piątek, 13 marca 2015

Od Brego do Aspen - Bratnia Dusza

        - A witamy! – rzekł uradowany Brego i złapał małego stwora w obięcia olbrzymich łap i przydusił w wielkim uścisku – Mi – i – i – ło nam, miło, niezmiernie nam miło! – poczym wypuścił Aspen, która o mało nie runęła z powietrza na ziemię zdezoriętowana nagłym powitaniem i brakiem tlenu.
- T... Też się cieszę... – mruknęłam trzymając się za głowę.
- Nas zowią Brego. – wypiął dumnie pierś i położył na niej prawą łapę sczerząc wszystkie kły i wpatrując się w małą hybrydę swoimi białymi oczyma – Patrzecie coście, Skarbie, znaleźli. – rzekł nagle a dziewczyna spojrzała na niego z dziwną miną, nie rozumiejąc do kogo gada – Stwór! Prawie taki jak my! Nie jesteśmy sami! – wyciągnął wtem do góry łapę i Aspen myślał, że ma mu przybić piątkę, jednak hybryda zamchnęła się oraz sama sobie klapnęła łapę, z takim impetem, że mu łapsko aż do tyłu odleciało – A więc... – zwrócił się do niej z błyszczącymi oczyma – Pozwólcie, że zaprosimy Was na wspólne obejrzenie zachodu słońca, Skarbie. – ukłonił się nisko w powietrzu, starym zwyczajem i złapał Aspen z łapę.
Kompletnie już zbita z tropu uśmiechnęła się głupkowato i pokiwała głową.
- Okey... – zaczęła, ale nawet nie zdążyła dokończyć, bo stwór porwał ją na zachód z taką prędkością z jaką nawet nigdy nie śniło jej się latać.
Dudnienie potężnych skrzydeł o powietrze oraz szum wiatru w uszach to jedyne co słyszała, kiedy krajobraz przemykał jej przed oczyma w huraganie rozmazanych, kolorowych plam. W jednej chwili leciała, a w drugiej już siedziała na piasku, jej łapy delikatnie podmywane słoną wodą fal i wszystkie rozmazane obrazy nabrały krztałtu ostrości oraz stanęły, nie wydawały się już bezsensownym tornadem wszystkiego, a zarazem niczego. Dziewczyna rozejrzała się dookoła. Nagłe zmiany poziomu, położenia oraz prędkości spowodowały, że zaczęło kręcić jej się w głowie.
- Opowiadajcie co tam u was? Skąd jesteście? Wy też jesteście hybrydą? Jesteście inni? – nawał pytań wypłynął z ust potwora, a zaraz po tym podekscytowane rżenie wyrwało się zmiędzy jego kłów i zamerdał ogonem niczym pies.
Usiadł obok Aspen, wpatrując się w nią wyczekująco.
Tak się ucieszył, że w końcu zobaczył kogoś bardziej podobnego do siebe niż do tych wilków, w końcu zobaczył kogoś kto miał skrzydła oraz podbijał przestworza, a nie był ptakiem, w końcu jakieś stworzenie, które zapewne samo nie wiedziało czym było. Ktoś taki jak on, może mniej zagubiony i z bardziej poukładaną psychiką, ale przynajmniej z wyglądu była mu bardziej znajoma po kilku minutach znajomości niż jakikolwiek inny wilk w tej watasze. Wyczuł w niej swoją bratnią duszę, był wniebowzięty jej obecnością... Samym tym, że była i mógł patrzeć na stworzenie zmieszane z kilku gatunków powodowało, że... że był po prostu szczęliwy całym sercem...


Aspen? Uszczęśliwiłaś naszego potworka xD ;3

Od Hakai do Andromedy - Choćby Sto Lat Minęło, Ja Nie Zapomnę

        Hakai warknął wściekły pod nosem. On będzie chory, akuart – Wilk z Północy! Z Krainy gdzie mróz i śnieg to była codzienność, teraz ma być chory bo trochę mokry się zrobił i mróz jest lekkie na dworze! Kurde, do czego to doszło, żeby to musiał chować się w taki piękny dzień po jaskini, żeby mu się gardło nie przeziębiło, chrzanił taki interes.
Wstał i z kwaśną minął, położonymi po sobie uszami i spuszczoną głową ruszył przed siebie. Nienawidził jak musiał robić rzeczy wbrew sobie, po to został Alfą, żeby to on miał wpływ na innych, a nie inni na niego. Wyminął Andromedę, niczym szczeniak obrażony na matkę, która nie pozwala mu się bawić dalej i ruszył leśną wydeptaną dróżką w stronę jaskini nieopodal.
- Hakai! – usłyszał za sobą głos Alfy, która ruszyła za nim wkrótce znalazła się u jego boku – Co cię ukryzło?
- Nic. – warknął.
- Możesz mi powiedzieć i przestać zachowywać się jak dzieciak? Jak matkę kocham, przecież ty jesteś dorosłym wilkiem o najwyższej randze, a gada się z tobą jak z niewyrostkiem. – mruknęła pod nosem wadera, na tyle głośno, by on mógł to usłyszeć.
- Proszę ciebie, to ty się zachowujesz jak nadopiekuńcza matka. – burknął w odpowiedzi.
- Bo się o ciebie martwię, tak trudno to zrozumieć? A ty stawiasz warunki i zachowujesz się jak szczeniak momentami, weź zacznij jeszcze wrzeszczeć i tupać nóżkami o ziemię, może to coś da. – warknęła mu prosto w twarz nie mogąc już znieść tej jego dzieciniady.
Hakai stanął, a Andromeda szła dalej.
Faktycznie, zachowywał się trochę... Dobra, dużo poniżej swojego standardu wiekowego, co w niego wstąpiło? Zamiast wykazać się inteligencją Alfy on powodował, że Andromeda w nią coraz bardziej wątpiła. Potrząsną głową dochodząc do wniosku, że będzie musiał nad tym popracować. Szczególnie, że nie zawsze wszystko będzie szło po jego myśli teraz jak nie tylko on jest Alfą, będzie trzeba się nauczyć chodzenia na kompromis... A czasem nawet rezygnowania z własnego stanowiska. Szlag by to trafił... To będzie długa i mozolna przemiana jego zdziecinniałego charakteru... Jednak żeby zacząć metamorfozę trzeba było zacząć od przeprosin.
Hakai westchnął zrezygnowany i potruchtał za dziewczyną, która zdążyła zniknąć już przy pierwszym zakręcie i dojść do drugiego. Jeszcze jeden zakręt, a staną przed niewielkim pagórkiem, w którym znajdowała się stara jaskinia Jaskra, byłego Betty, z którego stratą Hakai nie mógł się do końca pogodzić.
Tu i ówdzie były jeszcze dobrze widocznie ślady po katasrofie. Zdruzgotane, osmolone drzewa, wypalone połacie ziemi oraz kompletny brak jakichkolwiek ptaków. Czerwonooki wzdrygnął się na widok tego wszystkiego, co przywoływało bolesne wspomnienia i skupił się na swoim celu, żeby nie myśleć o nieprzyjemnych rzeczach.
- Andromeda. – rzekł, kiedy znajdował się już blisko, wilczyca odwróciła się do niego z poważną miną, nie była zła, ale też nie widać było żadnych oznak dobrego humoru – Przepraszam. – nie mógł zdobyć się na żadne wytłumaczenia, zresztą po kij miał się tłumaczyć? Co to da? Wypalił prosto z mostu i tyle, sprawa załatwiona.
Wyminął ją potem i ruszył do jaskini. Nie był pewien czy to był najmądrzejszy pomysł. To miejsce go przytłaczało. Wracał ten feralny dzień, wypełniony krzykami palących się żywcem członków jego rodziny. Widok niszczonego domu oraz ostatnie chwile ze swoją siostrą, z którą nie rozstał się na najlepszych stosunkach. To wszystko teraz zwaliło się na niego niczym meteoryt. Stał tam w popołudniowym blasku słońca, niczym zaczarowany i nieprzytomny, przeżywając w głowie oraz sercu ten dzień na nowo...

Andzia?

Od Aspen do Zafiro i Brego - Przespany Dzionek

        Nie miałam ochoty siedzieć sama, poza tym jeśli chciałam tu zostać to powinnam tak, czy siak poprosić alfę danych terenów o przywilej bezkonfliktowego pozostania na tych terenach. Ruszyłam wiec żwawo za basiorem. Wzrok miał utkwiony przed sobą, a jego mina nie wyrażała chęci nawiązywania jakiejkolwiek relacji. Dałam więc sobie spokój. Nie znał mnie, a wolałam nie denerwować kogoś kto możliwe, że zostanie moim współbratymcem. Po dłuższym marszu cisza stała się tak nieznośna, iż musiałam ja przerwać.
-Długo tu jesteś?- Chciałam jakoś rozpocząć rozmowę.
-Tak.- Rzucił nawet nie uraczywszy mnie spojrzeniem.
-Masz jakieś stanowisko?- Nie odpuszczałam.
-Obrońca.- Jego odpowiedzi były suche. Na głowie miał coś innego niż dziwoląga znikąd zadającego głupie pytania.
-Duże te tereny? Dalego do tego pasma górskiego? Jaki jest tu klimat? Czy zwierzęta są normalne? Polujecie w stadzie czy osobno? A jak wygląda z podróżami? Można? Są tu miejsca jeszcze nieznane? A ludzie są? Czy wszyscy śpicie na tamtym drzewie?- Mój słowotok sprawiał, że wilk zaciskał coraz mocniej zęby i kładł po sobie uszy.
-Słuchaj!- Warknął obracając głowę w bok gdzie jeszcze przed chwilą stałam. Zamilkł jednak gdy zauważył mój brak.
-To jak będzie?- Zapytałam zawisając do góry łapami tuż przed pyskiem towarzysza. Ów omal nie dostał zawału i odskoczył. Zaraz jednak ochłonął i obrzucił mnie wzrokiem, jakim obdarowuje się małe, irytujące dzieci, bądź dziwnych obłąkańców.
-Czy ty umiesz zachować spokój? Chwile ciszy?- Zapytał nieco podirytowany. Złożyłam skrzydła i wylądowałam na czterech łapach z kocią gracją.
-Pewnie!- Wyszczerzyłam się w uśmiechu -chyba...- dodałam już pół głosem. -Tylko, że to nudne.- Westchnęłam. Basior nagle przeniósł wzrok na coś, a raczej kogoś za moimi plecami.
-Nareszcie.- Mruknął pod nosem. I minął mnie. Stanął naprzeciw dwóch wilków. To pewno był ktoś z watahy. Oboje byli przemoczeni. Kąpiel zimą? Nie ważne jednym susem doskoczyłam do nieznajomych.
-Znacie mnie może?- Zapytałam rozochocona z nadzieją w głosie. Wytrzeszczyli oczy i zgodnie zaprzeczyli kiwając głowami. Poczułam lekkie szarpnięcie. Zrozumiałam, za bardzo narzucałam się. Szkoda, że i oni mnie nie znali.
-Liresano, to są alfy.- Powiedział opanowanym tonem. Lekko się zakłopotałam, ale uśmiechnęłam szeroko i przekręciłam delikatnie głowę.
-Witajcie, przepraszam za natarczywość. Przyszłam tu niedawno i chciałabym tu zostać. Chwilowo nie mam gdzie się podziać i chętnie na jakiś czas tu zostanę. A na imię mam Aspen.- Wilki popatrzyły po sobie, pozwolono mi zostać. Rozmowa nie była długa, oboje przeprosili nas i ruszyli w swoja stronę. Zafiro wyglądał na zawiedzionego.
-Muszę coś załatwić, widzimy się wieczorem pod tym dużym drzewem, tam sypiamy.- Mruknął i zniknął w gąszczu. Tym razem zostałam sama. Dołączyłam do watahy coby nie siedzieć sama, a tu "akuku!" siedzę sama... Do wieczoru nie zostało wiele czasu. Rozłożyłam skrzydła i wzbiłam się w przestworza, krążyłam na tle nieba do późnej nocy. Bez celu, po prostu kochałam uczucie nieważkości i wiatr na twarzy. Jakoś nie czułam się mile widziana w miejscu drzemki członków, wiec przenocowałam na jakimś innym drzewie. Obudziłam się późno, bardzo późno... grubo po południu. Przespałam połowę dnia, ale to nic, miałam jeszcze drugą połowę by kogoś poznać, a chciałam kogoś poznać, być może ten ktoś poznał by mnie. Chodź wiedziałam, że to próżne nadzieje, nie szkodziło spróbować. Ledwo jednak wyłoniłam się nad korony drzew wpadł na mnie jakiś latający zwierz, choć wyplatało się zamieszanie w którym ledwo utrzymaliśmy się w powietrzu zdołałam się mu przyjrzeć. Przypominał lwa, ale nie do końca, był mieszanką kilku gatunków. Nie był aż tak zwinny i zwrotny w powietrzu co ja i odzyskanie równowagi zajęło mu nieco dłużej. Gdy jednak już to zrobił spojrzał na mnie przenikliwie.
-Znasz mnie?- Zadałam od razu standardowe pytanie, uzyskałam jednak negatywną odpowiedź. Westchnęłam ale zaraz się uśmiechnęłam. Hybryda musiała być jednym z członków, więc należało by się przedstawić.
-Jestem Aspen, dołączyłam wczoraj.


<Brego?>

Od Andromedy do Hakai - Choroba to nic Dobrego

        Wilczyca uśmiechnęła się najszerzej jak tylko potrafiła. Przyjrzała się wilkowi, który siedział z śmieszną miną. Był pewien, że Andromeda pójdzie tam gdzie on będzie chciał. Jakże bardzo się mylił, wilczyca nie miała zamiaru wędrować do aktywnego wulkanu. Mogła zgodzić się na spacer choć nie wiedziała gdzie mogą się udać, znała już tyle miejsc. Chciała pójść gdzieś, gdzie jeszcze nie była. Tylko gdzie w takim razie mogli pójść?
- Nie jestem za tym aby leźć do jakiegoś wulkanu. Jakby nie patrzeć trzeba tam iść przez dwie lub nawet trzy godziny.
- Możemy podbiec trochę.
- Wybacz Hakai, ale twój pomysł jest beznadziejny. Gdy zaczniemy biec rozgrzejemy się i ten cały lód na sierści się stopi i schłodzi naszą skórę. Do tego mamy zimny wiatr, który jeszcze bardziej wychłodzi nasze organizmy.
- Ale...
- Ale ja ci bardzo dziękuję za propozycję spędzenia całego tygodnia w jaskini i zapalenia płuc i bolących mięśni przy wykonaniu najmniejszego ruchu.
- Narzekasz Andziu.
- Nie narzekam Hakai. Po prostu mówię jak jest i jak może się stać. Zbyt dobrze wiem jak może się skończyć taka wycieczka. - Powiedziała Andromeda po czym zaczęła odchodzić od wilka. 
Pamiętała co spotkało wilka z watahy, która była później opuszczona przez rodzeństwo. Pewnego razu jeden z wilków, który był związkowcą poszedł na obchód. Wrócił cały mokry, ponieważ przez przypadek wbiegł na jezioro, lód pękł pod jego ciężarem, ale wilk zdołał się uratować. Wrócił zmarznięty i przemoczony, od razu poszedł do swojej jaskini się ogrzać. Na następny dzień zaczął kaszleć i zaczęły się bóle. Z każdym kolejnym dniem jego stan się pogarszał, Andromeda pomagała mu ze względu na swoje stanowisko, ale i z czystej sympatii do wilka. To on pomógł rodzeństwu, gdy nie mieli gdzie się podziać. Podczas ostatnich dni Asai zaczął kaszleć krwią. Wilczyca dobrze wiedziała, że już nie wyjdzie z tego. Andromeda spędzała całe dnie i noce w jego jaskini aby móc umilić mu ostatnie chwile. Pamiętała czerwony zachód słońca, który zwiastował piękną pogodę kolejnego dnia... Szkoda, że to był ostatni zachód słońca który Asai mógł oglądać. Przyjaciel Andromedy umarł z powodu przebywania na mrozie gdy był mokry. Nie mogła pozwolić aby to spotkało również Hakai i ją.
Andromeda odwróciła się w stronę gdzie był wilk. Uśmiechnęła się do niego smutno, widząc w nim swojego przyjaciela. Nie mogła pozwolić by skończył jak Asai.
- Chodź Hakai, poszukamy jakiejś przytulnej jaskini.


~Hakai? Serio nie wiedziałam co tu więcej dopisać.~

czwartek, 12 marca 2015

Kurde Ludzie, Ogarnąć się Proszę!

        Z każdym opowiadaniem jest, do jasnej cholery, to samo - brak weny, brak weny, brak weny, brak weny i sraty pierdaty. Można mieć tą wymówkę raz, drugi, ale kurde mol, to jest już za wiele i od zbyt wielu z Was to słyszę! Tak trudno coś wymyśleć? Zwykłe lanie wody, opisy, wymyślenie czegoś zabawnego, co mogłoby choć trochę ruszyć wyobraźnie, serio to aż tyle kosztuje? Też nie mam weny, ale jakoś proszę - napisałam opowiadanie od Hakai, które było krótkie, ale coś wymyśliłam i zakończyłam je tak, że Andzia mogłaby coś wymyśleć, a co dostaje? 
BRAK WENY
Fuck this shit, Wasze wyobraźnie są aż tak nikłe i puste? Brego dał radę napisać opowiadanie o byle czym, mimo tego, że z nikim nie pisze, Jenna pisze sama, a i tak daje radę coś napisać. Jeżeli ze strony Aspen, Andzi, Zafiro - choć on ruszył makówką i mimo "braku weny" coś udało mu się fajnego napisać - i Raphka - który też nie najgorzej sobie radzi, ale też się grajda - to tak ma wyglądać to ja dziękuje bardzo za taką współpracę z Wami, bo blog STOI.

Wybaczcie mi to uniesienie, ale ja już nie wiem jak mam do Was przemawiać. Próbowałam wspomóc, być miła, podnieść na duchu, parę razy nawet przemilczałam sprawę, myśląc że to coś da, ale NIC, więc sory, ale jak was opiepszę to może coś w końcu do Was dotrze. Blog coraz częściej stoi, a przez to że chcę trzymać jednakowy czas to jedni drugich hamujecie. Weźcie pomyślcie trochę o innych, ruście te mózgi, napewno coś da się wyskrobać, to jest wataha wariatów, więc zachowujcie się trochę jak oni i wymyślcie coś śmiesznego, dziwnego, jak już nic innego Wam do głów nie przychodzi, a nawet jak to jest za trudne to dajcie chociaż coś co ruszy czas w Waszym opowiadaniu na przód. 

Sory, ale ja chciałam z tego bloga zrobić coś innego niż te pospolite, które mają pełno członków i żadne nie pisze, a jak już to jakieś krótkie dialogi, których nie można nazwać nawet opowiadniem. Tutaj chciałam, żebyście włożyli wten blog trochę serca, tak jak ja, bo spędziłam nad nim naprawdę dużo czasu, zawaliłam przez niego kilka lekcji i zarwałam parę nocy i nie chcę, żeby to wszystko poszło na marnę, żeby stał się on taką amatorszczyzną jakiej pełno w netcie.

Mam nadzieję, że to przeczytacie i weźmiecie sobie do serca ten post - Dziękuję za Uwagę.

Sin of Sorrow

piątek, 6 marca 2015

Od Brego do Wszystkich - Dwa Skarby

        Brego patrzył wielkimi oczyma za oddalającym się Cheederianem, który mknął przez głębokie śniegi niczym strzała, niczym nie wzruszona.
- Szkoda, polubiliśmy ją, Skarbie, polubiliśmy. – westchnął sam do siebie, po czym potrząsnął głową i rzekł gburliwym tonem – My tam jej nie za bardzo, inna była, Skarbie, inna... My też jesteśmy inni, my tam ją lubiliśmy, mamy nadzieję, że kiedyś nas odwiedzi. – spojrzał na medalion u jego stóp, który podniósł oraz zaczął starannie oglądać – Będzie trzeba jej dać jakiś prezent, patrzcie jaki skarb nam zostawiła! Piękny, piekny, piekny! – założył go na szyje, co utrudniał mu trochę niedźwiedź spoczywający na całej powierzchni jego ciała – Wygląda trochę jak koniczynka, Skarbie, tylko że srebrna... A no wygląda... Podoba nam się! A Wam? Bradzo, Skarbie, bardzo... Na nowo mamy swój skarb, Skarbie... Tylko w innej postaci.
Zadowolony z siebie ruszył żwawym krokiem w kierunku lasu, ponownie nucąc sobie wojenne pieśni pod nosem, tym razem nawet kiwał głową do rytmu...
Był gdzieś w połowie drogi, kiedy zatrzymał się gwałtowenie oraz przestał nucić.
- Skarbie... – rzekł w zamyśleniu – Słuchamy. Skoro mamy nowy skarb... To chyba możemy oddać Jennie błyskotkę. – stwierdził – A po co! Będziemy mieli dwa skarby! Ale nie wypada, Skarbie to kradzież! – znów zamyślił się głęboko, po czym rzekł ponurym, cichym głosem – Kradliście już raz, to możesz ukraść i drugi...  – zapadła cisza - ... Nie... Tak... Nie będziemy... Będziecie. Nie. – cichy warkot zaczął narastać w jego gardzieli – Tak. – rzekł twardo – Pożyczymy tylko. – stwierdził wyższym tonem, nie mając zamiaru ulec  – Długo terminowo? Tak, póki się nie upomni. – zadowolony ze swojego rozwiązania ruszył dalej.
******
Brego doszedł do Chwasta gdzieś późnijeszym popołudniem. Zdążył kilka razy wynucić wszystkie znane mu pieśni wojonne, żałobne, weselne – choć tych było o wiele mniej – oraz uciął sobie kilka krótkich pogawędek z samym sobą... Tyle zdołał zrobić zanim dotruchtał do drzewa. Nigdy nie podejrzewał, że to może być aż taki kawał drogi, zdecydowanie lepiej się leciało.
- Patrz, Skarbie, nie tylko my byliśmy na polowaniu. – stwierdził, gdy ujrzał zabitego jelenia pod drzewem – A fakt. Ale to nic, przyda się więcej mięcha, coraz więcej nas, więc się nie zmarnuje. – rzekł po wywąchaniu dwóch nowych zapachów wokół drzewa – Ciekawe kto tym razem się do nas przyszwędał – mruknął pod nosem.
Nagle słychać było głuche dudnięcie, kiedy ogromne cielko myśka zostało zrzucone na ziemię. Brego zasiadł do jelenia leżącego obok i rozpruł mu brzuch.
Głodny był niesłychanie, a nie chciało mu się czekać na innych. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle przyjdą, a mięso najlepsze był świerze. Niedźwiedź był zdecydowanie lepszym posiłkiem dla całej watahy, a on sam mógł zadowolić się parzystokopytnym, gdy ktoś przyjdzie, będzie mógł zjeść w towarzystwie. Wilki napewno rzadko jadały niedźwiedzie, będą miały niespodziankę, a jak nikt nie przyjdzie to sam to zje prędzej czy później....
******
Hybryda wchłonęła ponad połowę zdobyczy i strannie wylizała kostki. Wyczyścił pysk oraz oblizał sobie łapy.
- I co teraz, Skarbie? – zapytał sam siebie po zakończeniu mycia oraz po przeciągnięciu niemalże każdej kończyny oraz części ciała – Teraz? Może chodźmy pooglądać zachód słońca.  – zaproponował, spojrzał w górę na szarzejące niebo – Tak, niedługo powinno zachodzić. Choćmy na plaże, tam będzie lepszy widok. Bardzo trafny pomysł, Skarbie, bardzo trafny. – rzekł z zadowoleniem, po czym rozpostarł skrzydła i ruszył na zachód.


Jeżeli ktoś chce może dokończyć.

Od Hakai do Andromedy - Albo Przechadzka, albo Aktywny Wulkan - Wybieraj

        Hakai zaśmiał się cicho, patrząc jak nieudolnie Andromeda usiłuje wgrzebać się na drzewo. Pokręcił głową i już miał usiąć oraz popatrzeć jak dziewczyna się męczy, z nadzieją że w końcu jej przejdzie, kiedy do głowy wpadł mu inny pomysł.
Wziął krótki rozbieg, odbił się od ziemi, następnie odepchnął delikatnie od pleców wadery - która zdziwona jego czynem przestała się szamotać z drzewem - po czym rozpędzony przebiegł dwa kroki piono w góre po pniu rośliny, a na zakończenie skoczył na boczną gałąź, prosto na zdezoriętowanego gryzonia. Jednak zamiast go zabić – czego nigdy by niezrobił wiewiórce – stanął oraz obnażył kły, warcząc cicho. Rudzielec z przerażeniem pisnął, zawinął kitę i już go nie było.
Śmiejący się pod nosem Alfa zbiegł w dół po pniu i stanął nos w nos ze swoją lubą.
- Uspokój się. – rzekł cicho, ocierając swój policzek o jej – Nie ma co psuć sobie dnia zwykłym gryzoniem.
- Jestem mokra, jest mi zimno,  nici ze spaceru, przeziębię się i bedę chora. – warczała pod nosem, idąc do kupki wyłowionych ryb, nie które z nich podrygiwały jeszcze trochę, duszac się z braku wody.
- Nie przejmuj się. – rzekł rozbawiony dochodząc do niej – Nawet jeżeli się rozchorujesz, nie będzie ci ze mną źle. - wadera posłała mu lekki uśmiech, po czym kucnęła, żeby móc się posilić. Samiec stanął nad nią, z jedną łapą przełożoną przez jej ramię i położył się obok, by ją ogrzać – Zresztą, dopilnuję byś była zdrowa i nie zmarzła.
Andromeda podzięokowała mu i wtuliła się w jego futro. Zjedli razem śniadanie, z małą pogawędką pomiędzy połykanymi kawałkami mięsa, po czym zastanawiali się co dalej robić.
- Możemy iść na spacer, przecież słońce ładnie świeci i patrz, jesteśmy prawie susi. – stwierdził Hakai, za nic nie chcąc wracać do domu.
- Tak, prawie susi. – mruknęła Andromeda - Prawie to my jesteśmy zamrożeni. – mruknęła patrząc na posklejane i oszronione futro Hakai.
- Ale nie moksi. – dodał z uśmiechem.
- Dalej uważam, że powinnśmy wrócić. – upierała się na swoim.
Hakai usiadł na miejscu. Zachowujac się znów niczym szczeniak.
- Zdecyduj się, albo idzimy na spcer, albo zabieram cię nad aktywny wulkan, gdzie jest ciepło i napewno się wysuszymy, innej opcji nie ma. – postawił swoje warunki.
- Ale...
- Nie ma ale, wybieraj jedno albo drugie, na nic innego się nie godzę. – przerwał jej z uśmiechem, pewien już swojej wygranej...


Andromeda? Trochę weny mi wróciło ^^