piątek, 3 kwietnia 2015

Od Hakai do Andromedy - Odpowiedzialność

        Hakai zdyspoułzował jelenia naprawdę szybko, zostawiając jedynie niewylizane kości oraz część od szyji w górę, na którą nie miał już miejsca. Szybko rzucił ochłap w krzaki, będzie miał go na później, a Andromeda przynajmniej nie będzie musiała na to patrzeć. Wyturalł się w śniegu, żeby pozbyć się resztek krwi, po czym podszedł do wadery, która smacznie drzemała. Ułożył się obok niej, jednak ona otworzyła oczy.
- Idź spać. – rzekł cicho.
- Nie jestem śpiąca. – odpowiedziała – Jak się czujesz?
- Ja? Zdrowy i silny niczym koń. – rzucił z przekonaniem w głosie, a żeby to udwodnić wstał, obrócił się przed nią kilka razy oraz potrzepał głową (co przyprawiło go o lekki zawrót głowy, ale zamaskował to).
- Coś nie chce mi się wierzyć, porządnie oberwałeś, wybiło cię to na całą noc. – powiedziała wilczyca wstając, by obejrzeć go porządnie.
- Naprawdę, nic mi nie jest. – odpowiedział odsówając się od niej.
Nikt nigdy nie poświęcał mu tyle uwagi oraz troski, więc i teraz jej nie potrzebował. Wręcz czuł się dziwnie przy takiej opiece, przecież nic mu nie było, a wielu innych radziło sobie dobrze po gorszych wypadkach. Alfa obrzuciła go podejżliwym spojrzeniem, jednak nie chcąc się kłócić dała spokój. W końcu jakby na serio mu coś było nie skakałby jak źrebak.
Hakai spojrzał w niebo w zamyśleniu.
- Nie chciałbym psuć dobrej zabawy, kochana, ale musimy wrócić na chwilę do Centrum. – stwierdził mało wesołym głosem. Dobrze mu tu było z Andromedą, sam na sam, bez żadnych obowiązków oraz problemów watahy. Powoli zaczął odczuwać tęsknotę za życiem samotnika... teraz jednak nie miał o czym myśleć. Kości zostały rzucone i nie było drogi powrotnej. Sam zdecydował się na watahę, przyjął do niej tyle osób, tyle razem przeszli, nie mógł ich teraz zostawić, przecież byłoby to niczym nóż w plecy dla wielu z nich – Jesteśmy Alfami. Mamy swoje obowiązki. Nie możemy zostwiać naszej watahy na tak długo bez nadzoru. – mruknął stanowczo na wpół do siebie, na wpół do Andromedy.
Samiec uśmiechnął się delikatnie do niej, po czym wstali i ruszyli razem ramię w ramię w stronę Chwasta.
- Ciebie też ciekawi co takiego zdążyli zmalować pod naszą nieobecność? – zagaił czerwonooki.
- Masz na myśli wszystkich, czy kładziesz nacisk na Blindwind? – zapytała z uśmiechem samica.
Hakai zaśmiał się krótko. Faktycznie. Co do reszty nie miał aż takich podejrzeń jak do Blindwind. Mógł sobie dać łapę uciąć, że napewno przeskrobała już niejedną rzecz...


Andromeda? Wybacz „wartką akcję” opowiadania, ale serio mi brak pomysłów ;-;

Od Varen'a do Blindwind i Raphael'a - Nowe znajomości

        Po przywitaniu z Blindwind, skorzystałem z okazji, że zaczęły gawędzić i czmychnąłem. Zniknąłem za ogromniastym drzewem, przy którym stałem wcześniej z Jenną. Jak ona je nazwała? Chwast. Tak, właśnie tak. Drzewo dawało cień, idealne miejsce do spania. Gdy spojrzałem w górę kilka stworzeń kręciło się na gałęziach. Ciekawe jak oni się tam dostali... hmm..
Ciekawe gdzie są Alfy? Niezbyt wiedziałem czy mam do nich iść, lecz w końcu postanowiłem, że zobaczę się z nimi później. Zdecydowałem, że pozwiedzam okolice... Chwasta. Po chwilce zniknąłem między najbliższymi- o wiele niższymi od Chwasta- drzewami. Może znajdę przy okazji jakąś zwierzynę łowną.
Po jakimś czasie błąkania się po lesie, znalazłem polanę. Rozejrzałem się dookoła i w jednym z drzew okalających ją dojrzałem norę. Może będzie tam jakieś truchło? Truchtem przebyłem dzielącą nas odległość i wsadziłem pysk do jamy. Powęszyłem i znalazłem to co chciałem, lecz było tam coś jeszcze. Najpierw jednak wyciągnąłem resztki- jak się okazało- zająca i chwyciłem zębami to co tam jeszcze leżało. Był to nieduży sztylet z ozdobną rękojeścią. ozdoby przedstawiały jelenie, wilki, jastrzębie i.. smoki? Tyle udało mi się odgadnąć. Zaciekawił mnie przedmiot, więc postanowiłem go ze sobą zabrać. Zjadłem zająca i chwyciłem w zęby sztylet.
Od nory skręciłem w lewo i znów znalazłem się między drzewami. Niedługo po tym usłyszałem głosy. Jak najciszej skierowałem się w kierunku, z którego dobiegały. Ostrożnie wyjrzałem spomiędzy gałęzi. To co ujrzałem przyprawiło mnie niemal o rozpacz. Był tam jakiś wielki wilk w większości umazany jakąś mazią i kruk. Ale wyczuwałem też woń Blindwind. Zdążyłem zapamiętać jej zapach i kogoś jeszcze. Nie wiedziałem kto może mi pomóc zidentyfikować przedmiot, więc niestety musiałem do kogoś podejść i zapytać. Wyszedłem na polanę niepewnie. Upuściłem szybko sztylet w śnieg przed swoimi łapami. Wilk i kruk obejrzeli się w moją stronę.
-Eeee... cześć?- wydusiłem to z siebie niezbyt głośno. Jak zwykle.


<Blindwind? Raphael?>

Od Blindwind do Jenny, Varen’a, Raphael’a i Leonardo - Powrót do Życia oraz Pielęgniarskie Spa

        - JENNA! JENNA! JENNA! MORDO MOJA, KOCHANA, TY ŻYJESZ! – Wind potknęła się gdy biegła na oślep i wylądowała niczym meteoryt na biednej, małej waderce, która (nie mając innego wyjścia) poddała się jej uściskom i całusom.
Dziewczyny z impetem przeturlały się po miękkim puchu, wyglądając już jak wielka kulka śniegu.
- Du-u-si... – próbowała wyskrzeczeć Dżej, gdy uścisk Blind był już tak silny, że brakowało jej dostępu powietrza.
Zaczęła energicznie machać łapami w powietrzu - gdyż Blindwind stała na dwóch nogach, trzymając przyjaciółkę nad ziemią.
- Wybacz! – z tymi słowami upuśiła Diablika na śnieg, całe szczęście że była tam warstwa „białego cholerstwa”, bo inaczej Dżej mogłaby zęby zgubić – Ojć, przepraszam, nic ci nie jest?
- Ty mnie kobieto, kiedyś do grobu wpędzisz. – warknęła plując śniegiem, wynurzając głowę z zaspy.
- O matko, tak się cieszę, że wróciłaś. – rzekła przygarniając ją w kolejny uścisk, ale tym razem lżejszy – Ej, ej... To znaczy, że... O kurde! Raph mnie zabije! A Hakai rozerwie na strzępy! – dziewczyna znów upuściła wilczycę łapiąc się za głowę – Szlag, muszę go posklejać zanim kuzyn wróci!
- Ej, czekaj, jaki Raph? Czemu sklejać? Coś ty znów nachrzaniła?!
- Wszystko jest pod kontrolą! Nic nie się bój, będzie git... – dziewczyna zaczęła gorączkowo zbierać ziółka , które upuściła kiedy zjawiła się Dżej. Upuściła je jednak ponowanie, kiedy dotarło do niej, że oprócz Diablika jest tu ktoś jeszcze.
- To jest właśnie Blindwind, o której ci mówiłam. – rzekła Jenna do nowoprzybyłego, któremu lekki uśmieszek zawitał na ustach, gdy patrzył na kotłowaninę, jednak teraz znikł.
- Kim jesteś? – Wind znalazła się zaraz przy nowym basiorze, badając jego woń, by móc ją później zapamiętać – Gdzie go znalazłaś? Ej, zatrzymamy go? Jestem Blindwind. – samica wystawiła łapkę do przodu (trochę za bardzo na lewo).
- Varen. – usłyszała basowy głos nad głową, a ogromne łapsko uściskało jej (wręcz szczenięcą) łapkę.
- Matko, jaki ty wielki. – dziewczyna zadarło głowę do góry (jakby jej to cokolwiek miało dać).
Nagle głośne burknięcie dało znać o pustym żołądku, który od kilku dni już domagała się choćby małego ochłapu mięsa.
- Te, kiedy coś ostatnim razem jadłaś? – zapytała Jenna dopiero teraz zauważając wychudzoną sylwetkę wilczycy.
- Hym... Dzień przed tym jak zniknęłaś... Chyba.
- Co?! Czy ty już kompletnie powariowałaś? Chcesz się zagłodzić? Marsz coś zjeść.
- Nie mam czasu na jedzenie! Muszę posprzątać bajzel, który zrobiłam! – zawołała, zgarnęła swoje graty i zwróciła się w stronę, z której przybiegła, zanim jednak wystartowała – Jak tylko skończę ratować to co mi się sypie to zgarnę cię i nadrobimy sobie wszystko co cię ominęło! – puściła jej oczko oraz wesoły uśmiech - I błagam... Upoluj mi jednak coś do jedzenia...  – poprosiła błagalnym tonem, jednak już nie czekała na odpowidź, tyko wystrzeliła już z powrotem do Raphael’a.

******

        Wind wpadła jak dzika na polankę, gdzie na nią czekali.
- Żyje! Jenna żyje! Właśnie ją spotkałam! – zawołała wesoło, po czym spojrzała z przepraszającym wyrazem pyska na Drzazgę – Obawiam się, że nasz wypad był taki trochę niepotrzebny... – rzekła cicho – Ale nie bój nic! Zaraz będziesz jak nowy! – dodoała prędko nim on zdołał odpowiedzieć.
Dziewczyna stanęła na chwilę, zesztywniała i zwróciła głowę do Leonarado, który cofnął się o krok. Zaburczało jej w brzuchu, jednak zamiast rzucić się na lisa – co bardzo chciała uczynić – westchnęła cicho.
- Słuchaj, potrzebuję wodę. Rzeka jest niedaleko, znajdź jakiś wklęsły kamień i przynieś mi trochę. – rzekła – Proszę. – dodała z nieco wymuszonym uśmiechem.
Lis rzucił nieufne spojrzenie, pewnie zaprotestowałby, gdyby w ostatniej chwili nie wpadła mu do głowy myśl, że to może być całkiem dobry pomysł – zniknąć lisożerce o pustym żołądku z oczu. Podniósł się z miejsca i potruchtał w kierunku, z którego słychać było cichy pluskot wody.
- Na kij ci woda? – zapytał Renji, nie przypominał sobie, żeby do któregoś z medykamentów była ona potrzebna, niektóre wystarczyło trochę w pysku pomemlać.
- Musiałam się go pozbyć. – rzekła zabierając się do pracy - Obiad na czterech nogach w zasięgu łapy to nie jest dobry pomysł, kiedy muszę sie skupić. – zaśmiała się pod nosem, a Renji złapał się za głowę – Dobra, słuchaj, powyciągałeś wszystkie drzazgi?
- Tak mi się wydaje... – zaczał Raph
- Nie ciebie się pytam, ty siedź cicho, poczuj się jakbyś był w spa na miłym zabiegu. – stwierdziła raźnie.
- Cały obolały i podrapany? – zapytał z powątpiewaniem w głosie.
Blindwind pomacała łapą po ziemi, znalazłam kupkę błota, podniosła ją, po czym chlapnęła nią na Raphael’a – w jedyne miejsce, które było w miarę nie naruszone przez kły przeciwnika.
- Prosze, kąpiel błotna też jest. – zaśmiała się otrzepując łapę.
- Dzięki, lepiej mi. – odpowiedział Raph kręcąc z uśmiechem głową.
- Gotowe, wszystkie wyciągnięte! – rzekł z dumą Renji, który tym czasem wydziubał delikatnie najmniejsze z drzazg.
- No i fajnie. – dziewczyna sięgnęła po jedno z ziół – Zjedz to.
- Co to, po co?
- Niedobre jak cholera, ale wspomaga leczenie ran.
- Poradzę so... – w momencie, kiedy samiec otworzył usta wadera wepchnęła mu zielsko do pyska, które on szybko przełknął, nawet go nie gryząc. Skrzywił się z obrzydzenia – O fu... – zdołał jedynie mruknąć pod nosem, gdyż smak był po porstu nie do opisania.
- Spa pełną gębą. – szturchnęła go w ramię, zabierając się za resztę ziółek – Nie martf se, ja mam ne lepiei – powiedziała z pyskiej pełnym jakiś liści, które musiała rozpaplać.
Ich smak też nie należał do najlepszych. Po tych wszystkich zabiegach będzie musiała iść i naprawdę zjeść coś pysznego, żeby pozbyć się tego masakrycznego smaku... Oj, lepiej, żeby Leo się wtedy chował...
Samica chwyciła mokrą kulkę mchu, której użyła to oczyszczenia ran oraz futra z zaschniętej krwi i śmieci. Wypluła zawartość pyska na małe drewienko, które przyniosła.
- Wiem, nie wygląda to najlepiej. – rzekła, czując niepewność bijącą od basiora – Ale wybacz, nie chce mi się czekać na tą wodę, a po drugie, żadnych świństw nie jadłam, więc pyska mam czystego.
- Heh...
- Słuchaj, trzeba było pomyśleć zanim postanowiłeś robić Rex’owi za zabawkę do gryzienia. – stwierdziła rozmazując zieloną maź po jego ranach.
Wilczyca wodziła nosem zaledwie kilka milimetrów od ciała wilczura, żeby móc zlokalizować miejsca o duszacym zapachu zaschniętej krwi. Samiec wzdrygnął się parę razy, gdy przyszło do obłożenia poważniejszych ran. Wilczyca musiała aż dorobić mazidła, gdyż to co miała nie starczyło jej na wszystkie rozdarcia. Na szczęscie pojawił się już Leonardo niosący miseczkę z wodą. Klnąć pod nosem i z okropnie złym humorem. Wind zastanawiała się o co mu chodzi, ale jak podszedł bliżej usłyszała ciche kapanie wody z jego futra.
- Nie mów mi, że wpadłeś do wody. – parsknęła śmiechem.
- Bardzo zabawne. – mruknął kładąc miseczkę obok niej, po czym odsunął się szybko.
- Jak ja żałuję, że nie mogłam tego zobaczyć. – powiedziała cicho nie mogąc powstrzymać śmiechu, jednak wiedziała, że Raph potrzebuje pomocy, więc szybko zamoczyła ziółka w zimnej wodzie, znalazła kamyczek i zaczęła je rozgniatać (pośmiewując sobie pod nosem).
- A tobie co? Wyglądasz jakbyś do bagna wpadł. – zauwarzył lis.
- Jestem na zabiegu w spa, nie widziesz? Kąpiel błotna i okład z ziół. – rzekł mało entuzjastycznie.
Rudzielec jedynie uniósł do gróry jedną brew. O nic nie pytał. Usiadł w bezpiecznej odległości, następnie zaczął przyglądać się działaniom samicy, której ziółka szybko zamieniły się w papkę.
Największe problemy miała przy jego twarzy, ale nie miała wyjścia, musiała obłożyć mu pół pyska mazią, mimo tego, że okropnie się kręcił oraz prostestował.
- Wiem, że cię boli, ale jeżeli nie chcesz wyglądać w przyszłości jak Rex to zaciśnij zęby i wytrzymaj, prawie skończyłam. – fuknęła, kiedy złapał ją w końcu za łapę, by przestała.
Kiedy zapach zascniętej krwi był już kompletnie zablokowany oraz czuła jedynie ostrą woń mazi odłożyła resztę, wycierając łapki o trawę. Raph położył głowę na łapach zamykając oczy. Wadera szybko obłożyła posmarowane miejsca liśćmi, żeby ziółka się nie wytarły, gdy on będzie się kręcić.
- Wybacz, mało delikatne, wiem ale obiecałam, że się tobą zajmę to teraz musisz wytrzymać. – tłumaczyła się Wind, badając łapą delikatnie jego boki oraz stawy – Przynajmniej jak przez to przejdziesz to będzie wyglądał bardziej jak stary Raph, a nie jak kolejny Blizna. – mruknęła pod nosem skupiając się na nie równościach jego klatki piersiowej.
Jej przyjaciel zrobił mu ścieżkę z żeber po jednej stronie, jednak nie wiedziała jak się tym zająć, chirurgiem nie była. Pokręciła więc głową, w najgorszym wypadku będzie dyszał jak Rex. Przeszła dalej do łap oraz poszkodowanego biodra, które - doszła do wnisoku - musiała nastawić.
- Daj mi chwilkę, muszę czegoś poszukać. – rzuciła przez ramę odchodząc.
Po drodze złapała Leonardo w zęby i ruszyła biegiem w krzaki.
- Umiem sam chodzić, czego ty ode mnie chcesz? – warknął, gdy wypuściła go z pyska.
- Przestań się drzeć tylko słuchaj. – mruknęła półgłosem – Raph musi mieć nastawione biodro, boleć go to będzie jak cholera, toteż taki jest mój plan: Ty go zagadasz jakąś ciekawą rozmową, a ja w tym momencie zrobię swoje, weźmiemy go z zaskoczenia i będzie go mniej bolało, co ty na to?


Jenna? Varen? Leonrado? Raphael? ^^

czwartek, 2 kwietnia 2015

Od Alvy do Brego i Aspen - Zwyczaje i wiara


        Alva uważnie obserwowała niższą od siebie samicę, ale co jakiś czas spoglądała też na hybrydę. Brego był wyższy od niej o swoją dużą głowę. Na szyi miał naszyjnik na którym Alva zatrzymała chwilowo wzrok. Szybko jednak powróciła do Aspen, która czekała aż odpowie na jej pytania.

- Jestem Alva, miło mi. - Powiedziała wyciągając w ich stronę, swoją ogromną łapę z aktualnie schowanymi pazurami. 
Oboje podali łapy, a Alva postanowiła powrócić do opowiadania na pytania Aspen. Jej dość nietypowy akcent sprawiał, że jej towarzysze bardzo uważnie przysłuchiwali się każdemu słowu. 
- Pochodzę z bardzo daleka, z mroźnej krainy, gdzie rośliny hodowało się pod ziemią. Lato było krótkie, a rośliny w moim klanie zawsze były ważne. Jest tu bardzo ładnie i zamierzam zostać na stałe ze względu na jaskinię, którą znalazłam. Chętnie bym porozmawiała z Alfami, gdyż twierdzę że powinni wiedzieć o moim przybyciu. Wiecie może gdzie teraz są? - Spytała patrząc Brego w oczy, ale jej wzrok znów przeniósł się ponownie na naszyjnik stwora.
- Hakai i Andromeda pewnie są gdzieś razem, ale my nie wiemy gdzie teraz przebywają.... Tak Skarbie, gdzieś sobie chodzą razem. - Powiedział Brego kiwając głową. 
Alva zmrużyła lekko oczy, myśląc nad osobowością stwora. Mówienie do siebie ma zwykle swoje powody, są one najczęściej związane z przeszłością.
- Rozumiem. - Odpowiedziała spoglądając w niebo, popołudniu będzie padać śnieg. Osobiście miała ochotę poznać trochę swoich nowych towarzyszy. Powinna szybko jednak zebrać gałązki na swoje posłanie i musiała uzupełnić księgi. Ostatnio zajmowała się eliksirami i ich właściwościami. Nie była to łatwa praca, ale Alva lubiła takie zajęcia. - Brego chciałabym cię o coś spytać.
- Mówcie śmiało. - Powiedział uśmiechnięty stwór, szkoda że gdy Alva się uśmiechała to wygladała jakby chciała kogoś zabić, a jej śmiech przypominał szczęk łańcuchów. 
Jednakże zawsze wśród rodziny musiał się znaleźć ktoś "inny". Poza tym Alva przyzwyczaiła się do swojego głosu i akcentu, był dość specyficzny.
- Skąd masz ten naszyjnik? - Spytała wskazując łapą błyskotkę znajdującą się na szyi hybryda. 
Brego się ociągał z daniem swojej rzeczy nowo poznanej kocicy. Alva otrzymując naszyjnik sprawnie zaczęła go obracać w ogromnych pazurach. Od razu dostrzegła robotę cheederianów z południa. Naszyjnik miał przedstawiać trzy księżyce, choć nie zawsze tak to wyglądało. Cheederiany z południa wierzyły, że dzięki tym księżycom uzupełniają swoje duchowe i fizyczne siły. Cheederiany miały różne wierzenia, wschód miał inne, a zachód jeszcze dziwniejsze. Każda z krain się w czymś specjalizowała. Północ- magia, walka. Południe-budownictwo i umiejętności artystyczne. Wschód- wynalazki i wiele rzeczy z nimi związane. Zachód- tu była mieszanka wszystkich umiejętności. 
- To zdecydowanie robota cheederianów z południa...
- Dostaliśmy od naszej znajomej.
- Hmm... Dziwne, cheederiany wyjątkowo rzadko oddają swoje amulety.
- Dlaczego? - Spytała Aspen gdy kocica oddała naszyjnik hybrydzie.
- Chodźcie ze mną, mogę wam opowiadać, gdy będę zbierała gałązki. - Wiedziała, że młoda samica spyta do czego potrzebne są jej gałązki, więc postanowiła od razu powiedzieć. - Muszę zrobić sobie posłanie, takie jakby gniazdo, tylko znacznie większe i do tego będące w jaskini, gdzie jest sucho i czysto. W każdym razie... Amulety dla cheederianów są bardzo ważne, każdy z nich według wierzeń posiada jakieś właściwości.
- A czemu wy nie macie swojego amuletu? - Spytał Brego patrząc jak Alva wkłada do torby po lewej stronie, niewielką gałązkę.
- Jestem... Hmm... Cóż korzystam z magii, więc mogę ich w ogóle nie nosić, moi bogowie pilnują wszystkich szamanów i koty pracujące w tym fachu. Ale nie będę was zanudzać moją osobą, teraz wy powiedzcie coś o sobie. - Powiedziała wkładając do torby kolejną gałązkę. 
Uwielbiała poznawać inne osoby, choć nie lubiła o sobie zbyt wiele opowiadać.

~Brego? Aspen?~

Od Jenny do Varen'a i Blindwind - Więcej Dziwaków! :D

        No cóż, mam nadzieję, że w końcu ktoś się przypałęta, żeby mi pomóc bo długo mi zajmie takie dochodzenie do Chwasta, zwłaszcza z tym wszystkim co mnie teraz obciąża... Szkoda, że Chris mnie olał. Przydałby się, ale nie! Normalności mu się zachciało, też mi coś! Pfffffffft...
Myśląc o tym wszystkim dostrzegłam po prawej stronie sporego wilka o ciemnokrwistym futrze z demonicznym charakterkiem. Wydał mi się dziwny, ale też idealnie pasujący do... nas. Zbliżył się trochę, choć miałam wrażenie, że nie bardzo mu to leżało.
- Jest tu jakaś wataha? - zapytał trochę cicho, chrapliwie i nisko.
Przekręciłam głowę, żeby lepiej się mu przyjrzeć i móc coś powiedzieć, ale gałązka mi to uniemożliwiała. Zaczęłam się trochę wiercić, żeby w końcu ową ozdobę przesunąć w dobre miejsce, ale wyszło z tego tyle, że jeden z pakunków połaskotał mnie pod nosem, a to z kolei spowodowało potężne kichnięcie. Wilk skrzywił się z ironicznym uśmiechem na widok tego co się stało. Bowiem wszystkie pakunki i bibeloty które niosłam, wpadły w śnieg. Przeklęłam siarczyście i schyliłam się po rzeczy.
- Ekhem - usłyszałam. A, no tak! Zapomniałam kompletnie.
- Ach tak. Em, jest wataha, właśnie tam zmierzam. Zaprowadzić cię? - odparłam nieuważnie. Byłam zbyt skupiona na zbieraniu pakunków.
Wilk skinął lekko, niezbyt zauważalnie.
- Ok, to chodźmy tylko... O, i już - powiedziałam bardziej do siebie niż do wilka.
Chyba nie jest zbyt rozmowny, pomyślałam. No cóż, nie pierwszy raz będę gadać za dwóch, przeważnie tak było kiedy trafiałam na milczące wilki. Gadałam tylko po to, żeby nie słyszeć ciszy, której tak nie cierpię.
- No, to może ci trochę opowiem, co ty na to? - Oczywiście, nie odpowiedział ale nie spodziewałam się tego. - Wataha nosi nazwę Nieznanych Wariatów. Alfami są Hakai i Andromeda, niby nie para ale wiesz, ja tam myślę, że to się niedługo zmieni. Nie znam się ale to jest zbyt widoczne... Chociaż może już się zmieniło... Wiesz, bo nie było mnie kilka dni w watasze, nastąpił mały wypadek i... Zgubiłam się. Ale nie o mnie teraz gadamy. W każdym razie Hakai i Andzia są Alfami, dobrymi i wyluzowanymi. Nie ma z nimi problemu. Jest też Blindwind, moja dobra przyjaciółka i kuzynka Hakai. Jest niewidoma ale radzi sobie niewiele gorzej od zwykłego wilka. Pomaga jej w tym Renji, jej kruk. Takie oczy Blind. Nie ma z nią problemów, jest serio fajna. Zwariowana, ale fajna. Mamy też Zafiro, brata Andromedy. Trochę gbur i cichy mieszkaniec, ale da się z nim żyć, choć za sobą nie przepadamy. No, i oczywiście Brego. Ogromna hybryda, która ma poprzestawiany mózg, mówi o sobie w dwóch osobach, wiesz takie rozdwojenie jaźni. Uważaj na swoje rzeczy, jak coś się błyszczy to nie ujdzie uwadze Brego. Nie wiem, czy ktoś nie doszedł do nas przez ten czas kiedy mnie nie było więc... Możliwe, że jest nas więcej. Ale to się okaże za niedługo. O, chyba widzę Chwasta - zakończyłam przemówienie. Wilk nie odezwał się ani słowem. - Ech, no dobra to powiedz mi przynajmniej jak masz na imię, Milczący.
- Varen. I wcale nie jestem milczący, po prostu nie lubię gadać tyle co ty - mruknął.
- Łaaaaaaaaaaaaaał, aleś się nagadał. Nie boli cię gardło?
Varen zmierzył mnie krytycznym wzrokiem, ale nic nie powiedział. Westchnęłam ciężko i wywróciłam oczami. Po czym uświadomiłam sobie, że zapewne za chwilę zobaczę się z Blind i resztą watahy.
- Jenna! - usłyszałam ryk. A, ale to nie na ten krzyk czekałam. Obejrzałam się do tyłu, przez co kilka ozdób spadło w śnieg ale już wiedziałam, kogo zobaczę.
- Chris, do cholery co ty tu robisz?! - wrzasnęłam, upuszczając resztę pakunków. Varen patrzył na nas z zaciekawieniem, ale nie aż takim, żeby się odezwać.
- Ja... Przemyślałem to. Źle to wszystko wyszło i... Przepraszam. Nie chciałem cię zranić, chodzi o to, że... - zaczął trochę zdyszany mój Malowany były kumpel.
- Daruj sobie, Chris. Powiedziałam, że jak wrócisz to zrobię z twojego tyłka tatara dla ptaków więc spadaj, chyba że lubisz być tatarem - warknęłam. Usłyszałam prychnięcie ze strony Varena, ale gdy spiorunowałam go wzrokiem, przybrał tradycyjną maskę.
- Dżej, daj spokój. Oboje wiemy, że tego nie zrobisz więc... Po prostu się uspokój i daj mi to wyjaśnić.
- Och, weź się ogarnij. Słyszysz się w ogóle?! Brzmisz jak główny frajerski bohater z równie jak on gównianej opery mydlanej albo serialu. Zejdź mi z oczu. Poszukaj sobie swojej normalnej rodziny i partnerki.
- Nie chcę.
- Ojej, nie chcesz tak? No dobrze, znajdziemy ci inną zabawę - Gadałam jak do szczeniaka, ale to Chris się tak zachowywał. - Ale na razie muszę zaprowadzić Varen’a do Alf, więc łaskawie się zamknij i czekaj tu. Pogadamy później.
- Dobrze. Ale wróć.
Wywróciłam oczami i zebrałam tobołki. Chris oczywiście rzucił się żeby mi pomóc, ale tylko uniosłam łapę by go zatrzymać i warknęłam cicho.
- Kto to był? - zapytał po chwili Varen.
- Ktoś, kto nie jest wart rozmowy.
- Twój były?
- Co?! Weź się przymknij, wolę jak siedzisz cicho niż jak gadasz takie głupoty.
I faktycznie, siedział cicho do czasu kiedy doszliśmy pod Chwasta. Zostawiłam w swoim koncie prezenty otoczone mgłą, którą wytworzyłam za pomocą Iluzji i poszliśmy szukać Hakai. Jednak po drodze wpadliśmy nieoczekiwanie na Blindwind.
- Cześć Blind! - zawołałam, będąc jakieś kilka metrów od kumpeli.
Ta odwróciła sie z miną jakby ducha zobaczyła i ruszyła na mnie jak torpeda piszcząc, płacząc i śmiejąc się jednocześnie.
- O matko - mruknęłam a parę sekund później leżałam na śniegu ściskana przez białą waderę.


<Blind? Varen, nie bój żaby wrócimy do ciebie zaraz <default smiley> :D >

Od Aspen do Brego i Alvy

        Nie przeszkadzałam hybrydzie w śniadaniu, ja już jadłam, więc niech i on się naje, a później nauczy mnie kilku sztuczek. Nie mogłam się doczekać! Gdy tak jadł zauważyłam zbliżające się bialutkie zwierzę. Wstałam patrząc w tamtym kierunku, pewna że jest to członek stada. Nagle jednak postać zatrzymała się. Teraz gdy stała, można było ją uznać za zaspę śnieżną, ale nie ze mną te numery. Może wystraszyła się nowego członka? Wyjdę jej na przeciw. Podbiegłam do nieznajomego z szerokim uśmiechem. W miarę jak się zbliżałam mogłam zauważyć coraz więcej szczegółów.
Masywna, śnieżnobiała kotka, chyba tu nie była nigdy wcześniej. Wczoraj pod drzewem widziałam wiele śladów, i tylko jedne kocie, ale ona miała zbyt masywne łapy, by tamte tropy były jej. Kocica gdy zauważyła, że idę wprost na nią, zdrętwiała i obejrzała się jakby szukając drogi ucieczki. Czy ja jestem aż tak straszna? Wzbiłam się w powietrze, gdy ta patrzyła w przeciwnym kierunku. Gdy znów zerknęła tam gdzie przed chwilą stałam, ja byłam już za jej plecami.
- Witaj! - Uśmiechnęłam się, a ona aż odskoczyła. Wyglądała na zdezorientowaną - Ja nie gryzę, a przynajmniej czasem. - Zachichotałam. Kotka nadal patrzyła na mnie uważnie - Znasz mnie? - Zapytałam z podekscytowaniem, chwile jeszcze się mi przyglądała, a z wolna zaprzeczyła skinieniem głowy. Westchnęłam, ale spodziewałam się takiej odpowiedzi.
- Co my tu mamy, Skarbie? - Usłyszałam ciężki bas towarzysza.
Brego nachylił się nad dziewczyną. Odepchnęłam go delikatnie od niej.
- Wystraszysz ją! - Fuknęłam z ironią i uśmiechnęłam się do niego - Ja jestem Aspen, a to Brego. - Wskazałam łapą na siebie i jego.
Oboje się uśmiechnęliśmy, ale ona wciąż milczała. Obróciłam się do hybrydy i zapytała półgłosem.
- Znasz ją? Jest z watahy? - On pokręcił głową. Z
wróciliśmy się z powrotem do nieznajomej.
- Jak masz na imię? Skąd jesteś? Chcesz być w watasze? Rozmawiałaś z alfami? Jesteś z jakiś chłodnych krajów? - Jak zwykle zadawałam serie pytań.


<Alva? Brego? Przepraszam, że tak krótkie opo i tyle musieliście czekać, ale wena postanowiła mnie opuścić :/>

środa, 1 kwietnia 2015

Od Leonardo do Blindwind - Poetomaci

          Biała wadera zniknęła między drzewami. Śledziłem ją wzrokiem, dopóki nie znikła mi z oczu. Wtedy spojrzałem na jej towarzysza. Czarny basior był...no po prostu ogromny. Potęgował to jeszcze mój mały rozmiar. Nie okazywałem jednak po sobie strachu. W rzeczy samej to bardziej przeraziła mnie tamta biała. Kto w ogóle je lisy?! O tym zamachu na moje życie nawet nie wspomnę. Banda świrów. Tylko ten kruk wydawał mi się w porządku.
  Trwała niezręczna cisza.
  - Więc...kto cię tak urządził? - spytałem by zakłócić ten denerwujący spokój.
  Czarny basior jakoś nie spieszył się z odpowiedzią:
  - Miałem wypadek.
  - Nie kłam.
  Wilk zmierzył mnie wzrokiem.
  - Skąd wiesz, że kłamię? - zapytał.
  - Głupi nie jestem. Masz na sobie całkiem sporą kolekcję ran kłutych, ciętych i szarpanych. Te ostatnie mogą pochodzić tylko od pazurów i kłów - odpowiedziałem, sam nieco mijając się z prawdą. Umiem rozpoznać kłamstwo. Osobie, która kłamie, często niezauważalnie drga powieka. Na dodatek mówi szybciej i ma przyspieszony oddech.
  Nieznajomy jeszcze raz zmierzył mnie wzrokiem po czym usiadł i zaczął lizać się po chorej łapie. Zauważyłem na niej pod ranami coś jeszcze: odcisk między palcami. Dobrze wiedziałem, jaka osoba takowe odciski nosi, bo mój stary przyjaciel również takowy posiadał.
  - Jesteś pisarzem? - zapytałem ze szczerą ciekawością.
  - Można tak powiedzieć - odparł wilk, niepewny, jak to zauważyłem.
  - Piszesz wiersze?
  - Czasami...
  - Wyrecytuj mi jeden.
  Basior spojrzał na mnie jakby nie był pewny, czy dobrze usłyszał. Po chwili jednak wyrecytował mi jeden ze swoich wierszy. Spodobał mi się. Poprosiłem o jakiś kolejny, niekoniecznie jego. Wilk zastanowił się, po czym wyrecytował płynnie, bez ani jednego zająknięcia:
  - ,,Jak oliwka mała pod wysokim sadem
  Idzie z ziemie ku górze macierzyńskim śladem
  Jeszcze ani gałązek ani listków rodząc
  Sama tylko dopiro szczupłym prątkiem wschodząc
  Tę, jesli ostre ciernie lub rodne pokrzywy
  Uprzątając, ogrodnik podciął ukwapliwy
  Mdleje zaraz, a zbywszy siły przyrodzonej
  Upada pod nogami matki ulubionej" *
  - To mój ulubiony wiersz! - wypaliłem uszczęśliwiony.
  - Naprawdę? - basior również się ożywił. - Skąd go znasz?
  - Mój przyjaciel był kopalnią wiedzy z tego zakresu - odpowiedziałem. - A ty?
  - Uwielbiam poezję i sporo czytam.
  - W końcu ktoś, kto mnie zrozumie! - wypaliłem uszczęśliwiony. Wstałem, ukłoniłem się teatralnie i przedstawiłem: - Leonardo jestem, dla przyjaciół Pokręt, Trybik lub po prostu Leo.
  - Raphael - przedstawił się czarny wilk lekko pochylając łeb w skromnym ukłonie. - Dla przyjaciół Drzazga bądź Raph.
  Już miałem odpowiedzieć, kiedy nagle z krzaków niczym torpeda wypadła znajoma już biała wadera. Zrzuciła na ziemię całe naręcza mchów i ziół. Lecący nad nią kruk również coś dorzucił.
  - Nie martw się Raph! Jestem specjalistką od ziół! - rzuciła pewna, że Raphael spojrzał niepewnie na znaleziska. Tak też w rzeczywistości zrobił.

Blindwind? Coś bym tu jeszcze dopisał, ale jestem ciekawy co ty wymyślisz x3

* Jan Kochanowski, ,,Tren V" (fragment), niech was nie dziwi słownictwo, to w końcu wiersz z XVI wieku (renesans)