecy roześmianych panien, by w końcu po wymianie 'uśmiechów' z Jaskrem rzucić się na niego i nie dając się powstrzymać Danii przyprzeć go do ściany.
W tym momencie Trash w końcu przestał wpatrywać się w zioła i spiąwszy wszystkie mięśnie spojrzał czujnie ku rozgrywającej się przy wyjściu scenie. W pierwszej chwili pomyślał, że to właśnie będzie jego koniec kiedy ta banda zacznie się ze sobą wściekle tłuc, aż w porywie agresji rzucą się i na niego. Jednak do takiego stanu rzeczy było o dziwo daleko. Nowy basior nawet się nie bronił, charczał tylko coś od rzeczy ściskany za gardło, Danka uwieszała się na łapie agresora, a Lira pod pretekstem pomocy macała jego napięte mięśnie. Kami i Leonardo stanęli kilka kroków dalej coś kombinując i tylko Trash nie miał żadnego pomysłu co teraz ze sobą zrobić. Gdyby był odważny i altruistyczny pewno by im pomógł, gdyby był silny pewno by uciekł, a gdyby był głupi rzuciłby się między nich. Nie był jednak ani odważny, ani silny, ani (na szczęście) głupi, więc stał zesztywniały pod ścianą z bijącym sercem czekając na to co się wydarzy, a do czego nie przyłoży nawet końcówki ogona.
A wydarzyło się coś niesamowitego!
Dzięki 'magicznej zapalniczce' Kami spiskujący z nią Leo mógł zrealizować iście diabelski pomysł z zaatakowaniem Rex'a wybuchającym... Czymś (Trash nie miał pojęcia co to było, ale robiło wrażenie)  co dało Jaskrowi możliwość wyzwolenia się z morderczego uścisku. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie - wybuch, kły, krzyk dziewcząt, mignęły uciekające sylwetki i nagle wokół zaciskającego powieki Trash'a zapanowała zupełna cisza...

* * *

        Minęło jeszcze kilka długich sekund nim chłopak powoli otworzył oczy i odważył się rozejrzeć po z nagła opuszczonej jaskini. Poświata gasnącego ogniska ulegała pełzającej po ścianach ciemności i tylko przy malującym się białym półkolem wyjściu dało się obaczyć, że skalne schronienie  zbudowane jest z pięknego, rdzawo zabarwionego kamienia. Na ziemi leżały na przeciwko siebie dwa niedokończone posiłki różnych rozmiarów, lecz nieodmiennie pachnące świeżą krwią. Husk poruszył uchem jak gdyby bał się, że zaraz zza nieistniejącego winkla wyskoczy kolejny wróg/potwór względnie bliźniaczka Dan lecz nie doczekawszy się żadnej reakcji, nawet najcichszego dźwięku wstał z duszą na ramieniu i po krótkiej chwili postąpił kilka kroków w stronę dogasającego ogniska. Wpierw wpatrywał się weń jak zahipnotyzowany próbując oczyścić czaszkę ze wszystkich zbędnych myśli, gdy nagle jak rażony piorunem odskoczył, wzrok na nowo mu się ożywił, a serce zaczęło bić niemal entuzjastycznie. BYŁ SAM!
Szybko podleciał do miski z podejrzanymi ziołami, wychłeptał całą zawartość w kilka sekund nie bacząc na suszone liście, które drażniły mu gardło, odłożył naczynie na bok (bądź co bądź był jednak dość schludny), po czym oszołomiony nagłym przypływem energii podleciał do wielkiego, rozbebeszonego jelenia i odgryzł wielki kawał najlepszej jakości mięsa, by połknąwszy go w pośpiechu, wylecieć na zewnątrz niemal krzycząc ze szczęścia. 
Oczywiście tak szybko jak wpadł w ten stan zaraz od niego odstąpił na rzecz trwożnej ostrożności - gdy już bowiem wypadł na obsypane śniegiem pustkowie dotarło do niego, że ONI przecież nadal muszą być gdzieś w pobliżu, a mięśnie przypomniały mu o tym, kto raczył się w idiotyczny sposób przeziębić i tak cały entuzjazm uleciał z niego w trymiga. Ale cóż, bywa także tak...

        Mimo wszystko przedzierając się żwawo przez zaspy Trash lekko się uśmiechał chłonąc delikatną ciszę mroźnego, zimowego popołudnia. Udał się w kierunku przeciwnym niż Dziewczęta i Rex (oraz dwaj nieszczęśnicy) więc z każdym krokiem upajał się świadomością dzielącej ich odległości. Co prawda nie czuł się najlepiej, w uszach zaczynało mu szumieć, a nagłe wyjście z ogrzanej jaskini w taką pogodę było niezbyt trafnym posunięciem, ale cóż - wyboru nie miał. Poza tym skoro długowłosa (Kami) jest siostrą tej małej czarownicy i ma w torbie tyle ciekawskich różności to może jej ziółka faktycznie pomogą? No, ostatecznie go otrują, ale może będą na tyle mocne, że załatwią go szybko. Tak czy siak w tej chwili Trash uważał się za szczęśliwca mniej nieszczęsną istotę niż zazwyczaj. Myślami krążąc w okół tematów wszelakich, słabnąc powoli lecz konsekwentnie (i całkiem ignorując ten fakt) zbliżał się do jakiegoś zbiornika wodnego. Wybrał ten kierunek gdy tylko jego ucho wychwyciło cichy szum, który teraz stawał się coraz głośniejszy i zwiastujący co najmniej średniej wielkości wodospad, a więc i rzekę z najpewniej czystą wodą.
Ach, woda! Jedno co dobre na tym świecie ~

        Jednak i tym razem Trash nie miał mieć szczęścia i to nie z winy Szalonej Dan - kiedy dotarł do rzeki, skuszony ciekawością począł zbliżać się do krawędzi wodospadu. Lubił wodospady i wodę ogólnie - jej szum, błyszczące kaskady, gry świateł i rybki jak się poszczęściło... Przy czym w zimę było w niej także cieplej niż poza jej kojącymi objęciami co uważał za dodatkowy atut.
Tak rozczulony pochylił się nad samym brzegiem i zanurzył końcówkę pyska w silnym nurcie rozkoszując się siłą ukochanego żywiołu. Przymknął oczy i rozmarzył się pijąc powoli i z pewnym trudem świeżą, czystą wodę. Musiał przyznać - ci szaleńcy mieli oko do terenów. Zajmowali najlepsze jakie kiedykolwiek było mu dane poznać i tym bardziej uważał, że szybko powinien się stąd wynieść - takie luksusy to nie miejsce dla niego. Ta zdrowa woda pewnie wypali mu wnętrzności i zmusi do powrotu nad mętne bajorka. Ale w sumie lubił ich smak - i było tam mnóstwo żyjątek... A także mało konkurentów. Same plusy...
W tej chwili przytkały mu się uszy, a w głowie zakręciło porządnie - wysunął do przodu łapę, chcąc się podeprzeć lecz zamiast na grunt trafił w ciepłą, gęstą przestrzeń, która zaraz pochłonęła nie tylko jego kończynę, lecz także głowę, szyję, a zaraz potem tułów i ostatecznie całe jego ciało spychając je brutalnie w dół, wraz z rwącym potokiem. 
I to mógłby być koniec jego przygody - nie dane mu jednak było ani zginąć, ani spaść prosto w dół i bez problemu się uratować - los jak zwykle wybrał inną, bardziej zaskakującą ścieżkę - czyli tą najtrudniejszą i najbardziej widowiskową...
Spodziewać się tego nie mógł ani Husk, ani odpoczywające w dole Bran, Blindwind i biedna Jenna, która właśnie upajała się naturalnym masażem wodnym. Nie mogła przypuszczać, że za chwilę spadnie jej na głowę kilka razy większy od niej młodzian, którego wczoraj własnoręcznie (i własnosłownie) musiała uspokajać. Dziś karma do niej wróciła i tak oto on uspokoił ją... Miejmy tylko nadzieję, że nie na raz na zawsze.


Blind? Bran? Jenna? Wybaczcie, ale nie byłoby zabawnie gdyby ostatecznie Trash na Was nie spadł ;3

Swoją drogą podziękujecie Wiewiórze za pomysł z uderzeniem Jenny przez Trash'a - nawet mi nie przyszło do głowy tak efektywne wejście XD Ale od razu mie się spodobało x3

piątek, 11 września 2015

Od Maury i Finn'a do Chris'a - Czasami Wracamy

       Maura tylko parsknęła ironicznie, kręcąc z niedowierzaniem głową. Wszystko co mówił Chris zapewne było kłamstwem… Ale z drugiej strony? Często ktoś próbuje nas okłamać, w rzeczywistości mówiąc prawdę. Doskonale wiedziała jak to działa, gdyż sama bardzo często grała w podobny sposób. Mogła to przecież sprawdzić, nic jej to nie kosztowało. W tamtym momencie najprostszym rozwiązaniem było pójść do Jenny i najzwyczajniej w świecie o wszystko się ją spytać. Ale proste rozwiązania były dla prostych wilków, a Maura z pewnością do takowych nie należała. Poza tym nie była pewna, czy to co robiła było legalne. Jakaś część niej (zapewne zwana rozsądkiem…) podpowiadała jej, że rozmowa z Chris’em bez informowania o tym kogokolwiek była swego rodzaju łamaniem… „Prawa”, to zbyt mocne słowo, więc uznajmy, że „zasad”. W tamtym momencie jedyna rzecz jakiej była pewna to to, że powinna opuścić jaskinię. Dlatego po raz kolejny skierowała swe kroki w stronę wyjścia… Z tą różnicą, że tym razem w końcu przekroczyła próg i ani razu nie obejrzała się za siebie. Nigdy się nie oglądała, tak było trudniej. Jednak za każdym razem miała poczucie satysfakcji, że po raz kolejny udało się jej przezwyciężyć ciekawość i pokusę.
Jej łapy zostawiały płytkie ślady w świerzym śniegu. Zostawiła za sobą jaskinię, a w niej skrzydlatego więźnia, który umiał czytać w myślach. No właśnie… Nie podobała jej się ta umiejętność, ale nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Nie chodziło tutaj o to, że obcy wilk znał jej imię i myśli… To byłoby zbyt proste i przewidywalne. Każdy ma swoje słabe i mocne strony, a rozróżnienie ich zależało tylko od punktu widzenia. Atuty mogły przerodzić się w słabości, jeśli wszystko rozegrało się prawidłowo. Maura nie zawsze lubiła gry, ale była w nich bardzo (i to baaardzooo) dobra. Zazwyczaj rozwiązywała wszystkie problemy sama, ale czasem potrzebowała pomocy.

~***~

        Finn po prostu siedział w miejscu, mając przed sobą płótno i malował. Nie licząc tego, że co jakiś czas zerkał na krajobraz, sprawdzając czy aby na pewno w niczym się nie pomylił, nie miał w ogóle kontaktu ze światem rzeczywistym. Myślę, że gdyby nie siostra, Finn malowałby dniami i nocami, zapominając o piciu, jedzeniu, czy spaniu. On zdecydowanie częściej pozwalał sobie na oderwanie się od rzeczywistości, chociaż Puck zawsze mówiła na tą fazę „odlot”.
Ale w tamtym momencie coś, a raczej k t o ś mu przeszkodził. Jedyna osoba, która była w stanie wtargnąć do jego świata i wyjść z niego bez najmniejszego uszczerbku.
- No co tam? - ten głos mógłby rozpoznać nawet podczas najsilniejszego wiatru, gdy wichura rozrywa dźwięk na strzępy i sama śpiewa do wędrowców.
- Zdecydowanie spokojniej niż u ciebie. - odparł, nie odrywając wzroku od swojego malunku - Co znów przeskrobałaś, Puck? - dopiero teraz odwrócił się do siostry, z miną niewiniątka.
Jednak w tym uśmiechu było też coś… Innego. Coś, co głośno i wyraźnie mówiło: „wiem co knujesz”. Maura znała tą minę, aż za dobrze.
- Skąd pomysł, że robię coś złego?
- Ty z a w s z e robisz coś złego. - odciął się Finn, a jego siostra skutecznie udała urażoną.
Jednak w rzeczywistości cieszyła się z tej uwagi. Basior zawsze powtarzał, że Maura jest jak zły duszek: nie lubi, gdy się jej dziękuje, ani wypomina dobre uczynki. Dlatego też ona sama nigdy nie mówiła szczerze przepraszam, a on sam doczekał się tej chwili tylko raz w życiu. A później i tak został zdradziecko wepchnięty do jeziora, w samym środku zimy.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę. - dziewczyna wzruszyła ramionami - Mam do ciebie sprawę. Pomożesz?
- Znowu? Co ty byś beze mnie zrobiła! - aktorstwo Finn’a jak zwykle było przesadzone, ale samiec zawsze robił to specjalnie, by chociaż trochę podroczyć się z siostrą. Lubił jej pomagać.
- Pfffff… Jasne. Pomożesz?
- Więc z czym masz problem.
Maura wzięła głęboki oddech i… I nic nie powiedziała. Nie wiedziała jak powinna się odezwać, a Finn dostrzegł u niej pewne wahanie. Jego siostra wiedziała, że może powiedzieć mu wszystko i zaufać mu w wielu sprawach, ale czasami nie potrafiła dobrać słów. W końcu jednak, po chwili namysłu, znalazła to czego szukała.
- Jak myślisz, czy każdy ma swój słaby punkt? - to pytanie nieco zdziwiło Finn’a i przez chwilę przyglądał się bliźniaczce tak, jakby nie był pewien, czy siostra sobie z niego nie żartuje.
Ale dziewczyna mówiła na serio.
- Każdy ma zalety i wady, dlatego też jeśli dana osoba ma atut, posiada również i słabość. Czy to nie ty mi o tym trułaś? I bez przerwy mówiłaś o „równowadze kosmosu”, czy coś tam. - Maura wywróciła teatralnie oczami i westchnęła.
- Równowadze w s z e c h ś w i a t a. - poprawiła brata nie pierwszy raz, jednak wiedziała, że Finn specjalnie przekręca jej wypowiedzi - I tak, pamiętam. Chodzi mi jednak o to, czy każdy musi mieć jakiś widoczny słaby punkt… - zaczęła wyjaśniać, jednak Finn nie dał jej skończyć.
- Kogo ty chcesz okraść?
Dziewczyna spiorunowała wilczura wzrokiem, a Finn zrobił swoją dziwną minę. Rozciągnął usta w długą, wąską linię, i lekko nadął policzki, przez co wyglądał trochę jak żaba. Wadera zaśmiała się krótko, widząc żabią minę swojego brata, a jej wzrok nie był już taki ostrzy.
- Nikogo nie okradam… Nie tym razem. Pomożesz znaleźć mi słaby punkt pewnej osoby?
- Ale jesteś zawzięta… Czyli to jednak ważne?
- Arcy-ważne.
- Hm… No dobrze, pomyślmy. - Finn przez jakiś czas siedział w ciszy, z odrobinę zmrużonymi oczami. Przez to, że zwiesił głowę w dół, jego czarna i nierówna grzywka opadła mu na oczy, całkowicie przysłaniając widok. Zdmuchnął ją z irytacją, gdyż powtarzał tą czynność co najmniej kilkanaście razy w ciągu dnia - Posłuchaj, po pierwsze: żebym ci mógł pomóc, musisz opisać mi tą osobę.
Maura uśmiechnęła się smętnie. Miała opisać mu tego wilka? „Duży, skrzydlaty basior z tęczową grzywką, która razi mnie w oczy nawet od krótkiego patrzenia. Jest przebiegły i sprytny, choć zupełnie nie sprawiał takiego wrażenia (po prostu nie wygląda na typowy czarny charakter). Umie czytać w myślach i może nawet robi to teraz. A, prawie zapomniałam- jest więźniem i zdradził watahę podczas wojny. Tyle ci wystarczy, braciszku?”
- Nie znam go zbyt dobrze. - mruknęła w końcu.
- Czy to ktoś z watahy? - a czy bycie jeńcem i życie w zamknięciu, w jakiejś opuszczonej jaskini można było nazwać przynależeniem do watahy?
- Chyba tak. Potrzebuję jego słabego punktu, a ty jesteś jedynym wilkiem, któremu mogę w tej sprawie zaufać. Wchodzisz w to? - Finn patrzył na siostrę w milczeniu, a w końcu gwizdnął przeciągle z podziwu.
- Czyli miałem rację, że coś kombinujesz. Słuchaj, Puck… Mam tylko nadzieję, że nie chcesz nikomu zaglądać go głowy? - pytanie brata odrobinę rozbawiło niebieską waderę.
- To m i zaglądają do głowy!
- Oczywiście, a tak w ogóle to… Zaraz, zaraz. - Finn uciął swoją wypowiedź i znów siedział, rozmyślając.
Tym razem jego milczenie trwało odrobinę dłużej, ale był naprawdę zaskoczony. Jeśli dobrze zrozumiał słowa siostry… A przecież Maura nigdy nie rzucała słów na wiatr i nie miała zwyczaju mówienie czegoś bez powodu… To wilk, bądź wadera, którą ma na myśli, umie zaglądać do cudzego umysłu. Czytać w myślach. Dość ciekawa sztuczka, jednak zdaniem Finn’a, lepiej sprawdziłaby się, gdyby nikt o tej umiejętności nie wiedział. Ale nawet jeśli kilka osób wiedziało o zdolności owego wilka, to i tak była to całkiem potężna broń. Chociaż, jak każda umiejętność, również posiadała swoje wady i słabe punkty. A on już nawet wiedział jaki.
Uśmiechnął się i powiedział siostrze o wszystkim, co przyszło mu do głowy.

~***~

        Właściwie to Maura wcale nie czuła się tak, jakby łamała prawo. Była w tej jaskini dopiero dwa razy, ale miała wrażenie, jakby odwiedzała ją przez kilka ostatnich miesięcy. Tak naprawdę to z początku nie miała ochoty tam przychodzić, a podczas drogi nieustannie wmawiała sobie, że kolejny raz tam nie wróci.
Ale wróciła. Każdy wilk, czy też inne zwierze, posiadające zdolność myślenia, gdy nie rozwiąże do końca danej łamigłówki, będzie chodził w dane miejsce, do czasu aż nie zbierze wszystkich elementów układanki. Oczywiście, nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od charakteru. Jednak mimo wszystko, każdy czasem gdzieś powróci. Wszyscy czasami wracają. A Maura należała do tych, co powracali zawsze.
- I jak? - gdy tylko przekroczyła próg jaskini, dotarł do niej jadowity głos Chris’a - Wiesz już więcej?
- Czy ja wiem… Nie pytałam się Jenki. - odparła, wzruszając ramionami - Może potem z nią pogadam.
Basior nie odpowiedział od razu. Maura pomyślała wtedy, że może zaglądać do jej myśli, by sprawdzić, czy to co mówi jest prawdziwe. Uśmiechnęła się złośliwie i zrobiła to, co poradził jej Finn.
Skoro basior czytał jej myśli, to znaczy, że w pewien sposób mogła również kontrolować to, co znajdzie w jej głowie.
„I jak tam, Kolorowy? Znalazłeś w mojej głowie to, czego szukasz?”, pomyślała i wiedziała, że ta myśl dotarła do Chris’a i została przez niego odczytana.


Chris? ^^

Sorka, że tak długo czekałeś na dokończenie.

Od Brego do Aspen, Dean'a i Marcysi - Smoki!

        - SMOKI?! Skarbie! Smoki! Trzeba je znaleźć! Zwalczyć! Pokonać Znajdziemy! – Brego zapomniał o wszystkim i zafascynowany nowym celem zerwał się w powietrze z oszalałym spojrzeniem roglądając się na wszelkie strony, jakby łuskowate monstrum miało mu zaraz wyskoczyć przed nos – Znajdziemy go! – warknął do Aspen – Chodźcie z nami, Skarbie! Pokonamy go razem! – wyciągnął wielkie łapsko do małej hybrydy, która stała jeszcze na ziemi z rozbawieniem na twarzy.
- Serio, macie tu smoki? – zapytała nie wierząc w to co słyszy.
- Nie wiemy, Skrabie! Ale się dowiemy! Dowiemy się, znajdziemy! – z tymi słowami złapał ją za przednią łapkę, podrzucił do góry, a samica rozpięła skrzydła roześmiana po uszy.
- W takim razie na co czekamy? – zapytała lecąc już przed siebie. W życiu z prawdziwynm jaszczurowatym się nie spotkała (przynajmniej nie pamiętała), teraz miała szansę, nie mogła jej zaprzepaścić!
U boku swego przyjaciela miała przed sobą ciekawie zapowiadającą się przygodę i aż trzęsła się z radości robiąc w powietrzu najróżniejsze akrobacje dla upustu niekończącej się energii. Brego huknął kilka razy skrzydłami o powietrze ruszając jak strzała w kierunki pierwszych latających wysp, które napatoczyły mu się na widnokrąg.

******

        Dwójka zwiedziła chyba wszystkie możliwe latające wyspy w okolicy, jednak były one na tyle małe, że oblecili je niczym błyskawice, ich sokole oczy wyłapując nic innego jak puste, nieprzetarte szlaki zwierząt oraz gęste zarośla, bez żadnych jaskiń lub grot, gdzie skrywać mogły się potężne jaszczury zionące ogniem.
- No szlag, Skarbie, na to wychodzi, że nikogo i niczego tu nie ma. – mruknął z żalem Brego zawisając w powietrzu oraz rzucając ostatnie spojrzenia wokół siebie – Na wyspach nie ma. Żadnej groty, żadnej jaskini, po prostu pustki! – założył łapy na piersiach jak rozczarowane dziecko oraz wydął dolną wargę, na co Aspen zareagowała rozbawionym śmiechem widząc starego wterena w tak dziecinnym stanie.
- Aj, przestań, Brego, może są, tylko się tak dobrze skrywają, że nie można ich znaleźć? A może są gdzieś jeszcze indziej? Przecież latające wyspy to nie jedyne miejsce, gdzie można znaleźć smoki! – pocieszyła go zataczając wokół niego coraz to szybsze kółka, póki nie zawisła do góry nogami przed jego twarzą z wielkim uśmiechem na ryjku – To jak? Szukamy dalej?
Brego rozweseliła się mordka na słowa swojej kompanki, której zaraźliwy uśmiech przykleił się do jego ust poprawiając mu odrazu humor.
- A, niech będzie! – zawołał, jednak potem do jego uszu doszły jakieś dźwięki. Zastrzygł radarkami próbując zlokalizować źródło, spojrzał odruchowo za siebie, jednak widząc nic innego niż chmury oraz błękit nieba dotarło do niego, że przecież lata! Potrząsnął głową, po czym zniżył wzrok zerkając co tam się dzieje na ziemi – Ej, Aspen, patrzcie! – wskazał palcem w dół.
- Co tam? Smok?! – zawołała podekscytowana patrząc pod siebie.
- Nieeee, wilki, Skarbie, Dean się chyba zwał ten jeden biały. – samiec podrapał się po głowie w zamyśleniu – Ale tego drugiego nie kojarzymy, pójdziemy się przywitać? – zapytał z błagalnym wyrazem pyszczka – Może pomogą nam znaleźć smoka? – wpadło mu do głowy, chciał koniecznie zlecieć na dół, musiał jakoś przekonać towarzyszkę.
Nie wiedział czemu, ale coś ciągnęło go do tego nowego, niebieskiego punkciku na ziemi...
- Noo... Dobra, niech będzie. – zgodziła się Aspen, której niezbyt się podobał ten pomysł, ale nie mogła odmówić błagalnemu spojrzeniu hybrydy, które mimo swej białej pustki mogło konkurować z niejednym szczeniakiem próbującym wyżydzić coś od mamy.
- Haha! – zawołał rozradowany, chwycił hubrydę za łapę i zapikował w kierunki dwójki.
Zaskoczona jego nagłym przypływem energii złożyła skrzydła w zdłuż ciała, żeby nadążyć nad samcem oraz nie pożegnać się ze swoją łapką, trzymaną w żelaznym uścisku wterana, który chcąc szybko znaleźć się na dole przybrał krztałt wystrzelonej strzały, ze skrzydłami tak blisko ciała, że prawie w ogóle nie łapały powietrza, by ich wyhamować.
W ostatniej chwili, gdy 2-3 metry zostały im do zdeżynia się z ziemią samiec pociągnął Aspen za rękę i kiwnął głową, dając jedno znacznie do zrozumienia, że pora wyhamować, jeżeli nie chcą rozplaskać się o ziemię. Dwie pary potężnych skrzdeł załopotały z hukiem w powietrzu, gdy obydwa ciała zostały szarpnięte impetem powietrza zdeżającego się z rozpostartą błoną i piórami. Odelgłość od ziemi była jednak nieco za mała na eleganckie lądowanie, więc musieli kawałek przebiec po śniegu, żeby nie połamać sobie łap o zlodowaciałą ziemię.
- Ha! To się nazywa synhronizacja, Skarbie! – zawołał Brego nagle zmienionym głosem, głosem niższym, dostojniejszym niż tym na codzień, sam aż się zdziwił słysząc ten dźwięk, jednak uśmiech na jego twarzy powiększył się, kiedy skojarzył ten tębr głosu z dawniejszymi czasami, potrząsnął jednak łbem wracając do rzeczywistości – Piątka! – zawołał szczerząc się od ucha do ucha. Aspen zaśmiała się i podskoczyła do wyciągniętego łapska, przybijając solidnego piątaka – Witajcie! – zwrócił się do pozostałych...


Aspen? Dean? Marcysia? X3

środa, 9 września 2015

Od Hakai do Andromedy, Misy i Ziry - Zaufanie

        Hakai wziął głeboki oddech i wywrócił oczyma... Taaaak, cała Andromeda – z pozoru miła i łagodna, jednak kompletnie nienadająca się na dyskusje oraz przegadanie sprawy. Odkładając na bok irytację i oburzenie wywołane zarzutem uspokoił się próbując ułożyć w głowie coś mądrego do powiedzenia.
- Czy ty naprawdę myślisz, że spodobałaby mi się pierwszy, lepszy, poznany w środku lasu kot, z którym znam się jakieś kilka minut, niż ty, którą znam ponad rok (tak kochani, Wariaci funkcjonują już ponad rok, w kwietniu stuknęła na rocznica... Tylko o niej zapomniałam, teraz mnie strzeliło ^^”) i, w której zakochałem się do zatracenia zmysłów? – zapytał spokojnym głosem spoglądając łagodnie na jeżącą się wściekle waderę, szybko jednak coś zdeżyło się z jego czołem wywołując piekący ból.
- Ja ci dam „pierwszego, lepszego kocura”, burku! – wrzasnęła z drzewa Zira trzymając w łapce drugą zmarzniętą szyszkę, gotową do strzału.
Andromeda zawarczała na nią, może była wściekła na partnera, ale nie pozwoli komuś innegu rzucać w niego przedmiotami martwymi, jej tylko było wolno!
- Nie pozwalaj sobie! – wrzasnęła ciskając w kocicę znalezioną gałązką, chybiiła jednak celu, a błękitnooka wystawiła jej język śmiejąc się szyderczo
- Ej! Dobra, stop! Nikt tu już nie będzie w nikogo niczym rzucał oraz nikogo ranił, kim wy jesteście, bandą dzikich zwierząt, czy jednak istotami myślącymi? – warknął Hakai widząc do czegp to wszystko prowadzi.
- Andromeda, serio masz  we mnie taką nikłą wiarę? Takie nikłe zaufnie? Tyle razy powtarzałaś, że mnie kochasz, tyle razy mówiłaś mi, że mi ufasz bezgranicznie. – zaczął od nowa, spokojniej – I tak szybko w to teraz jesteś w stanie zwątpić? Rzucić to zaufanie, zapomnieć o miłości i szerzyć nienawiść dając zwieść się temu co widzą twoje oczy, a nie dać się kierować tym co krzyczy ci serce? – Andromeda przestała się jeżyć, spojrzała na niego zakłopotanym wzrokiem, jakby w końcu przejżała na oczy – Kocham cię, Andromeda, nie śmiej w to nigdy wątpić, żadna kotka, żadne ładne oczy, miłe uśmiechy i czuły dotyk nie są mi milsze, pięknniejsze i bardziej czułe niż twoje...
Z tymi słowami gotowa do strzału szyszka poleciała jak z procy trafijąc prosto w obrany cel, jednak tym razem postanowił to zignorować - odwdzięczy się kotce za to kiedyś... W końcu będzie musiała zejść z tego drzewa... C’nie? >3


Andromeda? Zira? Misa? Tak! W końcu udało mi się napisać opowiadanie, nikłe, bo nikłe, ale jest, żeby posunąć akcję do przodu deczko ^^”

wtorek, 8 września 2015

Od Leonardo do Rex'a i dziewczyn - Wiewiórką z przymusu...

         Sytuacja była trochę...napięta.
  Oczywiście o ile ,,napiętą" można nazwać sytuację, w której znalazł się Jaskier: przyszpilony za gardło do skalnej ściany przez gigantycznego białego weterana bez jednego oka i ogólnym brakiem jakiejś 1/5 ciała. Przynajmniej w mniemaniu wierszoklety.
  Leo tymczasem przerażony obserwował całą tą sytuację. W przeciwieństwie do przyjaciela, lis widział już wcześniej Rex'a i słyszał o nim całkiem sporo. Z góry wiedział jak to spotkanie musiało się skończyć. Takie osoby jak Rex i Jaskier nie mają prawa bytu, jeśli nie są od siebie oddalone o kilkaset kilometrów. Dlaczego wszechświat ze wszystkich obecnych na tej planecie wilków postawił przed nimi akurat Bliznę?!
  Całkiem możliwe, że po prostu był ciekawy co z tego spotkania wyniknie, albo wziął sobie do serca wcześniejsze stwierdzenie Jaskra, że nie ma takiej siły, która by się go pozbyła...
  - Bardzo...ład-ne iimię - wystękał poeta, któremu zaczynało już brakować powietrza. - Pasuje ci...
  - Serio? - rzucił sarkastycznie Rex. - A myślałem, że ,,Aleksander" byłoby lepsze.
  - W sumie to też całkiem całkiem... - Jaskier dla własnego dobra (i z powodu coraz trudniejszej wymowy) nie skończył wypowiedzi.
  Leonardo panicznie szukał rozwiązania. Dania i Kami również starały się odwieźć Bliznę od zamiarów poszatkowania Jaskra i zrobienia z jego kości ogniska. Lisem się nie przejmował. Był mały i do tego chudy. Złapanie go nie stanowiłoby problemu. Wyraźnie było też widać, że w przeciwieństwie do swojego nierozgarniętego kolegi, obawia się Rex'a i zapewne zwieje gdzie pieprz rośnie, byleby tylko nie skończyć w jego paszczy.
  - Reksi, co ty wyprawiasz? - Danka starała się mówić żartobliwym tonem, zawieszając się na łapę duszącą bezradnego poetę. Jednak nawet w jej głosie czuć było nutkę strachu. - Tak się nie wita z gośćmi, prawda Kam?
  Brunetka pokiwała łbem szybko, ale nie zbliżała się do wielkiego basiora. Nie był to brak odwagi, czy też obojętność wobec życia dwóch nowych towarzyszy. Przeciwnie - nie miała zamiaru oglądać jak Rex dokonuje swojego morderczego dzieła. Nie miała jednak tego dziwnego czegoś, co posiada Danka, a mianowicie tej dziwnej cechy, która sprawiała, że nic jej nie próbowało zabić, nawet jeśli ciągnęła to coś za wargę, siadała mu na karku, czy zdrabniała już i tak krótkie imię. Dan po prostu była pod tym względem niezniszczalna. 
  - Ależ oczywiście, oczywiście - potwierdził biały basior tonem grabarza podczas roboty. - Tylko chyba wydaje mi się, że nie jestem z natury gościnny.
  Dla Trybika było to już za wiele. Jego instynkt przetrwania paskudnie gryzł się z sumieniem. W końcu to drugie wygrało i Leo zaczął improwizować.
  - K-k-k-kami, masz jeszcze to płonące pudełeczko? - zapytał cicho.
  Wadera nie pytała o szczegóły. Przeczuwała, że lis raczej nie pytałby w takiej chwili o zapalniczkę tylko po to, by sobie na nią popatrzeć. Wygrzebała przedmiot i rzuciła go do Pokręta. Ten zaraz po otrzymaniu przedmiotu zaczął szukać w swojej sakwie czegokolwiek pożytecznego w tej chwili. Cudem natrafił łapą na miękki, krągły kształt. Jeden z jego pocisków do katapulty! Był szczelny, więc cennej mieszaniny odpowiedzialnej za wczorajsze widowiskowe ognisko nie ubyło ani trochę. Samiec gorączkowo starał się wykrzesać cokolwiek z zapalniczki. W końcu podpalił woreczek parząc sobie przy tym łapę i cisnął nim szybko pod brzuch weterana. Ten zdziwiony spojrzał na przedmiot, który skwierczał blisko jego tylnej łapy. Uśmiechnął się do lisa ,,pobłażliwie".
  - Nie trafiłeś - powiedział tonem udającym współczucie...
  I pocisk eksplodował.
  Fontanna kolorowych iskier sypnęła się na łapy i brzuch zaskoczonego basiora. Rex puścił Jaskra i naturalnym dla każdego odruchem odskoczył w bok, z dala od kłujących niczym komary iskierek. Leo nie czekał i dał upust swojemu przerażeniu biegnąc w stronę wyjścia ile sił w łapach. Wierszokleta nie pozostawał długo w tyle. Mimo zaskoczenia szybko ruszył do ucieczki. Rex w ostatniej chwili kłapnął za nim szczękami celując w kark. Poeta uniknął morderczego uścisku o włos. Zęby chwyciły za krawędź ucha. Jaskier jednak wyrwał się i z poranioną małżowiną uszną popędził za lisem. Nagle Pokręt rozpędził się w stronę najbliższego drzewa. Po tym co zrobił, Rex im tak łatwo im obu nie odpuści. A za jakieś góra dwie minuty już chwyciłby jego lub poetę za ogon. Ucieczka nie miała sensu, więc Trybik potrzebował kilku minut więcej na namysł. Wskoczył więc na pień i dzięki dłuższym niż wilcze pazurom bez trudu wspiął się na niższe partie młodej sosny. Jaskier pędząc za nim na ślepo nawet nie zdawał sobie sprawy co robi. Niesiony nieznaną siłą, której każdy z nas dostaje w obliczu śmiertelnego przerażenia, wdrapał się na gałąź naprzeciwko i przywarł do niej brzuchem, oplatając konar łapami.
  - Mówiłem ci, żebyśmy tu nie przychodzili! - rzucił oskarżycielsko do Leo.
  - Ciekawe czemu cię nie posłuchałem! - odwarknął ironicznie lis wściekły na basiora za jego wyszczekaną paszczę i z miejsca denerwującą innych samców osobowość. - Po cholerę go wkurzyłeś?!
  - To nie ja! Sam zaczął! - odparł Jaskier tonem przedszkolaka. - Po jakiego grzyba wysadziłeś mu ziemię po łapami?!
  - Masz lepsze pomysły?! Proszę bardzo! Tylko lepiej się pospiesz, bo Rex będzie tu za góra siedemnaście sekund!
  Jaskier zamilkł. Normalnie nie dyskutowałby z Leo o jego pomysłach, bo się na tym nie znał. Lis zdawał sobie z tego sprawę. Wiadomo jednak jak tego typu sytuacje działają nawet na najlepszych przyjaciół. Tymczasem ciężkie kroki przypominające dudnienie pędzącego byka przybliżało się coraz bardziej.
  Czas minął.
  Pięknie, pomyślał rudzielec. Zostałem wiewiórką z przymusu i zginę tak samo...


Rex? Wiewióra, możesz się wyszaleć x3 A jak nie to dziewczyny także mają prawo głosu. Wybaczcie stan tego opka *^*

poniedziałek, 7 września 2015

Jenka Atakuje! Ponownie... o.O

"Heh, a oto i jest!
        Tamtatrararararammm! Proszę o czerwony dywan i dwóch dżentelmenów po bokach, bo oto i jest - Blindwind!
No, muszę Wam powiedzieć, że jestem z niej serio dumna! Wyszła mi, moim skromnym zdaniem XD, na serio giteskowo :D
Choć rysowanie jej nie było zbyt łatwe, to bardzo przyjemne. Nad ułożeniem naszej Betty musiałam trochę popracować bo zawsze mam problem z łapami ale jest. Łapy nadal nie satysfakcjonują mnie jak trzeba, ale pomińmy ten szczegół -.-
Bardzo mnie jara pysk i grzywka, tak jakoś... Jakoś po prostu XD
No, ale powiedzcie mi co uważacie bo ja sie jaram sama swoim rysunkiem, a tu miało być SKROMNE ZDANIE. Ech, ja i skromność oraz rysunkowa Blind nie idziemy widocznie ze sobą w parze -.-

Ach, i następna będzie Alva, choć już się boję co zrobię z plecami przy jej rysowaniu :X"

~ Blindwind