wtorek, 24 marca 2015

Moi drodzy! :D XD

Gratuluję Wam! Oto po tygodniach żmudnego pisania opowiadań posuneliśmy się wszyscy razem na przód o jeden dzień! xD
Jestem z Was dumna x3
Zostało nam już tylko 11 dni do Watahowych Świąt! Więc bierzcie się do roboty kochani, prezenty trzeba posklejać! ;D

Sin of Sorrow x3

Od Hakai do Andromedy - K.O!

        Hakai zaczął głośno protestować wijąc się pod łapami wadery niczym robak, próbując nieudolnie wywinąć się spod jej palców. W końcu poddał się i postanowił odpowiedzieć atakiem. Sięgnął łapą, natrafiając na jej mięciutkie boki. Dziewczyna cofnęła jedną łapę, żeby jakoś się zasłonić, a tym czasem wilczur podciął jej nogi, tak że padła mu na brzuch i tam rzucił się na nią wszystkimi łapami oraz pyskiem, wywołując spazmatyczny atak śmiechu. Niczym ryba wyciągnięta z wody Andromeda turlała się ile wlezie próbując uciec towarzyszowi, co jednak spełzło na niczym...

******

Oboje padli dysząc ciężko na ziemię jaskini, podśmiewując sobie jeszcze pod nosem.
- Poddaję się. – rzekł Hakai z uśmiechem, przewracając się na plecy.
- Czyli, że wygrałam? – zapytała Andromeda z dumnym wyrazem pyska, na którym igrał wielki uśmiech, przyturlała się do partnera, znajdowali się nos w nos – A jaka jest moja nagroda?
Hakai przyciągnął ją do siebie, pokonując ostatnie milimetry i pocałował ukochaną namiętnie.
- Może być? – zapytał, gdy oderwali się od siebie.
- Jak najbardziej. – z tymi słowami położyła mu pysk na piersi, pod którą jego serce biło niczym oszalałe, zagłuszył je jednak błagalny jęk żołądka, który nie mógł doczekać się swojego pożywienia i jechał już na oparach.
- Jestem za polowaniem. – stwierdził Alfa.
- Pójdę z tobą. – rzekła wadera wstając.
- Ale ty...
- Zamknę oczy, nie będę patrzeć, chyba nie myślałeś, że samego cię puszczę. – odpowiedziała szybko.
Hakai kiwnął głową - problem rozwiązany. Samiec zwlókł się z ziemi, strzepując z siebie kurz i ramię w ramię ruszył z Andzią w stronę lasu.

******

Nie musieli długo szukać. Noc zapadała, więc był to czas, w którym wszelkie zwierzęta czuły się bezpiecznie i wychdodziły pod osłoną cieni. Andromeda oraz Hakai byli niemalże niewidzialni w cieniach, przemykając szybko, bezszelestnie, jedynie ich oczy zdradzające ich położenie.
Hakai zaczaił się na dużego jelenia z pięknym porożem. Andromeda została z tyłu, na tyle blisko by widzieć samca, ale na tyle daleko, żeby nie patrzeć na ofiarę, której koniec zbliżał się dużymi krokami. Wokół rogacza były jeszcze dwie sarny, to one jako pierwsze wyczuły zapach wilka. Sekundę po tym jak uniosły głowy basior wystrzelił z krzaków niczym czarna błyskawica. Trzy susy, jedno odbicie i zbierający się do ucieczki parzystokopytny runął na ziemię z hukiem, gdzie zaczęła się szamotanina. Głosne ryki przerażenia roznosiły się w ciszy, biedny opuszczony jeleń został sam na pastwę losu. Hakai wbił kły w jego gardło, chcąc jak najszybciej o uciszyć, żeby złotooka nie musiała tego słuchać.
Rogacz był sekundy od śmierci, kiedy w ostnim desperackim ruchu machnął głową kilka razy, odtrącając wilka, który wkrótce po tym oberwał rogiem prosto w skroń. Uwolnione zwierzę poderwało się do biegu, jednak obszerne rany oraz przegryziona tętnica były zbyt poważnymi obrażeniami. Ssaki runął kilka metrów dalej na ziemię, biorąc ostatnie oddechy.
Hakai padł na ziemię nieprzytomny oraz ze strużką krwi spływającą po boku twarzy.

******

Samiec ocknął się dopiero, gdy pierwsze promienie świtu pojawiły się na horyzoncie. Uniósł głowę, jednak stęknął cicho, gdyż bolała go niezmiernie.
- Hakai! – dziewczyna leżąca przy nim czując ruch obięła go za szyję dusząc w radosnym uścisku – Matko, myślałam, że już się nie obudzisz! – jej zmęczone, zapłakane oczy spojrzały mu głęboko w ślepia.
- Co się stało? – zapytał nieprzytomnie, choć chwilę później wszystkie wspomnienia wpadły mu do głowy – A! No tak, szlag by tego jelenia trafił. – mruknął pod nosem – Ale nic mi nie jest, serio. – zapewnił ją wycierając jej mokre policzki i całując w czoło.
Wadera przez noc oka nie zmrużyła. Leżała cały czas przy ukochanym. Zasklepiła ranę na skroni oraz wyczyściła zaschniętą krew na futrze, czekając aż samiec się ocknie.
- Jesteś pewien? – zapytała ze zmartwieniem.
- Jestem pewien. – potwierdził wstając – Prześpij się. – zalecił – Ja umieram z głodu, muszę w końcu coś zjeść! – i tak oto z lekkimi zawrotami głowy doczłapał się do zdobyczy, przy której klapnął bezwładnie, wgryzając się w mięso.

Andzia? Dość koślawo, ale posunęłam nas na przód xD

niedziela, 22 marca 2015

Od Aspen do Brego - "Pierwszy" Sen

        Patrzyłam jeszcze chwilę z dołu na hybrydę, zachowywał się dziwnie. Zaraz jednak zasnął. Szybko, jak szczenię. Choć zmęczona, nie chciałam jeszcze spać. Postanowiłam że poczekam, to może spotkam jeszcze kogoś. W końcu powinnam wszystkich poznać. Kręciłam się wiec wokoło "chwasta" czekając na kogoś. Nikt jednak nie przyszedł. Tylko pochrapujący Brego na grubej gałęzi. Obserwowałam liczne ślady, mogłam z nich wyczytać zdarzenia ostatnich kilku dni przyzwyczajenia oraz mogłam częściowo wyobrazić sobie wygląd pobratymców. Po dłuższym czasie takiego krążenia i "poznawania" innych członków znudziłam się, ale wciąż nie chciało mi się spać. Bezszelestnie by nie zbudzić śpiącego towarzysza wzleciałam na sam czubek ogromnego drzewa. Z zapartym tchem oddawałam się podziwianiu gwiazd. Dziś wzniosłam się najwyżej w całym swoim życiu i choć zabrało mi dech, i omal nie zginęłam, nawet odrobinę nie zbliżyłam się do swoich marzeń. Nie zauważyłam nawet kiedy zasnęłam.
Obudziłam się z głośnym krzykiem, zlana potem, oddychałam szybko i spazmatycznie. Znów koszmary. Było jeszcze ciemno, więc położyłam głowę na łapach i zamknęłam oczy. Ponownie zasypiałam gdy doszło do mnie, że wiem jaki miałam sen. Od kiedy się ocknęłam bez pamięci, prócz przeszłości, nie pamiętałam ani jednego snu. Gdy tylko się budziłam już nic nie pamiętałam. Dlatego też aż podskoczyłam ze zdziwienia. Przymknęłam powieki przywołując obrazy ze snu.
Duży czarny cień nachylił się do mnie. Nie widziałam rysów, ani nie rozpoznawałam kształtów. Nie wiem nawet czym było owo stworzenie. Obraz był rozmazany. Mówił coś, ale nie rozumiałam co. Chciałam się ruszyć, ale nie mogłam, byłam słaba i obolała. Cień nachylił się jeszcze bliżej. Lodowaty deszcz smagał jak z bata.
-Do zobaczenia...- Szepnął mi do ucha. Głos miał zimny i oślizgły. Był tak blisko, że czułam jego oddech na skórze. -Moja mała wojowniczko...- Powiedział głośniej prostując się i odchodząc. Szarpnęłam się wściekle i zaryczałam. To jednak nic nie dało. Osunęłam się w ciemność...
W momencie kiedy znów uchyliłam powieki, było jasno. Ale słońce jeszcze się nie pojawiło, jedynie zabarwiało łuną światła niebo. Przebiłam się głową przez warstwę listowia. Na poszczególnych gałęziach leżeli członkowie watahy. Nie chcąc nikogo budzić sfrunęłam na ziemię. Nie odchodziłam daleko, wyszłam tylko zapolować na małe śniadanko. Które zapewniły mi dwa tłuściutkie króliki. Idealne na małe śniadanko. Chwile jeszcze leżałam na trawie obserwując wyłaniające się zza horyzontu słońce. Nie trwało to jednak długo. Szybko znudziło mnie takie nic nierobienie więc wróciłam pod tamto drzewo, w nadziei, że ktoś już nie śpi.


<Brego? Chyba że kto inny chce default smiley :)>

Od Jenny - Droga do Domu Cz.4 + Przygotowania (Konkurs x3)

        To jest takie małe combooooooooo. Otóż, nie zdążyłabym raczej inaczej tego zrobić więc w tym opku jest i mój powrót do domu i moje przygotowania do świąt, więc jeśli chcesz możesz to zaliczyć jako konkursowe opko, jak nie to nic nie szkodzi, ważne ze jest. Mam nadzieję, ze jakoś się wciśnie w to wszystko.

Biegliśmy długo. Chris co prawda wymiękł po 3/4 trasy wyścigowej, ale ja nie miałam zamiaru. Dobiegłam na miejsce i musiałam chwilę odczekać, aż książę łaskawie dojdzie.
- No, nareszcie! Już myślałam, że będę się musiała wracać - jęknęłam żartobliwie.
- Nie... Ty strasznie... Szybko się... Poruszasz po... górach - wydyszał Chris.
Za każdym razem, gdy przerywał, brał głęboki wdech. Wywróciłam oczami i rozejrzałam się. No tak, dużo przebiegliśmy. Stałam na szczycie góry, z której powinniśmy jutro zejść i pod wieczór mieliśmy być w okolicach Chwasta. Nareszcie! Dzięki bogom, udało się!
Ale zaraz. Czy Wind nie wspominała mi po drodze na wulkanie, że niedługo Święta? Co prawda, ja ich nigdy nie obchodziłam, przecież moja kultura była inna, w końcu to Indie, ale kiedy Blind mi o tym opowiadała pomyślałam, że to bardzo fajne święta i mogłabym się przyłączyć.
- Chris?
- Mhm? - Wilk już prawie chrapał, a było dopiero południe.
- Ile dni pozostało do świąt?
- Świąt? Mówisz o Wigilii?
- Mhm, ile?
- No wiesz... Za 11 dni jest Wigilia! O rany, tak dawno nie obchodziłem świąt. Ostatni raz to było jak miałem... Hm, nie no nie wiem przecież...
- Jak to nie wiesz?
- No tak to.
- Mów.
- Po co?
- Bo chcę wiedzieć.
- To długa i dosyć... - Urwał, kiedy zobaczył że wygodnie się usadowiłam i wpatrywałam z dziwnym wyrazem pyska. Prychnął, ale opowiedział mi.
- Chodzi o to, że moja historia jest trochę... Wybrakowana. To znaczy, pamiętam wszystko co się działo do moich 2 urodzin. A później jakby... Coś dziwnego i widzę tylko niejasne przebłyski. Rozumiesz?
- Mhm.
- No, więcej ci nie powiem, a zresztą w zasadzie wiesz wszystko co ja wiem.
- No tak. Ej, no dobra, ale skoro Wigilia niedługo... Blind wspominała, że każdemu trzeba zrobić prezent. A skoro my mamy dopiero jutro być na miejscu to będziemy mieli już tylko 10 dni, nie zdążymy nic zrobić więc... AAAAAAAAAAAAA, muszę zrobić prezenty teraz. Wiesz, chciałabym, żeby Hakai i Andzia mieli wspólny prezent...
I zaczęłam się rozgadywać na temat moich nieskończonych pomysłów. Chris chciał mi pomóc i wyjął ze swojego tobołka kilka gratów które nosił. Okazało się, że to wcale nie były graty! Same skarby, serio. Ale do tego dojdę później.
Stanęło na tym, że dla Alf zrobimy z Chrisem jaskinię do potrzeb... WSZYSCY WIEDZĄ JAKICH I NIKOMU NIE TRZEBA TEGO TŁUMACZYĆ! No, tylko musieliśmy taką jeszcze znaleźć.
Dla Blind... I tu wraca temat tobołka Chrisa. Było w nim coś, co po prostu zwaliło mnie z łap. Otóż znalazłam tam pewien kwiat Blindazalie - kwiat, który pozwala widzieć niewidomym przez trzy godziny dziennie! Wiedziałam, że Wind to sprawi przyjemność, a Chris nie miał nic przeciwko.
Dla Zafiro, tak dla niego też coś było, stworzyliśmy pozytywkę, to znaczy Chris ją wystrugał a ja dodałam iluzję śpiewu Andromedy, bo wiedziałam, że bardzo lubi jak siostra mu śpiewa.
Dla Brego Chris wyłupał z kamieni górskich szkatułkę a ja włożyłam tam na dobry początek swoje 2 kolczyki, które bardzo rzadko nosiłam.
Chrisowi nie sprawiało problemu robienie szkatułki czy pozytywki, jak się ma takie zdolności jak on to wiadomo. Strugał więc, śpiewając cicho a ja pakowałam prezenty. Musiałam przyznać, Chris bardzo ładnie śpiewał. Miał głęboki głos, ale jednocześnie taki... No, takim głosem mógł po prostu zrobić wszystko włącznie z uśpieniem mnie.
Było grubo po zachodzie słońca, na prawdę późno, środek nocy kiedy skończyliśmy.
- No, Dżej. Wystarczy na dzisiaj. Jutro po drodze poszukamy dekoracji a narazie... Śpij.
- Ale ja jeszcze muszę poszukać tych dekoracji, nie wiemy przecież czy na pewno je jutro znaaaaaaaaajdzieeeeeeeeeemy - ziewnęłam. Chris zaśmiał się i dalej nucił cicho a ja chcąc, nie chcąc zasnęłam.
Następnego dnia... No cóż, obudziłam się okropnie późno. Chris miał mnie obudzić jak tylko wstanie bo on zazwyczaj zrywał się wraz ze wschodem, ale coś nie wyszło. Wygramoliłam się z zaspy śnieżnej, w której zasnęłam i wstałam. Wiatr wiał mocno i było zimno, ale słońce grzało bardzo mocno. No cóż, góry.
Już miałam zrobić małą tyradę basiorowi, ale spostrzegłam, że on też jeszcze śpi. No tak, ale ze mnie egoistka! On przecież przez te dwa dni naszej wspólnej wędrówki spał tylko kilka godzin. Przeze mnie oczywiście. Oddaliłam się więc na parę kilometrów i zapolowałam na kozicę górską.
Przytargałam pokaźną sztukę jakieś 30 minut później. Mój kumpel już nie spał, ale po oczach widziałam, że dopiero co wstał.
- Och, byłaś na polowaniu. Jak miło. Ale mogłaś mi powiedzieć, nie martwiłbym się. Serio, zniknęłaś i już miałem cię szukać i w ogóle.
- Aleś ty opiekuńczy, nie ma co. No dobra, nie gadaj tyle tylko jedz a potem ruszamy.
Zjadł kawałek, ale widziałam że intensywnie o czymś myślał. Zignorowałam to jednak i spakowałam nam do tobołków prezenty dla watahy.
- Dżej?
- No?
- Wiesz, tak się zastanawiam... Czy to na pewno jest dobry pomysł, żebym dołączył do watahy?
- Co proszę? - Tobołek wypadł mi z pyska. - Jak to?
- No bo wiesz... To jest wataha wariatów, a ja... Nie czuję się taki.
- Czekaj, czekaj. Chcesz mi powiedzieć, że nie zamierzasz dołączyć do WNW bo nie chcesz być NIENORMALNY?
- No w zasadzie to tak. Chcę zostać normalnym wilkiem. Z twoich opowieści wynika, że każde z was miało jakiś powód, by czuć się wśród wariatów dobrze a ja... Wątpię w to. Chcę mieć normalną dziewczynę, rodzinę...
- Och, w takim razie... W takim razie goń się frajerze! I wiesz co ci powiem?! Normalność to tylko mit. Mit, w który wierzą tacy frajerzy jak ty! - Z każdym wykrzyczanym zdaniem przysuwałam się do niego i popychałam go równocześnie aż zatrzymał się przy skale. - Ja wiem, że nie jesteś normalny, ale skoro wolisz być frajerem... Proszę bardzo, droga wolna. Ale nie pokazuj mi się więcej na oczy bo zrobię z twojej normalnej dupy tatara dla ptaków!
To wykrzyczawszy zabrałam oba tobołki, ani myśląc o oddawaniu jednego Chrisowi i zaczęłam zbiegać z gór. Wzrok miałam tępy i rozmazany. W mojej głowie nie było nic oprócz głosiku, który mówił że dobrze zrobiłam, że ten frajer Chris z malowaną grzywką nie nadawał się do naszej bandy... Ale po chwili pojawił się drugi, mówiący że Chris nie chciał mnie zranić i tylko się zastanawiał bo od dawna jest sam i nie uważa się za wyjątkowego.
Zignorowałam oba głosiki i mamrocząc pod nosem różne przekleństwa i inne dziwne rzeczy, pokonywałam dalej drogę zbierając co jakiś czas kamienie, które mogłyby ozdabiać ciekawie moją część Chwasta oraz inne pierdoły, które wydawały mi się fajne.

Po kilku godzinach czułam się lepiej. Wyplułam z siebie tyle przekleństw i innych nieciekawych historii, że teraz było mi lżej. A i tak byłam objuczona tobołkami i zlodowaciałymi gałązkami z owocami. Wydały mi się ciekawe i postanowiłam, że jakoś je wykorzystam. Owoce ciekawie wyglądały pod grubą warstwą lodu. Widziałam jednak co nie co zza tej sterty rzeczy i uśmiechałam się coraz szerzej poznając już okolicę. Zaczęłam nawet nucić świąteczną melodię, którą zaśpiewała mi niedawno Blindwind. 

Od Raphaela do Blindwind - Atak rozwścieczonego futrzaka

          Chwyciłem Blind za ramiona, ale nie zbyt mocno.
  - Spokojnie! Wcale nie jestem na ciebie wściekły - powiedziałem.
  Wadera zamrugała parę razy.
  - N-nie jesteś? - rzuciła nieco otępiale.
  - Jak mówi, że nie jest, to znaczy, że nie jest, Blind - uspokoił ją Renji. 
Posłałem mu nieme podziękowanie.
  Słońce już zaszło, na zachodzie wisiała już tylko jasna łuna. Blindwind zmęczona dniem ułożyła się do spania, a Renji obok niej. Nie spałem jeszcze jakąś godzinę. Wyciągałem zębami drzazgi z łap. Parę z nich miało nieprzyjemne, haczykowate końcówki. Trafiła do mnie ironia własnego pseudonimu. Drzazga...z pozoru małe, ale gdy już ukłuje staje się straszliwie upierdliwe. Uśmiechnąłem się na myśl, że Blizna może nawet w tym samym momencie również wydłubuje sobie kawałki drewna z ciała. Basior mnie prawie wykończył, ale nie pozostałem mu dłużny. 
,,Do następnego razu", pomyślałem. 
W końcu zrobiło się tak ciemno, że nie było sensu dalej się ,,kurować". Na szczęście wyjąłem tyle drzazg, że mogłem w spokoju ułożyć się do snu.
 
******


  Obudziło mnie szturchanie w bark.
  Otworzyłem jedno oko. Blindwind cały czas drapała mnie łapą po parku jak szczeniak domagający się uwagi.
  - Co jest? - spytałem zaspany.
  - Ciiiii! - wadera położyła palec na pysku i kiwnęła głową w stronę krzewów niedaleko nas.
  Teraz ja też to słyszałem. Szelest gałęzi i jakiś głos. Rzuciłem Wind i Renji'emu żeby zostali tam gdzie stoją. Podszedłem spokojnie do ,,gadających krzaków" i po paru minutach czekania w bezruchu ,,zanurkowałem" pomiędzy nie i złapałem w zęby pierwsze, co mi się pod nos napatoczyło. Cofnąłem się do tyłu trzymając w pysku rudą kitę jakiegoś oburzonego lisa. Ten jednak zanim zareagowałem drapnął mnie w nos i wyswobodził się z uścisku. 
  - Co do... - wypaliłem kiedy nagle lis wskoczył mi na kark i zaczął mnie ciągnąć za uszy.
  - Miło ci tak, bandyto?! - darł się wściekły.
  - Hej! Spokój! - krzyknęła Blind i chwyciła futrzaka zębami za kark. Rzuciła go na ziemię zanim sam ją do tego zmusił.
  Lis fuknął oburzony i wygiął grzbiet w pół okrąg. Teraz dopiero zwróciłem uwagę na wygląd zwierzaka. Poza faktem, że umiał mówić, można było bez problemu poznać, iż nie mamy do czynienia ze zwykłym postrachem kurników. Lis miał na głowie gogle, a na szyi owinięty pasek z sakiewką i szal. Dodatkowo miał karykaturalnie długie łapy. Puszysty ogon nadal miał na sobie ślad moich szczęk, a zielone oczy płonęły nienawiścią.

Blindwind? Robimy obiad, czy najpierw upewniamy się, że nie ma wścieklizny? XD

Czasem lepiej jest siedzieć w cieniu, niż ujawniać się każdemu.


Imię: Alva
Pseudonim: White Shadow, Estoris (Ze starego języka cheederianów - Wyrocznia), Rozmawiająca z duchami.
Wiek: 5 lat 2 mieiące
Płeć: Samica
Punkty Walki: 18
Czym Ty jesteś?: Cheederian
Co robisz najlepiej?: 
~Nie jest królem przestworzy, ani panią wodnego świata, natura jak każdemu cheederianowi dała zdolność do biegania tak szybkiego, że wiele istot może tylko pozazdrościć prędkości z jaką Alva przemierza ląd.
~Posiada zdolność wydawania z siebie ogłuszających, nienaturalnie wysokich dźwięków.
~Potrafi porozumiewać się z duchami przodków oraz spoglądać w przyszłość, rzadziej w przeszłość napotkanych osób, ale jest to niezwykle wyczerpujące. Podobnie jest też z uzdrawianiem, najczęściej jednak wróży co zwykle się sprawdza i za co jest bardzo ceniona.
~Zna się na zielarstwie i działaniu oraz występowaniu roślin w naturze. (W jej jaskini jest pełno różnych i dziwnych rzeczy więc radzę ich nie dotykać dla własnego bezpieczeństwa.)
~Zna się również na astronomii.
Rodzina: Znała tylko matkę, którą była wróżbitką, ale niestety szybko ją opuściła.
Partner: Jakoś ją to nie kręci.
Potomstwo: Nie widzi siebie w roli matki.
Klan: Stwierdziła że zalicza się do Wariatów.
Stanowisko: Wojownik.

Charakter i Osobowość: Alva odziedziczyła wiele cech po ojcu jak i po matce. Ogólnie jednak na pierszy rzut oka nie różni się od współbraci. Jednakże gdy zacznie się z nią rozmawiać od razu dostrzega się chłód, ale i mądrość którą odziedziczyła po rodzicach. Matka w genach przekazała jej zdolność rozmowy z duchami i patrzenia w przyszłość, a czasem i w przeszłość innych osób. Alva nie twierdzi jednak, że jest to zdolność dobra. W snach nie raz ma wizje, które często są jakieś zamazane. Z twierdzeń jej matki wynika, że po ojcu odziedziczyła waleczność, odwagę i realistyczne spojrzenie na świat. Ma również umysł stratega, który potrafi szybko i logicznie myśleć, aby wygrywać przy jak najmniejszych stratach. W jej życiu nie ma poczucia humoru i rozmów o głupotach. Jest za to szczera, ale i wyrozumiała gdy z kimś rozmawia. Jest świetną słuchaczką i zawsze wie co poradzić, gdy ktoś ma problem. Rozmawiając z nią czuje się wręcz mądrość, którą emanuje. Jest mimo wszystko chłodna i czasem potrafi być nieprzyjemna gdy pogoda nagle się zmienia. Bystrość i skrupulatność odziedziczyła po matce, która zawsze kładła wielki nacisk na naukę. Do tej pory spędza dnie w swoich notatkach, zamiast chodzić na polowania ze znajomymi. Wszystkie księgi trzyma ustawione na półkach skalnych. Jest perfekcjonistką i nienawidzi rzeczy nieskończonych lub zrobionych byle jak. Potrafi panować nad swoimi emocjami i nie wyładowuje złości na pierwszej lepszej osobie. Potrafi jednak być zła i to od razu widać bo mruczy pod nosem i co jakiś czas uderza o coś mocno łapą bez powodu. Dosyć często można zauważyć jak mówi coś do siebie, nie jest to jednak nic złego. 
Jest nieufna wobec innych, przez co nie dopuszcza do siebie zbyt wiele osób. Większość emocji kryje w sobie, ale trzeba zauważyć, że ma świetną pamięć co wykorzystuje. Gdy ktoś ją zrani czy obrazi, nie przejmuje się tylko olewa to co ktoś powiedział i wraca do poprzedniej czynności. Gdy chce coś osiągnąć potrafi posunąć się do kłamstw, oszustw, zdrad i manipulacji w czym jest świetna. Niestety nie odziedziczyła po ojcu czegoś takiego jak honor. Mimo tego braku potrafi przekonać innych do swojego zdania. Nie wykorzystuje jednak tych cech zbyt często. Brakuje jej wielu uczuć takich jak wrażliwość lub żal. Szybko się przystosowuje do nowych sytuacji, w których inni się czasem gubią. Jest zorganizowana i lubi ustalać co będzie robić następnego dnia. Jednakże gdy musi improwizować radzi sobie bez problemu. Ma tendencje do siedzenia i przysłuchiwania się rozmowom innych z ukrycia. Gdy musi jednak stanąć w czyjejś obronie, robi to bez problemu i jest gotowa poświęcić nawet życie by uratować członka rodziny, a w tym wypadku watahy. Są osoby, na których po jakimś czasie zaczyna zależeć Alvie. Jednakże nawet gdy kogoś bardzo lubi nie pokazuje swoich uczuć i nadal zachowuje się jak wobec nowo poznanej osoby. Z reguły jest samotnikiem i nie czuje się zbyt pewnie gdy przebywa w grupie powyżej trzech osób, które jej słuchają. Potrafi jednak znieść każde towarzystwo nawet jeśli są to rozbrykane szczeniaki, ale pod jednym warunkiem. O ile nie biorą niczego z półek w jej jaskini i nie wąchają zawartości wszystkich fiolek. Jest bardzo przywiązana do swoich rzeczy i pozwala dotykać ich tylko gdy wyrazi na to zgodę. Myślę, że to chyba wszystko na temat jej charakteru.

Dodatkowy Opis: Alva odziedziczyła wygląd po ojcu, przez co nie raz była mylona z samcami. 180 centymetrów wzrostu i długie śnieżnobiałe futro od razu przedstawiają Alvę jako typowego wojownika północy. Pod białym futrem kryje się czarna skóra, nos również jest czarny. Alva prócz silnej, mocnej sylwetki posiada długie łapy zaopatrzone w ogromne czarne pazury, które zwykle nie są schowane. Uszy są trójkątne, z małymi ząbkami po ich zewnętrznej stronie. Podobne ząbki znajdują się również nad nosem. Posiada niebieskie oczy, które zwykle spoglądają na każdego chłodno i nieprzyjaźnie. Jako iż jest chederianem ma niesamowicie długi i do tego puchaty biały ogon.
Styl Walki: Alva odziedziczyła siłę i zwinność jaką powinien posiadać każdy szanujący się cheederian z północy, który jest do tego wojownikiem. Alva wykorzystuje swoje mocne strony, aby pokonać przeciwnika trafiając w jego słabe punkty. Kieruje się strategią, ale gdy jest to atak z zaskoczenia wykorzystuje swoją umiejętność ogłuszania. Alva wydaje z siebie przenikliwe, wysokie dźwięki, które powodują chwilową głuchotę i osłabienie wszystkich zmysłów. Przeciwnik zostaje w ten sposób osłabiony co zostaje natychmiast wykorzystane. Alva rzuca się na wroga przygniatając go do ziemi całą siłą. Korzysta również z taktyki stopniowego okaleczania przeciwnika, długie pazury rozcinają bez problemu każdą skórę, nie raz mogąc doprowadzić do wykrwawienia. Mimo ogromnego wzrostu potrafi sprawnie unikać ciosów, czasem w walce pozwala sobie na użycie długiego ogona, który jest niczym piąta łapa. Jeśli chodzi o zabijanie to zależy na kogo trafi. Dla każdej istoty Alva ma strategię, która obejmuje przeróżne scenariusze walki. Silne łapy pozwalają na dalekie skoki i mocne uderzenia. Bez problemu potrafi wbić łapę w ciało stworzenia za pomocą ostrych pazurów. Zabija raczej dusząc przeciwnika lub przecinając tętnice na szyi. Jednakże nie robi tego często, gdyż nie ma zbyt wielu wrogów, ze względu na jej wzrost i masywną sylwetkę. Jak wspomniałam - wiele osób myli ją z samcami cheederianów co wzmacnia cały efekt nakazujący odpuszczenie walki z osobnikiem.
Hobciostki: 
~Uwielbia obserwować gwiazdy i planety, których ułożenie zapisuje na wielkich zwojach. 
~Jednym z jej ulubionych zajęć jest obserwowanie roślin, a także zjawisk pogodowych takich jak zorze. 
~Lubi również wsłuchiwać czyichś problemów i udzielać porad. 
~Często również poświęca swój czas na czytanie ksiąg, z którymi opuściła swój dom. 
~Nie potrafi ładnie śpiewać, ale dobrze rysuje i wyśmienicie rzeźbi w drewnie używając do tego swoich pozorów.

Historia: Wychowała się w odległej krainie, miejscu gdzie mało kto zaglądał ze względu na swoje umieszczenie. Alva mieszkała w lesie, który był otoczony górami. Przez większość czasu panował tam mróz, ale dzięki ogromnym górom las był chroniony przed wiatrami. Jednakże, gdy przychodziło lato, które było zamiast wiosny i jesieni, trwało zaledwie dwa miesiące, resztę roku las był zasypany śniegiem. 
Latem pojawiało się wiele roślin, które były zbierane i zamykane w podziemnych jaskiniach, gdzie było dosyć ciepło, aby mogły się tam utrzymać. W jaskiniach znajdowało się również wiele cennych surowców mineralnych wykorzystywanych w wielu dziedzinach. 
Alva była wychowywana przez matkę, która była cenioną szamanką w krainie północy. Wiele cheederianów przymierzało ogromne dystanse i góry by móc się jej poradzić, czy dowiedzieć czegoś na temat swojej przyszłości. Alva uczyła się wykorzystywania odziedziczonych umiejętności pod czujnym okiem matki. Uczyła się również walki jako iż była córką generała niewielkiej armii mogła uczestniczyć w treningach. W jej stronach samice nie mogły się uczyć walki, ale ostatnią prośbą jej ojca było to, by Alva nauczyła się walczyć. Jej matka odeszła broniąc wejścia do jaskini, ponieważ jak się okazało wśród cheederianów był zdrajca, który miał wprowadzić do jaskiń wrogie wojska. Wrogi klan od zawsze chciał posiąść tereny i jaskinie swoich sąsiadów. Armia szybko przystąpiła do walki z nieprzyjacielskimi siłami, gdy Alva zabierała wszystkie ważne rzeczy z jaskini. Przewieszała przez swoje ciało wiele toreb, gdzie schowała księgi zwoje, fiolki z różnymi rzeczami w środku. Uciekła tajnym korytarzem lecąc przed siebie w poszukiwaniu miejsca gdzie mogłaby uchronić zawartość toreb. Przymierzała wiele krain, zatrzymując się na krótko w miejscach, gdzie wróżyła, ale i szukała sobie nowego domu. W końcu trafiła na tereny tej oto watahy, gdzie znalazła jaskinię w górach i tam się zatrzymała. Miejsce jest raczej ciche, więc Alva nie narzeka właściwie na nic.
Vigle Verty: 27٧ 
Właściciel: Adommy

sobota, 21 marca 2015

Od Brego do Aspen - Szansa na Jeden Umysł

        - Czyście kompletnie upadli na głowę, Skarbie?! – zawołał Brego trzepiąc delikatnie samicą – Przecież roztrzaskalibyście się w drobny mak!
Teraz wydawał się oburzony, choć gdyby nie fakt, że w połowie drogi znów zaczęła go nękać wcześniej wspomniania „pustka” w głowie to jak głupi poleciałby za samicą... Kto wie jakby to się skończyło wtedy. Ciarki aż przebiegły mu po plecach.
- Ale musimy przyznać, że akcji była ciekawa. – zaśmiał się i parsknął przez nozdża, Aspen zafturowała mu, jednak już bez parskania – Trzęsiecie się, Skarbie, zimno wam.
- A to nic, przejdzie mi. – machnęła łapą.
- A my wiemy co was rozgrzeje. – uśmiechnął się zadowolony z tego co wymyślił.
- Co? – wyraz twarzy towarzysza zaciekawił samicę.
- Przede wszystkim, – szturchnął ją – Berek! – wzbił się z metr nad ziemię, zawisając nad dziewczyną – Po drugie, żarełko. – zaczał unosić się i zmierzać w stronę lasu – Po trzecie. – Aspen zdążyła się już wzbić w powietrze – WYŚCIG! – i z tymi słowami, nie oglądając się już przez ramię, dał rura w ciemny las.
Ostre zakręty oraz slalomy między drzewami wykonywał szybko i sprytnie, by zmylić nieco Aspen, do tego żeby rozgrzać ją lepiej. Udawały mu się jednak póty, póki drzewa rosły rzadziej.  Gdy las się zagęścił hybryda skosiła kilka czubków zanim zwleciała ponad sosny. Kilka metrów dalej pojawiła się wadera, która miała utrudnione zadanie przez odłamki oraz gałęzie, które zmuszona była wyminąć.
Teraz był ulubiony moment Brego. Samiec huknął kilka razy mocniej skrzydłami stając się zaledwie rozmazanym punktem na niebie. Aspen wkrótce go dogoniła, jednak nie przegoniła, jej głowa znajdowała się na wysokości jego żeber. Tym razem to Brego się zapomniał. Pruł powietrze z najwyższą możliwą prędkością, o której wielu mogło sobie tylko pomarzyć. Jego zachrypnięty śmiech niósł się z wiatrem, splatając z głosem Aspen, która również czerpała dużo zabawy z tego wyścigu. Wojskowy wzniósł się odrobinę, po czym runął w dół swą świdrującą beczką. Znów wpadł między drzewa, tak gęst rosnące, że nie miał gdzie rozpostrzeć skrzydeł. W ostatniej chwili znaleźli się na małej polanie, gdzie samiec był wstanie je rozłożyć. Liście, piach, igły oraz najróżniejsze śmieci wzbiły się w powietrze, prosto Aspen przed nosem, jednak ona niezmylona przefrunęłą jedynie przez kurzawe, doganiając wkrótce towarzsza, który z powrotem pędził przez nocne niebo.
- Dokąd lecimy? – przekrzyczała wiatr.
- He..? – Brego obudził się ze swojego transu, spoglądając w dół, dawno już przelecieli miejsce, w którym chciał wylądować.
Basior ustawił skrzydła tak, że opór wiatru uderzył w całą ich powierzchnie, powodując gwałtowne zahamowanie. Aspen go wyprzedziła, zatrzymując się szybko i odwracając się. Brego wyszczerzył jedynie zęby w uśmiechu, odchylając się powoli w stronę ziemi.
- Z powrotem. – rzekł, po czym przeważył się mocno do tyłu, składając skrzydła oraz spadając bezwładnie głową w dół.
Aspen spodobał się widocznie ten pomysł, gdyż dogoniła go, ustawiła się w ten sam sposób i ramię w ramię pruli powietrzę. Śmiech obydwu cały czas rozbrzmiewał w nocnej ciszy. Dziewczyna cieszyła się z dziwnego uczucia, które towarzyszyło spadaniu, a Brego cieszył się, bo jego towarzyszka była wesoła.
- Lecimy! – rzekł w końcu Brego i niczym synchronizowani obrócili się, rozpinając skrzydła oraz posyłając chmurę kurzawy w powietrze pod swoimi łapami.
Poszybowali, już powoli, w kierunku ogromengo drzewa, u którego stóp wylądowali z lekkim rozbiegiem.
- Wow! TAK synchronicznie to ja mogę latać! – rzekła szczęśliwa, skacząc wokół basiora.
Dopiero teraz widać było pełną róźnicę w ich posturach i sylwetkach. Aspen mogła przejść Brego pod brzuchem schyliwszy się jedynie porządnie, a otarłaby się tylko lekko o jego futro plecami.
- Trzeba to powtórzyć, Skarbie, trzeba. – przytaknął jej.
- Ej, znasz więcej sztuczek? Weź mnie naucz! Będziemy razem tak latać! Ale będzie fajnie!
Zaśmiali się we dwójkę.
- Nauczymy was. – obiecał, obejmując ją jednym ramieniem i przyciągając do siebie – Zrobimy z was Królową Przestworzy! Nikt nie będzie latał tak jak my! Niebo będzie nasze! Żadna wyskość, żadna prędkość nie będzie nam straszna! – Aspen aż oczy zaświeciły się z radości na tą myśl – Lecz wpierw! Trzeba zjeść żarełko!
Brego co prawda zjadł pół jelenia zanim napotkał waderę, jednak pół nocy latania oraz wygłupiania się swoje zrobiły i jego żołądek głośno domagał się swojego napełnienia. Cóź poradzić, druga połowa jelenia czekała, szkoda by się miała zmarnować.
- Wy też coś zjedzcie. – ponaglił ją, gdy miał już pysk upaćkany krwią, a resztę wnętrzności rozbebeszoną między łapami (niektórymi z nich można było się fajnie pobawić) – Trzeba zjeść miśka, szkoda by się zmarnował.
Dziewczyna skończyła gapić się na drzewo i usiadła do niedźwiedzia.
- Tutaj śpicie? Wszyscy mają skrzydła, że nie ma tu żadnych jaskiń? Ilu was jest? – zadała potok pytań, po czym zabrała się do konsumpcji, słuchając odpowiedzi.
Brego przełknął, zastanowił się moment oraz zaczął zklecać odpowiedź.
- Śpimy gdze chcemy. Najczęściej tutaj, choć kto chce ten może znaleźć sobie jakąś jaskinię, mamy całe tereny do dyspozycji, Skarbie, calusienkie! – oderwał kolejny kawał mięsa, połykając go w całości – A skrzydła, nie, nie Skarbie, jeteśmy jedyni. Wy, my i Diablik mały. Cała reszta się wspina...
- A jak schodzą? – wtrąciła kolejne pytanie.
- Zależy kto, wiekszość schodzi normalnie, choć Blindwind, Skarbie... Blindwind spada.
Aspen spojrzała na wysokie gałęzie Chwasta z niedowierzaniem.
- Jako to, spada?
- No spada, trzeba ją później łapać, Skarbie. – Aspen już nie pytała o więcej, a Brego wrócił do poranku, kiedy to Blind powaliła swoim schodzeniem pół watahy.
- Wielu nas jest. – dodał po chwili milczenia, kończąc wspominki – Jest Blindwind – zaczął liczyć na palcach – Ślepa osóbka, choć nie powstrzymuje ją to przed niczym.  Jest jej towarzysz, krukiem jest czarnym, Renji się zowie, czerwonymi ślepiami patrzy na świat. Równie czerwone oczy ma nasz Alfa, czarnym jest samcem, przy boku jego prawie zawsze złotooka wadera, futro niczym nocne cienie ciemne ma. Czarny jest brat złotookiej o niebieskich ślepiach i mały Diablik jest wśród nas, niewiększe to od lisa, choć skarbów ślicznych przy sobie ma mnóstwo. – skończył wymieniać znanych mu dotąd członków watahy – Ośmiu nas jest, Skarbie...
Na takich to niewinnych rozmowach minęła im kolacja, po której hybryda przeciągnęła się, leniwie ziewając.
- Nie wiem jak wy, Skarbie, ale my idziemy spać. – wzbił się w powietrze, unosząc się w pionowej linii do góry, do swej gałęzie – Dobranoc! – krzyknął na dół, wisząc już ospale na swym legowisku.
Zamknął ślepia. Zaczął chwilę rozmyślać o swej „pustce”, do teraz nie wiedział czego mu to brakowało, jednak gdy już postanowił dać sobie z tym spokój...
„Nas ci brakowało, Skarbie?” jego oczy otworzyły się szeroko z zaskoczenia. No tak! Jak mógł o tym zapomnieć! „Widzimy, że wam nas nie brakowało... Mogliście sobie darować, Skarbie, pocoście wracali?!” mimowolnie warknął wrogo, zirytowany powrotem swojego drugiego umysłu, bez kórego było mu tak dobrze „Myśleliśmy, że się stęsknicie, a tym czasem znaleźliście sobie towarzyszkę, nieładnie, zranliście nas! Dziwna ona jest, nie lubimy jej, z dala się od niej trzymać chcemy! Rozdziela ona nas! Im dalej ona tym lepiej!... Idzcie sobie! Nie chcemy was!... Niestety, skazani jesteście na nas już na dłuuuuuugie lata, dobranoc Skarbie, śpijcie dobrze, śpijcie...”


Aspen? X3