sobota, 17 stycznia 2015

Od Hakai do Andromedy - Żywe Wspomnienia

        Słyszał. Słyszał aż nazbyt dobrze melodię niosącą się przez las. Melodię, której w życiu po opuszczeniu domu nie spodziewał się usłyszeć... Zapomniana niemalże przez niego teraz, kiedy dotarła do jego uszu zbiła go z tropu, poruszając jego serce, przynosząc stare wspomnienia i obrazy z dzieciństwa. Samiec wpatrywał się w stronę, z którego dochodził dzwięk tępym, nieprzytomnym wzrokiem, a oddech miał szybki i płytwki. Czuł się jakby się dusił, nie wiedział czy się cieszyć, czy płakać, czy odwrócić się i odejść, czy iść jednak upewnić się co takiego wydawało ten piękny dźwięk – kołysankę, którą nuciła mu matka, kiedy był szczeniakiem... Tyle, że teraz melodia nie była nucona, lecz wyta... I miał wrażenie, że przez dobrze mu znajomy głos.
Samiec ledwo ocknął się z transu, kiedy Andromeda podeszła i odtknęła jego nosa. Dopiero po dłuższej chwili zoriętował się, że jest ona obecna. Hakai spojrzał na nią – miała zamknięte oczy, jednak pod pływem jego delikatnego ruchu otworzyła je i spojrzała mu w ślepia, które wyrażały niedowierzanie, a gdzieś głęboko w nich tańczyła radość, która powoli rozpływala się po jego ciele. Lekki dreszcz przeszył jego grzbiet. Wilczur nagle wystrzelił z miejsca w pełnym pędzie w kierunku melodii.
- Hakai?! – usłyszał za sobą zakłopotaną Andormedę.
- Choć za mną! – zawołał przez ramię pędząc przez las nie zwracając uwagi przez co oraz gdzie biegnie.
Krzewy i gałezie drapały go po grzbiecie, raniąc go nieraz. Uschłe liście na niektórych gałęziach trzepały go po twarzy, a wszelkie przeszkody mijał bądź przeskakiwał z pokraczną gracją oraz zwinnością, zbyt pochłonięty szybkim dotarciem do źródła dźwięku, żeby martwić się o cokolwiek innego. Słyszał za sobą parę razy wołanie Andromedy, jednak kiedy odwrócił głowę i widział, że dziewczyna dalej biegnie i jeszcze żyje nie zwalniał nawet biegu, lecz pędził dalej.
W końcu zatrzymał się z poślizgiewm oraz falą śniegu wraz ze zmrożoną ziemi, a także trawą. Dysząc ciężko stał przed dużą jaskinią na samej granicy watahy. Spojrzał za siebie, żeby sprawdzić czy Andromeda również dobiegła. Musiał chwilę poczekać, gdyż dziewczyna miała pewne problemy „techniczne” po dordze, które ją nieco spowolniły, ale w końcu wyłoniła się spośród drzew i stanęłą zdyszana, patrząc zirytowana na Hakai.
- Możesz mi powiedzieć o co ci chodzi? – warknęła.
- Ciśśś. – uciszył ją, wpatrując się w czarne czeluście jaskini, skąd dobiegała kończąca się już melodia.
Nagle wszystko zamilkło. Andormeda znalazła się u jego boku wziąż dysząc. Spojrzała na wilczura, a potem na jaskinię nic nie rozumiejąc. Jednak Hakai już wiedział. Znał ten głos, znał ten zapach, który unosił się wokoło. I znał już majączącą w ciemnościach sylwetkę, która zbliżała się do niknącego światła dziennego.
- Dawno się nie widzieliśmy... – usłyszał zachrypnięty głos – Braciszku...
- Frost... – w głosie Hakai nie było słychać ani radości, ani smutku... Sam nie wiedział co czuć, ani jak się zachować.
Rozstał się z bratem w kłótni, zniszczył mu życie... Co miał teraz zrobić, po co on tu przyszedł?
- Widzę, że dobrze ci się wiedzie. – rzekł, poczym uniósł się kaszlem.
- A tobie niezbyt dobrze. – odpowiedział powoli podchodząc, jak to też robił jego brat.
Kulejący basior zatrzymał się nagle i podniósł uchyloną głowę, mierząc go zimnymi, bladymi oczym, odznaczjącymi się na tle jego czarnego futra. Wyglądał szczerze mówią tragicznie. Liczne zaropiałe rany, źle zagojone blizny, brak futra w niektórych miejscach, a białe akcenty na twarzy, brzuchu oraz łapach były wręcz szare od brudu. Frost wyszczerzył kły, poczym las zaduniał jego przerywanym, ochrypniętym śmiechem. Kedy w końcu się usłpokoił spojrzał na niego chłodno.
- Zniczszyłeś mi życie... – rzekł – Te blizny... – wzruszył ramieniem, żeby pokazać, o które mu chodzi i odsłonił nieco szyję – Dał mi ojciec, kiedy dowiedział się, że dałeś nogę... Matka nie chciała mnie znać! Wywalili mnie ze stada... - Hakai spojrzał z przerażeniem na brata patrząc na jego poszatkowany kark oraz ramię. Nogi pod nim zaczęły się trząść, a oddech znów stał się nierówny – Nie patrz tak na mnie, braciszku, takie jest życie... Ty też się paru wspominek nabawiłeś. – mruknął – Nawet trzymasz jedną ode mnie. – zaśmiał się sucho – Zresztą... Wracając... Poszedłem waszym śladem... Tropiłem was latami, jednak w życiu nie pomyślałbym, że wstąpicie na tereny z piekła wyciągnięte, gdzie można stracić życie na każdym kroku... Ciężko było... No ale patrz, stoję tu przed tobą... Niby dwa lata tylko starszy, a wyglądający jak wyśmiotruchany staruszek...
Frost ruszył do przodu, w kierunku Hakai, który stał jak wryty słuchając każdego jego słowa z niedowierzaniem...
- Frost... – wyszeptał – Ja... Przepraszam... – basior położył uszy i zniżył głowę, patrząc na niego z żalem w oczach.
Frost podszedł do niego, stojąc nad nim i mierząc go zimnym wzrokiem... Który nagle zelżał, a samiec schylił się, kładąc swoją głowę na jego.
- To ja jestem ci winien przeprosiny, a nie ty mnie. – mruknął w końcu – Gdyby nie mój zatwardziały charakter wszystko wyszłoby inaczej...
- Wina leży u obu. – stwierdził Hakai, odsuwając się i patrząc mu w oczy – Steśkniłem się za Tobą... – dodał po chwili milczenia ciepło i uśmeichnął się.
- Ja za tobą... Uwierz, ja za tobą też. – odwzajemnił uśmiech – A kim jest twoja koleżanka? – zwrócił nagle swoją uwagę na Andromedę...


Andzia? Wena wróciła x3

czwartek, 15 stycznia 2015

Masz łapy, więc biegnij! Masz skrzydła, więc leć! Masz wybór, to z niego korzystaj! Masz wolność, więc o nią walcz!


Imię: Aspen
Pseudonim/Przezwisko: Blue albo As
Wiek: ok. 3lata(dokładnie nie wie)
Płeć: samica
Punkty Walki: 18
Czym Ty jesteś?: Trudno stwierdzić… sama nie wie zbytnio czym jest.
Co robisz najlepiej?: Kocha przestworza! Lata z zawrotną prędkością, na ziemi również jest szybka i zwinna, choć nie tak bardzo jak w przestworzach. Jest świetnym tropicielem i łowcą. Z śladów czyta jak z księgi. Jej atutem jest sokoli wzrok którym wychwytuje najmniejsze szczegóły.
Rodzina: Nie zna i nigdy nie znała.
Partner: Jest wolnym duchem i jak na razie nie interesuje jej to.
Potomstwo: -
Klan: -
Stanowiska/Ranga: Łowca/Omega
Charakter i Osobowość: As jest niczym małe dziecko, nigdy nie bierze niczego do siebie. Gdyby mogła tylko by się bawiła. Uwielbia robić psikusy, oraz droczyć się z innymi. Zwykle kocha towarzystwo, jednak czasem gdy wychodzi polować lubi zniknąć na dzień czy dwa. Nie słucha również niczyich rozkazów, kiwa tylko z uśmiechem głową, po czym i tak robi swoje. Ma dusze odkrywcy i nie umie usiedzieć w miejscu, zawsze musi coś robić. Uwielbia wtykać nos tam gdzie nie trzeba. Jest niezwykle wytrwała i odważna. Niemal cały czas się uśmiecha, nawet gdy coś nie gra, bądź jest zła. Właśnie dlatego większość bierze ją za wariatkę, ale ona temu nie zaprzecza.
Dodatkowy Opis: Aspen wygląda jak połączenie wilka, lwa i pantery ze skrzydłami. Faktura tak jak i wzory futra są niejednolite. Dodatkowo pod oczami i na ogonie ma niebieskie, fluorescencyjne znaki. Jej błękitne oczy również świecą w zmroku.
Styl Walki: W walce polega na swoim wyborowym wzroku, pozwalającym przewidzieć ruchy przeciwnika, zanim jeszcze zdąży je wykonać. Wykorzystuje swoje ogromne skrzydła i długi ogon do zdezorientowania rywala. Woli również atakować z powietrza, ale i na ziemi jest nad wyraz zwinna.
Hobciostki:
-Ma ogromną awersje do pająków.
-Sypia tylko pod gołym niebem, nigdy w jaskini czy pod innym dachem.
-Kocha oglądać niebo, a szczególnie w ciemne, bezchmurne noce, gdy widać wszystkie gwiazdy.
-Jej marzeniem jest wzlecieć kiedyś tak wysoko, że “sięgnie gwiazd”.
Historia: Kilka miesięcy temu obudziła się w lesie, była ciężko ranna i nic kompletnie nie pamiętała. Straciła wszelkie wspomnienia. Włóczyła się po świecie w nadziei, że ktoś ją pozna, albo przypomni sobie swoją przeszłość. Nic takiego jednak się nie stało. Cały czas tylko pustka. Czasem męczą ją koszmary, ale gdy się budzi nie potrafi sobie przypomnieć snów. Ma nadzieje, że w końcu dowie się skąd i kim jest. A na razie chce zostać tu w watasze, aż sobie nie przypomni...
Vigle Verty: 90,5٧ 

Właściciel: Ursa

Od Feliny Do Brego - Co tam chowasz?


        Felina przemierzała las w poszukiwaniu... Tak właściwie to niczego. Po co ma w sumie chodzić skoro mogłaby leżeć na jakimś drzewie. Smucił ją fakt że słońce wychodzi zimą na tak krótko. Brakowało jej tych ciepłych promieni słonecznych i wygrzewania się na gorących głazach. Przebiegł ją chłodny dreszcz, gdy tylko wróciła do rzeczywistości. Zima... Najgorsza pora roku jaka tylko mogła istnieć. Chłód, śnieg, zimny wiatr... Okropność, Felina nie znosiła chłodu, ale woda była całkiem znośna. Była godzinę temu nad rzeką, a jeszcze wcześniej upolowała sobie dwa zające. Teraz przydałaby się jakaś drzemka, zaczęła więc rozglądać się za jakimś wysokim drzewem. Po niecałym kwadransie znalazła wygodne miejsce na ogromnym drzewie. Wysunęła pazury i wspięła się na drzewo, ułożyła się wygodnie w miejscu gdzie gałęzie się rozchodziły. Zawinęła się w kłębek i owinęła się długim ogonem. Miała gęste futro więc nie narzekała, że marznie, jedynie metalowe pierścienie na jej przednich łapach były zimne. Zamknęła oczy i próbowała zasnąć.

Widziała oczami wyobraźni piękną łąkę i słońce, które ją pięknie oświetlały. Nagle usłyszała jak ktoś dosyć szybko idzie. Podniosła głowę i wyjrzała zza ogona, jakaś duża istota była mniej więcej czterdzieści metrów od drzewa na którym odpoczywała. Czekała zanim przejdzie pod jej drzewem, gdy to zrobił zaczęła schodzić cicho po gałęziach. Ruszyła za nim ostrożnie, chodziła w pobliżu drzew, aby na wszelki wypadek móc szybko uciec. Najwyżej skakałaby z drzewa na drzewo, pod ciężarem tej bestii gałęzie z pewnością by się połamały.
W końcu istota którą obserwowała Felina, zatrzymała się i usiadła obok głazu. Fel zatrzymała się za drzewem, bestia siedziała do niej plecami. Kocica weszła na drzewo, z którego gałąź była tuż nad głową stwora. Powoli przeszła po gałęzi i zatrzymała się na jej końcu. Na wszelki wypadek owinęła ją ogonem, nie chciała spaść na tego kogoś. Wbiła mocno pazury i wychyliła się lekko, aby ujrzeć czym się tak fascynuje ten stwór. Mruczał coś niewyraźnie pod nosem.
-Co to jest? - Spytała Felina, która wisiała pół metra nad nim, przyglądając się jakiejś rzeczy którą obracał w swoich ogromnych łapach. Bestia spojrzała w górę mrużąc oczy.
-Nie wasza sprawa... Kim jesteście?
-A kim ty jesteś? - Spytała Felina obserwując stwora, aby w każdej chwili móc się wycofać. Nie chciała jeszcze kończyć swojego życia.
-Czemu się pytacie? - Spytał stwór przybliżając do siebie rzecz.
-Tak z ciekawości... Jestem Felina. Pokażesz mi to co tak chowasz przede mną? Nie zabiorę ci tego na zawsze. - Powiedziała wskazując, a raczej chcąc chwycić to co bestia chowała w rękach. Też chciała zobaczyć to coś, wiedziała że to jest coś cennego. Gdyby nie było cenne nie chowałby tego tak bardzo. - No weź pokaż mi to. Chcę tylko obejrzeć tę rzecz.
Stwór pokręcił lekko głową jakby się zastanawiając się czy może dać kocicy przedmiot.
-Ale my nie możemy tego tobie dać?
-Czemu? Ja chcę to tylko obejrzeć. - Powiedziała Felina mrużąc oczy, to przecież nie była rzecz nie możliwa do wykonania.

< Brego? No weź pokaż ^^ >

środa, 14 stycznia 2015

Od Urineseriano do Jenny i Blindwind - Pożegananie

- Już nie takie rzeczy przechodziłem. - Uśmiechnąłem się wstając i przeciągając się.
Nie było mi zimno, futro niemal całkowicie wyschło.
- Ale... -  Chciała kontynuować.
- Ale ja i tak nie jestem zły. - Spojrzałem na nią ciepło, przytaknęła delikatnie.
Wtedy wróciła Blind z świeżą zdobyczą w zębach. Położyła tuż przed nami trzy tłuściutkie króliki. Byłem naprawdę pełen podziwu dla niej, że mimo ślepoty dała radę w tak krótkim czasie, upolować tak szybkie zwierzaki.
- Dla każdego po jednym. - Uśmiechnęła się.
Zaraz wszyscy zmietli przydzielone porcje. Oblizałem się ze smakiem po obfitym posiłku. Zerknąłem na niebo. Słońce dawno minęło południe.
- Pomożecie mi znaleźć członków watahy? - Zapytałem wadery wstając powoli.
Jenna obrzuciła mnie pytającym wzrokiem.
-Po co? Wrócą na noc. - Oświadczyła spokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Ale będę się już zbierał, przede mną długa droga i tak długo zabawiłem tutaj.
- Więc nie zostajesz? - Zapytała chyba lekko rozczarowana.
- Przepraszam, ale nie. Jestem wam wdzięczny za gościnę. Dawno nie miałem tak miłego i zwariowanego towarzystwa, ale muszę iść.
- Dobrze. - Rzuciła niemrawo i poszliśmy na szukanie członków.
Niestety nie znaleźliśmy nikogo. Jenna odprowadziła mnie do granic watahy, tam poprosiłem ją, by przeprosiła, podziękowała i pożegnała w moim imieniu inne dziś poznane wilki. Pożegnałem jej jeszcze na pożegnanie i znów ruszyłem w tę niekończącą się wędrówkę.

<Uri odchodzi, postanowił dalej podróżować samotnie.>


Ps. Nie potrafię wczuć się w tę postać przez co pisanie nią mi nie wychodzi i mnie nie bawi. Odchodzi wilk, nie ja. Za jakiś czas stworzę nową postać, taką która mam nadzieje będzie zadowalać nie tylko mnie default smiley :)

Od Andromedy do Hakai - Nieznana melodia

Andromeda odwzajemniła delikatny pocałunek, to było takie... Niesamowite! To był jej najwspanialszy dzień w życiu, nie spodziewała się, że kiedyś taki się pojawi. Delikatnie odsunęła się od wilka, uśmiechnęła się do niego.
-Wybacz Andromedo... Ja... - Powiedział Hakai z niewyraźną miną.
Wilczyca zaśmiała się patrząc na niego, nie miał za co ją przepraszać. Tak słodko wyglądał gdy był zakłopotany, taki niewinny i niczego się nie domyślał. Podobał jej się ponieważ nie udawał kogoś kim nie był. Był wobec niej delikatny i wysłuchiwał jej gdy chciała mu coś powiedzieć. Była przy nim bezpieczna i wiedziała że wszystko będzie dobrze, kochała to w jaki sposób się zachowywał. Jeśli miałaby go opisać jednym słowem to powiedziałaby że jest aniołem... Jej aniołem.
-Co mam ci wybaczyć? - Spytała po tym jak przestała się śmiać, wilk zlewał się wraz z tłem. Jego czarne futro delikatnie połyskiwało  w delikatnym świetle. - To było wspaniałe. Nie masz za co mnie przepraszać.
-To dobrze. - Powiedział Hakai delikatnie głaszcząc łapę Andromedy.
-Są tu jakieś jaskinie?
-Są ale trochę musielibyśmy pochodzić.
-Zostańmy tu jeszcze chwilę. - Wilczyca spojrzała w niebo, było takie piękne... Wszystko było dziś piękne. Nagle do jej umysłu wpłynęła pewna myśl. - Hakai?
-Słucham.
-Jak powiemy naszym towarzyszom że jesteśmy razem?
-Nie wiem.
-Może im po prostu powiemy...
-Myślę że szybko to zauważą. Jenna od razu zobaczy w sumie to twój brat też.
-Taaak, nie chcę z nim o tym rozmawiać. Dziwnie będzie mi się spało gdy nie będzie obok mnie Zafiro.
-Przyzwyczaisz się, teraz to ja z tobą będę spał.
-Wiem kochanie. - Powiedziała wstając, rozejrzała się po okolicy. 
Było ciemno, ale całkiem przyjemnie. - Nachyliła się lekko nad czarnym wilkiem. Musnęła delikatnie jego usta swoimi, siedział zadowolony na śniegu. - Chodź trzeba znaleźć jakąś jaskinię. Nie mam zbytnio ochoty spać na drzewie, jeszcze by ktoś na mnie zleciał.
-Nie no może aż tak źle by nie było. Chociaż mnie po ostatnim spaniu bolą trochę plecy.
-Ja spałam bardzo dobrze. - Powiedziała Andromeda, ominęła wilka i ruszyła przed siebie. 
Szła powoli aby nie przeoczyć żadnego ciekawego miejsca. Póki co to nic nie wskazywało że mogą być tu jakieś jaskinie. Robiło się coraz chłodniej, pewnie reszta watahy już zbierała się do snu. Nagle do uszu wilczycy dobiegła nigdy niesłyszana melodia. Odwróciła się do wilka jakby chciała się upewnić że tu jest z nią. Hakai podszedł do niej i spojrzał na nią pytająco.
-Słyszysz to? - Spytała idąc powoli w stronę źródła dźwięku.
-Ale co mam słyszeć?
-No tę piękną melodię. Pierwszy raz ją słyszę... Chodź pójdziemy sprawdzić skąd pochodzi. - Wilczyca uśmiechnęła się do wilka i ruszyła szybciej.  Odwróciła głowę w stronę wilka który stał za nią. - Na co czekasz? No chodź. - Hakai nadal się nie ruszał, wilczyca nie wiedziała o co mu chodzi.
Czy on tego nie słyszał? Patrzył na Andromedę nieznanym dla niej wzrokiem. Co mu się stało? Podeszła do niego tak blisko że niemal stykali się nosami. Patrzyła mu prosto w oczy po czym dotknęła delikatnie jego nosa swoim i zamknęła oczy jakby miało to jej coś dać. 

< Hakuś? Stało się coś?>

wtorek, 13 stycznia 2015

Od Hakai do Andromedy - Kilka Chwil Zmienia Życie...

        Hakai stał przez chwilę na plaży, niedowierzając trochę w to co się jeszcze przed chwilą stało. Potrzebował sekundy, żeby dotarło doń wszystko i żeby ruszyć w pełnym pędzie za dziewczyną, którą póki co tylko odprowadzał wzrokiem. Mimo tego, że zdołała ona przebiec już duży kawałek on bez problemu ją dogonił, musząc zwolnić na koniec, żeby się z nią zrównać.
Wielki uśmiech widniał na ich twarzach, a oczy świeciły się radośnie, wyrażając więcej niż słowa. Czerwone ślepia wilczura cały czas obserwowały twarz wadery, kątem oka zaledwie skupiając się na drodze.
Jej delikatne rysy twarzy, czarne futro niczym nocne, bezgwiezdne niebo oraz jej oczy... Złote, piękny oczy, które jako pierwsze przebiły mury jego serca, osłabiając je doszczętnie. Spowodowało to, że powoli - dzień po dniu, miesiąc po miesiącu - jej uroki, wady i zalety, gracja ciała oraz wspaniały charakter podbiły go całego, zarażając jego mózg, działając nań jak mącący narkotyk, który miesza w głowie, powodując że ma się go dość, jednak kiedy go braknie odczuwa się pustkę, z którą nie da się żyć.
Hakai potrząsnął głową, przypominając sobie o co prosiła go wadera. Rozejrzał się w okół, żeby szybko skojarzyć gdzie się znajduje.
- Choć. - rzekł, kiedy wiedział gdzie jest oraz przypomniało mu się jedno piękne miejsce, w którym był tylko raz w życiu, obiecując sobie, że jego łapa więcej tam nie postanie póty, póki nie będzie miał bratniej duszy, żeby podziwiać zapierające dech w piersiach widoki.
Myślał wręcz czasami, że ten dzień nigdy nie nadejdzie, że przyjdzie mu zobaczyć to miejsce dopiero u schyłku życia, samotnie i bez towarzystwa... A tu proszę... Kilka chwil i jego życie wywróciło się do góry nogami, zmieniając wszystko.
- Dokąd? - zapytała Andromeda, patrząc nań zaciekawionym wzrokiem.
- Zobaczysz. - Odpowiedział krótko i uśmiechnął się do niej zawadiacko, puszczając oczko oraz delikatnie spychając ją w bok, by nakierować na obrany cel.
Niedługo biegli... Przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż w połowie drogi pochłonęły go jego myśli, zmartwienia, wątpliwości, które jednak zostawały rozwiane, za każdym razem kiedy spojrzał na towarzyszącą mu waderę. Jedno spojrzenie i wszelkie czarne myśli zostawały rozproszone przez jej blask.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała w końcu, patrząc w niebo, które mimo wczesnej godziny ciemniało w oczach.
- W miejscu magicznym i pełnym tajemnic, a zarazem pięknym oraz magicznym. - szepnął jej do ucha z uśmiechem tajemniczości.
Czarne drzewa wznosiły się wokół nich, wysoko ponad ich głowy, łyse i nieprzyjemne. Czarne cienie obrzucały wilki ze wszystkich stron, maskując sylwetki z otoczeniem.
- Po co tu jesteśmy? - spytała Andromeda niepewnie i wzdrygnęła się lekko, widocznie nie czując owej wspomnianej magii oraz piękna.
Alfa nic nie odpowiedział, uśmiechnął się pod nosem, zatrzymał się, stanął na przeciwko swej lubej, wsunął jej łapę pod brodę - tak że wierzch łapy miał oparty o jej brudkę - i delikatnym ruchem przechylił jej łeb do tyłu, unosząc tym samym pysk do góry, aby spojrzała w niebo. Piękne, kolorowe niebo upstrzone stadem gwiazd oraz mnóstwem kolorów. Turkusowe, granatowe plamy mieszały się ze sobą tworząc paski najróżniejszych zimnych barw. Do tego fiolety, róże wraz z czerwieniami pełzły między chłodnymi odcieniami, nadając niebu życia. Wszystko było w ciągłym ruchu nadając temu charakter morza.
- To, kochana, jest Las Cieni. - powiedział niskim szeptem - Moje ulubione miejsce.
Andromeda westchnęła cicho, patrząc z otwartym pyszczkiem w górę, po czym powoli zniżyła głowę, żeby spojrzeć na towarzysza.
- Wow. - wyszeptała - Pięknie tu... Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś.
- Nie ma za co. - rzekł cicho siadając na ziemi, co zrobiła również wadera - Zawsze chciałem przyjść tutaj z moją bratnią duszą... – mówł powoli - Pokazać, co mi w duszy gra... Bo to... - wskazał łeb górę - To jest dosłownie to co we mnie siedzi... Nie wiadomo co, po prostu nie odgadnięta masa, zmieniająca się wraz z upływem życia, nigdy nie zatrzymująca się, nie potrafiąca nigdy do końca znaleźć swojego miejsca. - Andromeda patrzyła na niego swymi złotymi oczyma, odznaczającymi się od ciemnego tła, które pochłonęło jej sylwetkę, zlewając ją niemal w jedno z cieniami oraz drzewami - Ale... Myślę, że chyba znalazłem właśnie swoje miejsce na ziemi... Obok Ciebie, razem z Tobą... Tam gdzie Ty, tam moje miejsce.
Mówiąc te słowa przysunął się do niej delikatnie. Cały czas gdy mówił patrzył jej głęboko w oczy, chciał żeby pojęła sens jego słów, chciał, aby zrozumiała ile dlań znaczyła.
Hakai położył łapę na jej łapie i uśmiechnął się czule, radując się w sercu, kiedy jego uśmiech został odwzajemniony. Samiec przejechał poduszkami palców wzdłuż jej przedniej łapy. Andromeda otworzyła pyszczek, żeby coś rzec, lecz wilczur nachylił się i czubkiem nosa dotknął jej nos, odsuwając się nie za szybko o parę milimetrów. Serce biło mu jak szalone, biło tym razem z radości, z miłości... Wilczur rozmyślił się ze swojego poprzedniego postanowienia odsunięcia się od niej. Nachylił się ponownie i zanim Andromeda zdążyła jakkolwiek zaprotestować lub zareagować on zamknął oczy, układając swoje usta na jej wargach oraz całując je delikatnie...


Andzia? ^^

piątek, 9 stycznia 2015

Od Jenny do Urineseriano - Zbyt Szybki Koniec Oprowadzki

        Staliśmy nad zamarzniętym morzem Sinoro. Ja oczywiście, wyglądałam jak debilka stojąc w śniegu po szyję, więc jak najszybciej wyskoczyłam na lód. Poskutkowało tym, że pojechałam kawałek na tyłku a Blind i Uri ryknęli śmiechem, ale ja tylko im pomachałam obracając się do nich pyskiem i po chwili się zatrzymałam. Spróbowałam wstać, wbijając lekko pazury w lód. Udało mi się i wmiarę złapałam równowagę.
Wróciłam do wilków w śniegu, ale nie weszłam do niego. Nie miałam zamiaru znów dać się zjeść.
- No, drogi Uri. To jest morze Sinoro, a to na czym stoisz w lecie jest plażą Sinoro. - wyjaśniłam.
- Mhm. Lubicie tu przebywać? - zapytał, rozglądając się. Prychnęłam.
- Nie wiem, czy lubię. Jestem w tej watasze od wczorajszego wieczora! - odparłam.
- Ach, no tak mówiłaś. - przypomniał sobie Uri i klepnął się w czoło.
- Dżej? - usłyszałam pytanie Blind. Ale jakby gdzieś...
- Kruk! Co ty tam robisz?! - zawołałam do przyjaciółki, która leżała totalnie pokrzyżowana na lodzie i nie bardzo wiedziała, jak i czy w ogóle może się podnieść. Podjechałam do niej i zaczęłam jej spokojnie mówić, którą łapę i jak ma ułożyć. Uri też się do nas ślizgnął i pomagał Blind ustawiać łapy.
- Dobrze, dobrze... Teraz spróbuj przednią lewą postawić... bardziej na lewo... Nie! Nie, Blind to drugie lewo! - krzyknęłam ale było za późno.
- O rany! Znowu?! Mówiłem wam, zostanę płaską deską. - jęknął ze śmiechem Uri, albowiem znów leżeliśmy i gnietliśmy się nawzajem. Na górze Uri, ja i na dole Kruk.
- Ha! Bardzo śmieszne! Złaź bo to ja będę wyglądać jak trawa po spaniu. - warknęłam na wilka.
Gramolił się i gramolił, aż nie wytrzymałam i po prostu go popchnęłam. Odjechał kilka metrów aż... zniknął z wielkim trzaskiem.
- Co to było?! - zawołała Blindwind.
- Szlag! Uri chyba wpadł do wody! - wrzasnęłam, jadąc w stronę wilka. - Blind, jedź za moim głosem! - dodałam.
Cały czas się darłam i obserwowałam przerębel. Jednak po 30 sekundach bezowocnego czekania...
- Kruk, zostajesz na górze i jak nie wrócę za minutę, biegniesz po pomoc, ok? Uri wracaj, do cholery... - powiedziałam, nerwowo rozgrzewając mięśnie do kąpieli w lodowatej wodzie. Muszę go uratować, to moja wina.
- Nie, nie Dżej! Zostań, nie dasz rady, przecież... - Ale ja już wskoczyłam. Usłyszałam jeszcze ostatni krzyk wadery i rozejrzałam się pod wodą. Gdzie ten Uri...
Usłyszałam trzask i głosy na powierzchni. Wypłynęłam i... Zobaczyłam Uri’ego. Całego i zdrowego, mokrego jak deszcz co prawda, ale trudno. Żył!
- No i czemu się nie wydzierasz?! - wrzasnęłam, wyłażąc z z wody i plując płynem przy każdym słowie.
- J-ja... przeee-epraszam...j-ja... - jąkał się basior a szczęka tak mu chodziła, jakby żyła własnym życiem.
- Dobra, skończcie oboje i marsz do Chwasta. Ale już! Schowacie się między korzeniami i się trochę ogrzejecie. No, ruchy! - darła się Kruk.
Poszliśmy więc a raczej biegliśmy...lub też staraliśmy się biec. Wyobraźcie sobie, że macie 50 kilogramowe ciężarki na każdej łapie i musicie z nimi biec. No, to tak właśnie się czułam i zapewne Uri też, bo byliśmy mokszy i śnieg szybko poobklejał nam łapy. Znaczy, mnie to całą obkleiłam więc miałam jakieś 200 kg "nadwagi" ale dałam radę.
Na miejscu schowaliśmy się z Uri’m w najgłębsze zakątki jamy i może nie byliśmy przytuleni, jak radziła Blind, ale ja zaprotestowałam dosyć...mocno. Biała wadera pobiegła upolować nam coś do jedzenia i nie pozwoliła wychodzić, póki nie wrócimy do normalnej temperatury. Leżeliśmy więc w miarę blisko siebie i grzaliśmy się chuchając na łapy i rozcierając mięśnie. Po chwili ciszy przerywanej dzwonieniem zębów, odezwałam się:
- Uri? Przepraszam. Bo to moja wina, że... - przerwał mi.
- Ale Jenna, nic sie nie stało, nie wiedziałaś, że lód pęknie. - powiedział i uśmiechnął się.
Skrzywiłam się ze śmiechem.
- Ale ja nie o tym. Mówię o tym, że miałam cię oprowadzić, a nie wrzucać do wody. - prychnęłam.
Uri się zmieszał.


<Uri? Dzyń, dzyń, dzyń zębami XD >