wtorek, 3 marca 2015

Złe Wieści...

Niestety, straciliśmy jednego z naszych Wariatów. Nasza droga Felina, która była z nami od zarania dziejów nie zdołała znaleźć wśród nas swojego miejsca i niestey odeszła :/
Mamy nadzieję, że znajdziesz swój zakątek na świecie, wataha o Tobie nie zapomni, przynajmniej nie Brego x3

Sin of Sorrow x3

Od Zafiro do Aspen - Myśl, myśl, myśl

        Zafiro spojrzał za odlatującym stworzeniem. Nie miał ochoty na jakieś zabawy, czy konkursy. Dawno wyrósł z takiego konkurowania. Nigdy nie widział w tym sensu. Zaczął się wspinać na drzewo by móc odpocząć chwilkę. Wszedł na jedną z wyższych gałęzi, dotykając bokiem pnia ogromnego drzewa. Zmrużył oczy obserwując las, był gęsty ale teraz gdy nie było liści wydawał się pusty. Lubił zimę, była to chyba jedna z jego ulubionych pór roku. Choć jednak bardziej wolał jesień. Było wtedy chłodniej i z każdym dniem zbliżającym się do zimy dni były krótsze, przez co szybciej robiło się ciemno. Mógł wtedy niezauważony chodzić po lesie. Uwielbiał to robić w wolnym czasie, którego teraz miał na prawdę wiele. A jego samotne godziny były spowodowane porwaniem jego kochanej siostry przez pewnego wilka. Był nim Hakai, Alfa z którym Andromeda spędzała swój czas. Podczas gdy powinna być pod opieką swojego starszego brata. Czemu nie chciała przebywać ze swoją rodziną? Czemu Andzia twierdziła, że jej rodziną jest ta wataha? Zaf nadal tego nie rozumiał i pewnie nie będzie dane mu poznać odpowiedzi na to pytanie. Nie była z nimi związana w jakiś szczególny sposób. Ciekawe gdzie teraz mogła być i czy nic jej się nie stało. Wilk uśmiechnął się lekko gdy wpadł na pomysł. 
Jeśli Aspen wróci to razem pójdą poszukać Alf. W całym pomyśle chodziło o to by dotrzeć do swojej siostry, do tego mógł jakoś pomóc stworzeniu, które tu przybyło. Zafiro zastanowił się na jak długo tu zostanie. Gdyby jej się gdzieś spieszyło to by ruszyła przed siebie i nie leciała na polowanie.Gdyby jego siostra zauważyła, że zamiast wystartować w zabawnym polowaniu on siedzi na dzewie to by się obraziła na całkiem długi czas. Jednakże jej tu nie było. Postanowił więc poczekać na Aspen i wtedy pójdą poszukać Alf. O ile oczywiście będzie chciała z nim iść. Nie wiele wilków przepadało za jego towarzystwem, wiele osób twierdziło, że jest niebywale ponury. Ale nic w tym dziwnego, przecież nigdy się nie uśmiechał i nie żartował z innymi. Nawet podczas gdy inni się śmiali on stał na uboczu, a na jego pysku nie pojawiała się choćby najmniejsza oznaka jakichkolwiek emocji.
Nagle pośród odległych drzew dostrzegł ruch. Aspen taszczyła sarnę, sądziła zapewne, że Zafiro zaraz przyjdzie ze swoją zdobyczą. Jeśli tak było to bardzo się myliła. Gdyby była na tyle łaskawa, by zaczekać na jego odpowiedź dowiedziałaby się, że nie ma on ochoty na żadne konkursy. Nawet gdyby stwierdziła że bał się przegrać, nic by nie odpowiedział i nawet na nią nie spojrzał. Tak, zawsze był niemiły dla innych, ale nikt nie był dla niego miły, prócz jego siostry. Miał nieco olewacki i pesymistyczny styl życia, to prawda, ale gdy do czegoś się zabierał starał się to robić jak najlepiej. 
Aspen zatrzymała się w miejscu gdzie ostatnio razem siedzieli, spojrzała na drzewo. Zafiro natychmiast zamknął oczy, które bez przerwy emanuwały niebieskim światłem. Nie urodził się ze świecącymi oczami, kiedyś były zwyczajnie niebieskie. Czemu świeciły bez przerwy? Odpowiedź leżała w jednej z jego przygód, o której wiedziała tylko Andromeda. Wiedział, że nigdy nikomu nie opowie tej historii, nie była taka jak inni.
Zafiro otworzył oczy i spostrzegł, że Aspen siedzi czekając na kogoś. Zszedł więc szybko z drzewa i przyjrzał się sarnie. Spodziewał się czegoś innego, jednakże zachował ten komentarz dla siebie. Skrzydlate stworzenie spoglądało na niego z niezadowoleniem, ten tylko rzucił jej obojętne spojrzenie.
-Idę szukać Alf, dobrze by było gdybyś poszła ze mną. Z pewnością chętnie cię poznają. Dobra robota. - Powiedział chłodno, jak to zwykle miał w zwyczaju. 
Spojrzał jeszcze raz na zdobycz i ruszył przed siebie. Jeśli Aspen będzie chciała z nim pójść to tak zrobi. Ale jeśli nie będzie miała na to ochoty, zostanie sama przy drzewie wraz z martwym zwierzęciem, a takie towarzystwo nie należało do najciekawszych.

~Aspen? Normalnie najdłuższy dialog na świecie.~

poniedziałek, 2 marca 2015

Moi Drodzy!

        Wpadłam na pewien pomysł. W moich ostanich opowiadaniach dodałam dwie nowe postacie, brata Hakai - Frost'a - oraz "dobrego" przyajciela Blindwind - Rex'a. Jenna również tak zrobiła, gdyż była wzmianka o jakimś... Chrisie, bodajże? Nie wiem, nie pamiętam, a nie mam czasu sprawdzić ^^"
Pomyślałam więc, że Wy również możecie dodawać takie postacie. Jeżeli nie macie pomysłu albo coś to sprowadźcie na nasze tereny jakąś wymyśloną postać. Nie musi ona być dodana do zakładki Wariatów - choć znajdzie się tam jej imię, żeby nie została zapomniana i wrazie czego, żeby mogła być wykorzystana na nowo. Jeżeli nie będzie aktywna to nic się nie stanie, będzie mogła przychodzić i odchodzić jak jej się podba - chyba, że naskrobie sobie u Alf, wtedy będzie musiała przychodzić potajemnie.
Ale chyba wiecie o co mi chodzi, takie "postacie poboczne".
Tych postaci mogą używać wszyscy, ale przy pozwoleniu "stwórcy" takiej postaci. Może to być postać z głowy, albo wzięta z obrazka, wolną łapę macie ;)
Jeżeli ktoś nie kum kuma, to pytania proszę do mnie na howrse x3

Sin of Sorrow x3

Od Feliny cd Brego - Śnieg, śnieg, śnieg

        Felina zamyśliła się schodząc z góry razem ze stworem, który niósł niedźwiedzia. Chciał się czegoś o niej dowiedzieć. Nigdy nie lubiła o sobie niczego mówić, można by rzec, że tego nienawidziła najbardziej na świecie. Jej historia nikogo nie powinna interesować, grunt że tu przybyła i tyle. Co dałoby innym to, że powiedziała co robiła gdy była jeszcze mała? Nic.
- Nie mam o czym opowiadać. Moje życie było i jest nudne. Co chcesz wiedzieć? Jak tu przybyłam? Odpowiedź na to pytanie jest proste: Na łapach. Czy mam rodzinę? Nie wiem, ale może gdzieś jest. - Tak, jej bracia z pewnością gdzieś byli. Nie daliby zabić się byle komu, razem byli niezwyciężeni. Felina do tej pory wierzyła, że jej rodzeństwo w końcu ją odnajdzie. - Nie jestem ciekawą osobą i twierdzę że nie ma rzeczy, która mogłaby cię zaciekawić. - Powiedziała szybko zatapiając łapy w śniegu. 
Był puszysty, ale zimny. Malutkie płatki śniegu przyczepiały się do jej sierści, aby po chwili móc zamienić się w kropelkę wody. Zabawne. Dlaczego istniał śnieg? W jej stronach było proste wyjaśnienie tego zjawiska. Bogowie chederianów rzucali na ziemię drobne kawałki ptasich piór, które powoli zlatywały na ziemię. Jednakże mało w płatkach było tych ptasich piór. No ale cóż takie są wierzenia. Są niesamowicie dziwne i zaskakujące pod względem oryginalności. Szła dalej przez śnieg wpatrzona w białe podłoże. W jej krainie nie było śniegu, a jak był to tylko raz na kilkadziesiąt lat. Było to uważane za święto, które było ze wszystkich uroczystości najrzadsze. Fakt że śnieg spadał tylko w pobliżu gór, ale był. 
Felina podniosła wysoko głowę, spoglądając przed siebie, a raczej w odległe chmury. Były ciemne co zapewne oznaczało kolejny opad śniegu. Nieznosiła śniegu, kolejna okropna rzecz. Może powinna wynieść się stąd? Było dla niej za zimno w tym miejscu. Klimat był okropny. Ciągle coś się zmieniało, przez jakiś czas było zimno, a później gorąco. W jej krainie ciągle było gorąco i wilgotno. Dla wielu stworzeniom taki klimat był najgorszy z możliwych. Jednakże Felina była chederianem, który uwielbiał te niesamowite tropikalne klimaty, które nie były dla każdego.
Otrzepała się właściwie z niczego, ponieważ robiła to co chwilę. Nie chciała mieć mokrej sierści gdy jest mróz. Jej organizm nie był przystosowany do takich sytuacji. Brakowało jej tego przyjemnego ciepła. 
Nagle poczuła jak coś mocno ukłuło ją w łapę. Krzyknęła podnosząc łapę i patrząc co spowodowało okropny ból. Całkiem spora drzazga przebiła skórę. Felina przechyliła drzazgę pazurem drugiej łapy i z bólem wyciągnęła ją zębami. Wypluła drobny kawałek drewna i ruszyła dalej przed siebie. Co zrobi gdy dojdzie na miejsce? Przecież nie zostanie z innymi wilkami. Będzie musiała siedzieć na drzewie, aby odizolować się od nich. Nie było tu dla niej miejsca, nie potrafiła odnaleźć tu swojego kąta. I właściwie nic w tym dziwnego, była inna. Zatrzymała się co też uczynił jej towarzysz, spoglądał na nią pytająco.
-Wiesz co Brego... Muszę już iść, to jest wspaniałe miejsce, ale nie dla mnie. Muszę odnaleźć swoich braci... Pewnie jeszcze kiedyś was odwiedzę. - Powiedziała schylając głowę ku ziemi i ściągając naszyjnik. Znała te dziwne stworzenie zaledwie kilka godzin, jednakże miał w sobie coś ciekawego. Wysunęła łapę z naszyjnikiem i podała go Brego. - To jest prezent dla ciebie, mam nadzieję że go nie zgubisz. Pozdrów wszystkich ode mnie... Do zobaczenia Brego, jeszcze kiedyś tu wrócę. - Powiedziała kładąc przed łapą stwora swój naszyjnik i ruszyła powoli przed siebie. 
Po chwili zaczęła biec rozmijając za sobą śnieg. Wiedziała, że szybko o niej zapomną, przecież nikt o niej niczego nie wiedział, mało kto z nią rozmawiał. Pojawia się i znika, taka właśnie była. Co w rodzinie to nie zginie. Taka była prawda, chederiany nigdy nie przywiązywały się do jakiegoś towarzystwa i szybko opuszczały odwiedzone terytorium. Była sama i to lubiła. Odnajdzie swoich braci, choćby miała poświęcić temu celowi całe życie...

Od Blindwind do Rapael'a i Jenny - Stary, Dobry (Morderczy) Przyjaciel...

        - Blind, dokąd Ty biegniesz? – usłyszała koło ucha głos Renji’ego, który leciał równo z nią.
- Próbuję coś wykombinować zanim Hakai złamie mi kark. – rzekła przeskakując dwa pniaki, jeden po drugim nie robiąc przy tym prawie w ogóle hałasu, moment później usłyszała ciche dudnięcia, które oznaczały oraz potwierdzały, że Raph również pokonał przeszkody, nadążając za nią.
- No tak, ale dokąd? – próbował się dowiedzieć, lecz bezskuteczne, wadera puściła mu oczko oraz uśmiechnęła się, po czym przyspieszyła jedynie biegu.

******

Wind zatrzymała się z poślizgiem przed granicą watahy oddychając szybko oraz z sercem bijącym tak szybko, że miała wrażenie że zaraz wyskoczy jej z klatki piersiowej i pobiegnie w świat. Czuła lekkie zmęczenie w nogach, gdyż trzęsły się one delikatnie. Cieszyła się jednak. Czuła się orzeźwiona oraz gotowa do działania, kochała ten dreszczyk ekscytacji, który płynął jej w żyłach podczas biegu, a nierówny teren po drodze czynił przebierzkę jeszcze zabawniejszą. Znacie może to uczucie spadania z zamkniętymi oczyma? Tak, tak właśnie czuła się wadera po szybkim biegu ze stromej góry, uwielbiała to uczucie!
Musiała chwilę poczekać na towarzysza, gdyż ten nie wyrabiał swym potężnym cielskiem między ciasnymi zakrętami oraz gęstymi zaroślami, które porastały granice watahy. Sama wyzbyła się z futra gałązek oraz liści i uklepała sobie futro tam gdzie zdołało się szczochrać.
- W końcu! – powiedziała wesoło – Już myślałam, że się po drodze zgubiłeś. – spojrzała tam skąd słyszała ciężkie kroki oraz szybki oddech samca, który widocznie był sprinterem na długie dystance...
Przynajmniej nie na aż tak długie, gdyż w zaledwie jedno popołudnie dotarli do granicy watahy, a to był nielada wyczyn, Kruk wręcz zdziwiła się, że nie musiała z nim robić żadnych przystanków po drodze i że dotarł aż tutaj... I jeszcze miał siłę stać... Miała nowego towarzysza do biegania! Jak fajnie! Raph napewno się ucieszy, jeżeli zaprosi go któregoś dnia na mały wyścig...
- Bardziej pokręconej drogi nie było? – warknął pod nosem próbnując złapać oddech, przy czym wyrwał dziewczynę z jej radosnych rozmyślań o przyszłych wyścigach.
Samiec klapnął na tyłek obok samicy.
- Wybacz, spieszyło mi się, a jest to najkrótsza droga. – uśmiechnęła się niewinnie – Ale dałeś radę! – stwierdziła dając mu kuksańca pięścią prosto w bark, czego zapewne nawet nie poczuł.
- Lepiej trochę się ogarnij, bo wyglądasz jakbyś skosił po drodze parę drzew. Sto nieszczęść lepiej wygląda. – rzekł Renji lądując obok niego, a na jego słowa Blind zachichotała.
- Śmieszne. – mruknął i otrzepał swe wielkie cielsko opsypując resztę gałązkami, mchem, korą, ziemią i najróżniejszymi śmieciami, które się doń przykleiły kiedy to obijał się po lesie nie wyrabiając zakrętów i nie mieszcząc się między krzakami – Po co ja ci w ogóle jestem? – zapytał się wydrapując sobie parę rzepów, które przykleiły mu się za uchem.
- Hehe, bo wiesz, wychodzimy poza tereny watahy do mojego starego, dobrego przyjaciela. – zaczęła – Tyle,  że... Nie należy on do watahy i nie obowiązują go żadne zasady... I dość szybko się wkurza... I swego czasu służył w wojsku... – zaczęła wymieniać, a Raph spojrzał na nią zakłopotany z krzywą miną.
- Trochę mnie zgubiłaś, do czego zmierzasz? – przerwał jej wymieniankę potrząsając głową.
- No bo chodzi o to, że on nie panuje nad złością, a dość szybko się wkurza i wrazie jakby stracił panowanie nad nerwami... To... Mam nadzieję, że dobry z ciebie wojownik, bo Rex to wojskowy weteran. – uśmiechnęła się przyjacielsko i poklepała go po ramieniu, po czym wstała oraz przeszła przez garnicę, zmierzając w cienie nieznanego lasu – Raz się przy mnie wkurzył... Kurde, koleś! Kilkoma ciosami ściął trzy drzewa! – rzuciła przez ramię – A Renji’emu wyrwał wszystkie pióra z ogona, bidulek nie mógł latać przez następne kilka miesięcy.
Raphael spojrzał za nią wielkimi oczyma i z niedowierzaniem wymalowanym na pysku, a kruk wzdrygnął się na wspominkę ostatniej wizyty u „starego, dobrego przyjaciela”. Drzazga zerknął na niego.
- Serio, mam nadzieję, że dobrze walczysz. – stwierdził ptak – Dla zdrowia naszego i swojego własnego. Rex nie lubi obcych samców na swoim terenie. – ostrzegł – A, i nie przyglądaj mu się zbytnio.
- Zaraz... Czemu?
- Sam zobaczysz. – uśmiechnął się i zerwał do lotu za przjaciółką – Jeżeli ci życie miłe to nie reaguj na prowokacje, bo napewno nie wyjdziesz stąd bez blizny... O ile w ogóle wyjdziesz – rzucił przez ramię.
- Kurde, skąd ona ma takie znajomości... – mruknął pod nosem i ruszył za resztą w ponury las.
Był on ciemny i nieprzyjemny, gdyż promienie późno-popołudniowego słońca nie miały jak przedrzeć się przez gęste splątane gałęzie drzew, krzewów oraz najróżniejszych dzikich roślin, które żyły w tym zakątku.

******

- To powinno być tu. – stwierdziła i usiadła na środku małej polanki.
- Jesteś pewna? – zapytał czerwonoki lądując obnok niej.
- Zaciągnij się, a sam się przekonasz, nie trzeba wilczego nosa, aby wywąchać ten smród. – rzekła, po czym pokręciła nosem.
W powietrzu unosił się zapach zaschniętej krwi, resztek mięsa oraz zapachy różnych wilków, które stoczyły w tym miejscu zażartą walkę z weteranem i już nigdy nie wydostały się z tej polanki żywe. Wilczyca wzdrygnęła się. Cieszyła się, że jest niewidmoa, nie chciała nawet sobie wyobrażać jak wygląda to śmiercionośne pobojowisko.
- I co teraz? – zapytał Raph, stając obok.
- Czekamy. – stwierdziły – Jakbyś wszedł głębiej w jego tereny skończyłbyś jako skwarek. – stwierdziła – Teraz tylko czekamy aż tu przyjdzie.
- A skąd niby wie, że tu jesteśmy?
- Pewnie wiedział już o naszym istnieniu zanim postawiliśmy pierwszy krok poza granicą. – wzruszyła ramionami – Usiądź, poczekaj, wsłuchaj się w dźwięki lasu... Napewno go usłyszysz zanim go zobaczysz.
Tak więc i zrobił. Tyle, że nie było żadnych dźwięków, w które samiec mógł się wsłuchać. Las był cichy i pusty, jakby każda żywa istota zapadła się pod ziemię... Cisza ta była nieprzyjemna, posyłała ciarki wzdłuż pleców tych, którzy mieli słabsze nerwy, a bezbronnym zamieniała nogi w galaretki. Przykładem był Renji, któremu łapki trzęsły się, a dziób szczękał niczym z zimna.
Nie musieli długo czekać. Po kilku chwilach w głębi lasu usłyszeli wolne, ciężkie kroki oraz głośny, chrapliwy oddech. Na te dźwięki wszyscy zesztywnieli na miejscach, nawet Blindwind - która wiedziała, że nie ma zbytniego zagrożenia - słysząc nadchodzacego wilka miała w głębi serca pewne wątpliwości. Mimo wszystko jednak na twarzy trzymała lekki przyjazny uśmieszek, żeby uspokoić nieco towarzyszy. Renji wkleił się między jej nogi i tam skulił się trzęsąc ze strachu – na niego przyjaźń uśmieszka niestety nie działa. Raph wstał na cztery równe nogi, z sierścią na karku podniesioną oraz ze spiętymi mięśniami, jakby gotów do skoku lub przyjęcia ataku.
Ciężkie kroki oraz chrapliwy oddech nasilały się z każdą chwilą. Do tego doszły po chwili odgłosy łamanych gałęzi oraz szelestu liści, aż w końcu na małą polankę wyłonił się spośród zarośli potężny wilczur, rozmiarami podobny do mniejszego niedźwiedzia. Wszyscy wsztrzymali oddechy. Wind przesunęła się lekko w miejscu, gdyż fala wrogości oraz nieufności uderzyła ją z taką siłą, że poczuła się nagle w niebezpieczeństwie.
- Rex! – rzekła słabym głosem – Miło cię widzieć! Hehe...
Poprzednie wrogie emocje zelżały nieco, kiedy samiec rozpoznał małą waderkę, która odetchnęła z ulgą, czując symaptię.
- Witaj. – jego niski zachrypnięty głos rozbrzmiał pośród ciszy niczym trzask pioruna – Jak się miewasz, Renji? – uśmiechnął się do niego, ukazując długie kły i rzędy lśniących siekaczy. W odpowiedzi ptak skrzeknął słabo i... Zemdlał. Widząc jego reakcję Rex zaśmiał się, po czym jego twarz stwardniała, gdy dostrzegł Raphael’a - Kim jest twój... Kolega? – mimowolnie między sylabami z jego gardzieli wyrwał się wrogi warkot.
- To jest Raph. – powiedziała stając między nim a Drzazgą, słysząc jak ogromny biały basior zbliża się powoli do niego – Drzazga na niego niektórzy mówią.
- Drzazga... – powtórzył w zamyśleniu mierząc go lewym okiem. Drugie było mlecznie białe i lekko zaczerwienione po bokach, a ozdobione było grubą, blizną odsłaniającą czarną skórę spod białego futra wokół całego oka oraz na policzku, a ciągnęła się aż do nasady lewego ucha, gdzie znajdowały się jescze dwie równoległe, mniejsze blizny. Basior uśmiechnął się sam do siebie – Blizna. – przedstawił się z prawie niewidocznym skinięciem głowy, uśmieszkiem na twarzy oraz przeciągając samogłoski.
Zaczął okrążać basiora swoją prawą stroną zwróconą do niego, by samiec mógł obejrzeć jego ciało w całej okazałości i pojąć sens jego przezwiska. Była to też w pewnym sensie lekka prowokacja.
 U boku Raphka Blindwind oddychała szybko i modliła się w duchu, żeby nie skończyło się to jedną wielką bijatyką. Dopiero teraz dotarło do niej, że ta decyzja była lekko nieprzemyślana... Ale konieczna.


Raph? Przeczytaj komentarz ;)

niedziela, 1 marca 2015

Vigle Verty! :D - Dawno Skurczybyków nie było, c'nie? o.O

Nom, i tak ich nie używacie, ale nie szkodzi jak od czasu do czasu się je podliczy ;)

Andromeda - 87,5٧ 
Jenna - 87,5٧ 
Hakai - 75٧ 
Blindwind - 65٧ 
Raphael - 42,5٧ 
Felina - 30٧ 
Zafiro - 25٧ 
Brego - 15٧ 
Aspen - 15٧ 

Jak zapewne zauważyliście pojawiły się połówki. Zmienił się trochę spsób wystawiania V.V, po to są te "reakcje" na dole posta, które prosiłabym, żeby używać, bo przydaje mi się to w wystawieniu ilości pieniędzy za opowiadanie ;)
 Sin of Sorrow x3



Od Andromedy do Hakai - Niby takie małe, a niesamowicie denerwujące

Andromeda znów zatrzymała się na kamieniu czekając aż ryby popłyną wystarczająco blisko. Prąd był dosyć silny więc ściągał ryby w jej stronę. Gdy ofiara była już wystarczająco blisko wilczyca szybko zanurzyła pysk w wodzie łapiąc rybę. Odrzuciła ją za siebie i wróciła do polowania, o ile można to nazwać polowaniem. Nie musiała przecież biegać ani skakać, wystarczyło w odpowiednim momencie zanurzyć pysk w wodzie i złapać rybkę. Hakai przyglądał się jej łowom myśląc o czymś intensywnie . Andromeda postanowiła zająć się swoją robotą i dać myśleć wilkowi. Gdy złapała całkiem sporo ryb ruszyła na drugą stronę potoku idąc po kamieniach. Andzia czuła jak z jej głowy i reszty ciała kapała woda.  Zobaczyła jak Hakai wstaje podchodząc do ryb.
-Dobra wystarczy już Andzia, jeszcze będę gruby.
-Jasne, to są tylko małe rybki. - Powiedziała i zanurzyła pysk w wodzie łapiąc jedną z ryb. Rzuciła ją do wilka i uśmiechnęła się do niego.
-Dobra chodź już, zjemy i pójdziemy gdzieś.
-Już idę. - Powiedziała wilczyca i ruszyła po kamieniach, które były śliskie niczym lód. Delikatnie przechodziła po nich, tylko że nagle coś w nią uderzyło w głowę. Łapa jej się wywinęła i wpadła do płytkiego, aczkolwiek silnego prądu wody. Przepłynęła w lodowatej wodzie kila metrów łykając wodę. Szybko jednak wyskoczyła z wody i zaczęła kaszleć. Woda była w drogach oddechowych niesamowicie drażniąca. Andromeda kaszlała tak dobre kilka minut, jednakże w końcu udało jej się wypluć wodę. A w każdym razie większą część. Hakai śmiał się, choć nie robił tego głośno. Andromeda znów dostała czymś w głowę, tym razem oberwała znacznie mocniej. Dotknęła łapą głowy i dostrzegła obok siebie dużą szyszkę. Rozejrzała się po drzewach, tak jak myślała. Wiewiórka znów rzuciła w nią szyszką, ale tym razem wilczyca sprawnie uniknęła pocisku.
-Cholerna wiewiórka. - Powiedziała Andromeda warcząc na małe stworzenie. - Przez ciebie wpadłam do wody... Ty mała, głupia, ruda, okropna skacząca kito. - Powiedziała i otrzepała się z wody, krople rozleciały się wokół. Było okropnie zimno, choć wilczyca nie przywiązywała do tego większej uwagi. To rude stworzonko zdenerwowało ją wystarczająco, aby popsuć jej dzisiejszy dobry humor. Przez tę małą istotkę wpadła do rzeki i pewnie zmarznie, a jutro obudzi się z zapaleniem płuc. Co ona zrobiła tej wiewiórce? - Niech no tylko cię dorwę to... Upiekę cię na ognisku! - Krzyknęła podbiegając pod drzewo i napierając na nie przednimi łapami. Wiewiórka ciekawie jej się przyglądała, była taka denerwująca. Andromeda dosłownie zaczęła zrywać korę z drzewa, próbując wdrapać się na nie. - Nie zabijam niczego prócz ryb, ale dziś zrobię wyjątek. - Warknęła i uderzyła mocno łapą w pień drzewa. Zupełnie zapomniała o ukochanym, który teraz ją obserwował. Wyglądała pewnie jak szczeniak chcąc dorwać małe stworzenie, które siedziało na jednej z wyższych gałęzi. Nie interesowało to jednak Andromedę, ustawiła przed sobą cel który miał zostać osiągnięty. Liczyło się teraz tylko jedno... Musiała dorwać tę wiewiórkę.


< Hakai? Nie mam weny tak samo jak wy. >