wtorek, 6 stycznia 2015

Od Hakai do Andromedy - Ślizgawka

        Hakai zaśmiał się, kiedy to jechał na plecach wzdłuż zamarzniętej rzeki z Andromedą na sobie.
- Wygodnie? – zapytał patrzac na jej zdezoriętowaną minę.
Jak tylko dotarło do niej wszystko, a świat przestał jej wirować przed oczami spojrzała zmieszana na przyjaciela i usiłowała wstać jak najszybciej, jednak skończyło się to bolesnym zaryciem brodą o taflę lodu. Samiec spojrzał na nią rozbawionym wzrokiem.
- Spokojnie, przecież nie gryzę. - zaśmiał się sam próbując wstać na rozjeżdżających się łapach. 
Wilczyca spojrzała na niego i uśmiechnęła się głupkowato, masując sobie brodę. 

Po wielu próbach i błędach oraz bolesnych upadkach - po których napewno będzie czuł niektóre części ciała następnego dnia - Alfa doszedł w końcu do wprawy i obmyślił taktykę. Wbił pazury w lód, co dało mu minimalną przyczepność oraz możliwość stanięcia niepewnie na sztywnych nogach.
"Przynajmniej się nie ślizgam." stwierdził skinąwszy głową.
Następnie spojrzał na Andromedę, która zaliczała kolejny upadek.
- Jak będziesz tak tłuc o ten lód... - powiedział - To to wszystko zaraz pod nami pęknie, patrz. -  złapał ją zębami za kark, podniósł, stawiając na nogach oraz pokazał co należy zrobić, by uchronić się chociaż trochę przed upadkiem.
- Dzięki. Wybacz, fajtłapa ze mnie. – powiedziała z uśmiechem.
- Nie przeszkadza mi to. – rzekł z błyskiem w oku i nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł.
Podciął dziewczynie tylne nogi  tak, że klapnęła na tyłek, ustawił się za nią, zaparł się czołem o jej plecy i przebierając  łapami – co wyglądało bardziej jak szaleńcze podrygiwanie – ruszył przed siebie, rozpędzajać się. Kiedy osiągnął satysfakcojnującą go prędkość popchnął ją jeszcze głową, a sam schował pazury i poszybował po tafli lodu na czterech łapach.
- Ścigamy się! – krzyknął rozbawiony, patrząc jak Andziia jadąc na tyłku wielkimi oczyma patrzy przed siebie, jednak śmiejąc się na całe gardło.
Hakai wystawił język ciesząc się chłodnym powiewem wiatru.
- Hakai! Zakręt! – usłyszał nagle obok siebie głos wilczycy.
- Cholera! – było jedynym co zdołał z siebie wyduścić, gdyż próbując zahamować rozjechały mu się nogi i klapnął jak placek na lód, z impetem następnie wypadając z toru oraz lądując po uszy w zaspie śniegu – Bardzo śmieszne. – mruknął, wygramoliwszy głowę spod śniegu i spłysząc jak samica dusi się śmiechem, dojeżdżając sobie spokojnie do zakrętu, tracąc powoli impet.
- Wygrałam! – zawołała kręcąc się powoli w koło w dość śmiesznej pozycji siedzącej.
- Ach tak? W takim razie należy Ci się nagroda. – powiedział czerwonooki, wyswobodziwszy się już z pułpaki.
Złapał waderę i wciągnął ją w zaspę puchu.


Andzia? X3

Od Urineseriano do Jenny

        Obudził mnie przenikliwy chłód. Gdy powoli otworzyłem oczy zorientowałem się że przez noc przykryła mnie spora warstwa śniegu. Przeciągnąłem się ziewając, następnie otrzepałem z siebie biały puch. Rozejrzałem się uważnie. Stałem na wąskiej, skalnej, półce wysoko wśród gór. Roztaczał się z tego miejsca cudowny widok. Podejrzewałem, iż są to tereny jakiejś watahy bądź stada. Myślę jednak że mam szanse przemknąć tędy niezauważenie, albo zagościć tu pewien czas. Byłem nieco zmęczony wędrówkom, dom i mój lisi przyjaciel zostali naprawdę daleko. A ja chciałem choć kilka dni spędzić i pogadać, z jakimś żywym duchem. Przyjrzałem się ścianie pode mną ustalając szybką i łatwą drogę by zejść. Kilkoma susami pokonałem odległość jaką miałem do ziemi. Ruszyłem przed siebie, dość wesoło maszerując. Było bardzo wcześnie i ledwo świtało. Gdy słońce zaczęło delikatnie przebijać się przez warstewkę chmur zauważyłem dość spore drzewo. Ale moją uwagę przykuły raczej wilki śpiące na jego gałęziach. Nie chciałem niepotrzebnych sporów, więc cicho tylko przemknąłem nie budząc, ani nie zwracając uwagi na siebie. Zobaczyłem tropy małego wilka, zapewne ktoś już się obudził. Postanowiłem obrać okrężną drogę zacierając ślady. Dotarłem do urwiska, a niedaleko mnie widziałem zamarznięty wodospad. Przyjrzałem się spadkowi terenu i z zadowoleniem stwierdziłem, że mogę się z niego zsunąć. Wziąłem niewielki rozbieg po czym skoczyłem przed siebie, zjeżdżając na brzuchu z górki. Gdy wytraciłem już prędkość uśmiechnąłem się z zadowoleniem do siebie. Podobało mi się. Wstałem ponownie się otrzepując. Nastawiłem uszu, dobiegł mnie cichy krzyk. Nie zrozumiałem słów. Ale odwróciłem się w stronę z której dochodził. Zauważyłem spadającego wilka. Popędziłem w tamtym kierunku. Po dotarciu na miejsce zauważyłem drobną wyderkę.Oznajmiła mi szybko, iż nic jej nie jest. Wadera wyglądała dość... osobliwie. Przyglądałem się jej, ale po chwili odwróciłem wzrok. Takie wpatrywanie się w kogoś mogło być niegrzeczne.
-Powiedz jak masz na imię? - Zapytała, zazwyczaj nie zdradzałem imienia, jednak był to rodzaj polecenia, jakiem musiałem wykonać.
- Urineseriano. - Oznajmiłem krótko i delikatnie się ukłoniłem. Pyszczek wilczycy wykrzywiło zdziwienie.
- Unisseseria... Uni... Uri jak?! - Próbowała powtórzyć łamaniec językowy bez skutku. Zachichotałem.
- Urineseriano. - Powtórzyłem, wadera znów skrzywiła się nie potrafiąc tego zapamiętać.- Wystarczy Uri. - Uśmiechnąłem się. Przytaknęła skwapliwie, teraz powinno być jej łatwo.
- Powiedz Uri, co tu robisz? Nigdy wcześniej cie nie widziałam. - Przyjrzała mnie się badawczo.
- Podróżuję. Jeśli to tereny twojej watahy, najmocniej przepraszam, zaraz mogę się stąd usunąć i więcej żaden z waszych członków mnie tu nie dojrzy. - Oznajmiłem, nie chciałem kłopotów.


<Jenna?>

niedziela, 4 stycznia 2015

Od Andromedy do Hakai - Lodowy spacerek

        Andromeda położyła się spać, nie miała problemu z zaśnięciem. Nagle obudził ją czyjś oddech na swoim karku, po chwili doszedł ją zapach.
-Czemu nie przyszedłeś na ognisko? - Spytała cicho Andromeda.
-Wiesz że nie przepadam za takimi przyjęciami? - Fakt, Zafiro nie przepadał za towarzystwem, jakimkolwiek. Lubił spokój i ciszę, nic więcej do szczęścia nie było mu potrzebne. Zafiro położył się za Andromedą, biło od niego straszne ciepło. Gdy spało się przy nim można by pomyśleć że takie coś jak zima i chłód nie istnieje.
- Wiem braciszku. - Odwróciła się Zafiro i spojrzała mu w oczy. Jak zawsze jego oczy emanowały niebieskim światłem. Nie było to normalne, ale nikomu to nie przeszkadzało. - Dobranoc.
-Dobranoc. - Oboje zamknęli oczy i zasnęli.
~~*~~
Kolejnego dnia Andromedę obudziło delikatne poruszenie się brata. Nie spał już, jak zawsze bacznie obserwował okolicę.
-Twoja koleżanka poszła jakieś półgodzin temu. I trzeba jej przyznać że nie jest mistrzynią w cichym schodzeniu.
-Zafiro nie czepiaj się... Jenna jest bardzo miła. - Po kolei zaczęła przedstawiać każdego wilka z watahy. Wilk przysłuchiwał się i zapamiętywał najważniejsze jak i te mniej istotne rzeczy. - Ja idę na spacerek, patrz jaki piękny dzień. 
-Pójdę z tobą. - Powiedział Zafiro przeciągając się, zawsze chodził za Andromedą. Była jego oczkiem w głowie.
-Jeszcze czego, pójdę z naszym Alfą. Z nim można przynajmniej normalnie pogadać. - Powiedziała Andromeda podnosząc się i wskakując na powyższą gałąź. Hakai spał na plecach zwrócony pyszczkiem z jej stronę. Wyglądał jak mały wilczek gdy tak spał, był taki słodki. Andromeda położyła się i przybliżyła pyszczek do jego ucha.
-Haaakaaiii. - Bardzo cichutko powiedziała, przez co u niej to przeszło na ciche wyśpiewanie jego imienia.  Andromeda odsunęła się od niego u usiadła.Wilk poruszył uchem, mruknął i otworzył oczy,  nie docierało do niego o co chodzi, ale po chwili zrozumiał że został zbudzony przez wilczycę.
-Co tam? - Spytał obracając się i wstając, podszedł do niej z uśmiechem.
-A nic. Zafiro mnie obudził. Widział jak Jenna schodzi z drzewa i po chwili mnie zbudził. Stwierdziłam że chętnie poszłabym na spacer. Z tobą oczywiście. 
-Czemu ze mną? - Spytał Hakai schodząc razem z Andromedą z drzewa, zrobili to jak najciszej aby nikogo nie zbudzić. Gdy zeszli Andzia spojrzała w miejsce gdzie był Zafiro, siedział obserwując ją. Jego oczy już nie świeciły na niebiesko. Nagle Hakai znów ją zapytał. - Odpowiesz mi na moje wcześniejsze pytanie?
-Bo nie ma tu lepszego osobnika do spacerów niż ty. - Powiedziała ruszając w stronę lasu.
-Czuję się wyróżniony. - Powiedział wilk uśmiechając się delikatnie.
- I dobrze. Lubię kiedy się cieszysz. 
-Gdzie idziemy?
-Na spacer do lasu... A potem to już nie wiem. Na pewno coś wymyślimy. A wiesz co przypomniało mi. - Nie zdążyła dokończyć zdania bo nagle razem z wilkiem wpadła w poślizg. Wyglądało to jak jakiś egzotyczny taniec gdy próbowali uchronić się przed upadkiem. W końcu jednak wywrócili się na siebie, a dokładnie to wilczyca na swojego towarzysza.

< Hakai? A gdzie był znak "Uwaga ślisko!" ?

Od Jenny do Urineseriano - Śnieg... Mnie zjada

        Wysłuchawszy historii Blind, uśmiechnęłam się pod nosem. Ciekawe okoliczności i ciekawi ludzie, pomyślałam.
- No, no. Ładnie. - powiedziałam. Ziewnęłam szeroko. - Nie wiem jak wy, ale ja chyba poszukam miejsca do kimania. Jestem naprawdę zmęczona a jutro nowy dzień, kolejne wyzwania. Trzeba się wyspać. - oznajmiłam.
- No, racja. Luluspać! - zawołał Hakai ze śmiechem.
Wszyscy mu zawtórowaliśmy i zgodnie poszliśmy do wielgachnego drzewa. Blind powiedziała, że tutaj możemy spać. Nie ma sensu teraz szukać każdemu posłania. Zgodziliśmy się i każdy wlazł na gałąź dla siebie wygodną, po czym zasnęliśmy. Znaczy, kto spał ten spał.
Ja leżałam z głową na łapach i na wpół otwartymi oczami gapiąc się na księżyc. Mruczałam cicho melodię, która siedziała mi w głowie od jakiegoś czasu. Po kilku chwilach jednak zmorzył mnie sen i wpadłam w ciemności swojego umysłu.
**Następnego dnia**
Obudziłam się kiedy tylko słońce wsadziło swoje jasne jak cholera promyki prosto w moje paczadła. Zakryłam pysk łapą, ale nic to nie dało. W nocy tego nie było widać, jednak teraz okazało się, że wybrałam gałąź najbardziej wysuniętą do przodu. Warknęłam cicho ze złości, ziewnęłam i przeciągnęłam się. W jednej chwili otworzyłam szeroko oczy, bo łapa ześlizgnęła się ze śliskiej gałęzi i mało brakowało, a spadłabym z wysokości 14 metrów. Marnie by było...
Kiedy już zgramoliłam się z drzewa, spojrzałam na nie. Prychnęłam cichym śmiechem na widok roztaczający się nade mną. Brego spał chyba bardzo niewygodnie, bo jego wielkość raczej marnie się miała do tej gałęzi, na której spał. Blind była rozpłaszczona na swoim miejscu, Hakai leżał na plecach i miałam spore podejrzenia, że będzie dzisiaj jęczał. Andromeda natomiast zwinęła się w kłębek i spała spokojnie. Jednak gdy przekrzywiłam trochę głowę spostrzegłam, że koło niej leży inny wilk którego nie znam zupełnie. Pomyślałam, że to Zafiro - jej brat. Bo przecież by się obudziła, jakby coś było nie tak, prawda? Poza tym, Andzia mówiła jak on wygląda, a ten wilk zgadzał się z opisem więc...
Podreptałam dalej. Śnieg sięgał mi prawie do szyi. Ze swoim wzrostem nie byłam z tego zbyt zadowolona. Taki Brego to w ogóle się nie musi przejmować, a i reszta nie jest w złym położeniu. Tylko ja jestem takim kurduplem, któremu tylko łeb wystaje. Oooo, matko!
Idąc sobie tak przez śnieg nie zauważyłam, że wlazłam na lód, a konkretnie - zamarzniętą rzekę. Kiedy postawiłam pierwszą łapę, nie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Jednak stawiając ostatnią łapę, wiedziałam już co się święci. Uśmiechnęłam się pod nosem i stanęłam sztywno na lodzie. Ślizgałam się chwilę w miejscu, bo musiałam sobie jakoś wyrobić równowagę a potem pojechałam do przodu. Wirowałam na lodzie i śmiałam się wariacko. W pewnym momencie mną zakręciło i jechałam tyłem. Jednak kiedy się odwróciłam, okazało się, że tuż przede mną jest...
- Wodospad! - wrzasnęłam i w tym samym momencie z niego spadłam.
Cóż, szykuje się dłuuuuuuuuuuuuugi powrót do zdrowia, pomyślałam spadając. Nie wyglądało to obiecująco - taki upadek z zamarzniętego wodospadu. Jednak kiedy zbliżałam się do tafli, olśniło mnie! Skrzydła, no jasne! Zatrzepotałam nimi i po chwili w spokoju usiadłam na tyłku, w miękkim acz zimnym puchu.
- Ale ze mnie ciapa! - powiedziałam do siebie. - Skrzydła, no! Matko, tak dawno ich nie używałam, że zapomniałam, iż je mam. - zaśmiałam się cicho i wstałam. Zrobiłam krok i runęłam w zaspę. Znów wystawała mi ze śniegu tylko głowa.
- Pomóc ci? - usłyszałam za sobą. Obejrzałam się, a raczej przekoziołkowałam pod śniegiem i ujrzałam wilka, który stał niedaleko, patrząc na mnie dziwnie. Nie znałam go, a już mu zazdrościłam, bo jemu śnieg sięgał do brzucha. - Nie wygląda to dobrze. Poza tym, pewnie coś sobie zrobiłaś spadają z Wodospadu. - dodał, wskazując głową w tamtym kierunku.
Odkaszlnęłam śniegiem i wyciągnęłam szyję trochę wyżej.
- Nie dzięki, poradzę sobie. Poza tym, nic mi nie jest. Nie pierwszy raz. - zaśmiałam się.
Wilk przyjrzał mi się, a raczej mojej głowie.


<Urineseriano?>

sobota, 3 stycznia 2015

Jesteśmy, kim jesteśmy... I nic tego nie zmieni, wiec zamiast z tym walczyć, należy to zaakceptować.


Imię: Urineseriano
Przezwisko: Uri
Wiek: 3,3lata
Płeć: Basior
Punkty Walki: 6
Czym Ty jesteś?: Kundel wilka z psem
Co robisz najlepiej?: Uri o dziwo doskonale się wspina, wlezie na wszystko, drzewa, skały czy inne dziwactwa. Nie jest zbyt silny, ale dość szybki i inteligentny. Uwielbia łamigłówki, jest typem odkrywcy, po prostu kocha nowe, tajemnicze i ciekawe. Jest bardzo cichy i potrafi stać się niewidoczny, świetnie tropi i posiada zdolność dedukcji co czyni go wybornym szpiegiem. Umie także udawać kogoś kim nie jest.
Rodzina: Matka była zwykłym wiejskim psem, a ojca nawet nie poznał.
Partnerka:-
Potomstwo:-
Klan: Nic z tych rzeczy, działa sam.
Stanowiska/ Ranga: Szpieg/Omega
Charakter i Osobowość: Jest raczej miły i potulny, a także skryty i niepewny. Zachowuje się jak mały, zagubiony szczeniak. Takie wrażenie o nim potęguje pewna przypadłość przez którą musi robić wszystko co mu się karze. Mało mówi, jest cichy, ale dokładnie słucha i planuje niemal każdy krok.
Dodatkowy Opis: Uri jest szarym i mało rzucającym się w oczy wilkiem. Pospolity wygląd ułatwia mu wmieszanie się w tłum, to co go wyróżnia to liczne blizny na ciele.
Styl Walki: Raczej nie walczy, woli załatwiać wszystko po cichu i z planem. Gdy już dochodzi do walki, z reguły używa jakiejś nieczystej sztuczki by okpić przeciwnika.
Song Theme: Bryan Adams - Sound the Bugle
Hobciostki: Uwielbia patrzeć w niebo, może to robić godzinami.
Historia: Urodził się na wsi, jego matka była zwykłym psem i jego tak traktowano. Jako szczeniak mieszkał u swojego pana, z początku było przyjemnie, nie musiał polować, zawsze miał jedzenie i nie musiał się bać bo miał dach nad głową. Stał się niemal domowym pupilkiem. Długo to nie trwało, jak tylko podrósł czas było na tresurę i pracę. On jednak nie chciał nikogo słuchać i nic robić, odzywała się w nim część wilczej krwi. Jego pan zły z braku pożytku z psa, bił go nieustannie. W końcu Uri zaczął słuchać co mu się karze i zostało tak do dziś. Któregoś dnia jednak, rozzłoszczony rzucił się na niego po czym uciekł do lasu. Z począdku nie umiał sobie radzić, pomógł mu samotny, stary Lis. Gdy wszystkiego się nauczył ruszył dalej sam, przez długi czas wędrował sam, aż w końcu trafił tutaj.
Vigle Verty: 5٧ 
Właściciel: Anonim (proszę nie ujawnić kim jestem :P)

czwartek, 1 stycznia 2015

Moje Wariatki! :D

        Z moich dwóch opowiadań się wywiązałam - na szczęście - i teraz Wam daje polę do popisu, gdyż mnie nie będzie przez parę dni :/
Wysyłać opowiadania można wciąż do mnie, a ja będę je wsatawiać, ale nie będę w stanie ich pisać, więc teraz - po dość długiej przerwie, którą Wam zafundowałam moim zwlekaniem się - macie możliwość wypisania się do woli x3
Nie wiem ile nie będę mogła pisać, ale wciągu pięciu dni powinnam powrócić, jak się pojawię to chcę mieć co czytać i na co odpowiadać, więc do roboty dziewczyny! o.O
Tak w ogóle to chciałam przeprosić za to, że tak długo zajęło mi wstawienie tych dwóch opowiadań, mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, a ja postaram się uwijać szybciej ze wszytskim w przyszłości - takie moje noworoczne postanowienie ;)

Chciałam też Wam życzyć szczęśliwego nowego roku, żeby nie był on gorszy - a wręcz, by był lepszy - od poprzedniego, pozdawania wszytskich klas, dobrych ocen i przede wszystkim zdrowia - bo bez niego to kaplica - a na ostatek - DUŻO WENY! :D

Sin of Sorrow x3

Od Blindwind do Jenny i Andromedy - Przyjaciel

        - Mordo moja, jak ja cieszę, że cię mam! – powiedziała głośniej radosnym głosem Blindwind ściskając go mocno raz jeszcze, po czym oderwała się od jego wielkiego cielska – No! To teraz moja kolej, żeby wam coś opowiedzieć! – rzekła rześko, chwytakjąc upuszczony patyk z na wpół wbitym zającem, z którym trudno było jej się dzisiaj uporać.
Chwilę jej zajęło, żeby porządnie go nabić na kija, ale kiedy w końcu to uczyniła to usadowiła się wygodnie na śniegu, oparła plecy o spory głaz, a tylne nogi wywaliła do przodu, grzejąc zmarznięte łapki w ciepełku. W przednie łapki chwyciła badyla oraz nachyliła go ostrożnie nad wysokimi płomykami. Westchnęła i z wesołym uśmiechem rozejrzała się po zebranych. Miała stąd genialne strategiczne miejsce, bowiem widziała wszytskich wraz z większością polanki, a do tego mogła się wygodnie rozsadzić przy cieple ognia. Wprost wybornie!
- No dobra! Zaczynami! Pozwólcie, że wyjdę z tych smutności, bo jak na wesołe klimaty wariatów to męska strona naszego zgromadzenia wybrała sobie strasznie smętne przygody swojego życia. – spojrzała wymownie na Hakai i aż przymrużyła oczy – Potrzeba tu muśnięcia kobiecej łapy, bo ognisko zaraz przerodzi się w stypę. – w tej chwili zamyśliła się lekko próbujac wybrać jakąś historię, fakt miała na to wystarczająco dużo czasu, jednak nie umiałam się wciąż zdecydować. W zamyśleniu patrzyła się zastanawiająco na bujające się smętnie łapki zajączka, które wprawiała w ruch kręcąc delikatnie patykiem w lewo i w prawo i w lewo i prawo – Kurde blaszka! Nie wiem co dla was wybrać! – burknęła  w końcu zirytowana.
- Byleby jeszcze tej nocy. – doradziła Dżej.
- Już wiem! – krzyknęła Kruk zarazpo tym jak Jenna wypowiedziała ostatnią sylabę – Już wiem, już wiem, wiem, wiem!
- Słuchamy. – ponaglił ją Hakai z uśmieszkiem pod nosem.
~ No dobra, bez przedłużania, słuchajcie mnie, moi zacni wariaci, gdyż opowieść ta ciekawą jest!
Przemierzaliśmy z Renji’ m lasy, szukając jakieś stromej i wysokiej góry, gdyż już bardzo dawnego czasu nie wspinałam się po skałach, a jest jedno z moich ulubionych zajęć! Aż mnie normalnie ciągnęło do najwyższych wieszochłków! Ale nie... „Dawno się nie wpisnałaś.”, Poćwicz wpierw trochę.’, „A co jeżeli Ci się coś stanie?” te słowa towarzyszyły mi przez całą drogę do podnóża góry. Ale co tam! Tyle czasu już z tym ptaszyskiem spędziłam, że zdążyłam się do tego jego marudzenia przyzwyczaić... Wiecie, w pewnym momeńcie tak jakby po porstu te irytujące słowa stają się tłem w głowie, coś takiego jak uciążliwe bzyczenie komara.
Aż w końcu postanowiłam go podejść! Bo wiecie, jak tak papla i papla to jak mu się nagle zada pytanie, to bez namysłu na nie odpowiada...
******
- (...) Wilki z twoim przypadkiem wzrokowym powinny trzymać się ziemi, a nie...
- Renji, powiedz, gdzie jest najbardziej strona ściana? – wtrąciła Blindwind patrząc w górę i choć nic nie widziała wychwytywała zapachy oraz dzwięki, których było o wiele mniej niż w sercu lasu, próbując wyobrazić sobie w głowie otoczenie.
- Wydaje się, że ta na lewo, na samym skraju lasu. No, kontynu... Ej! Zaraz! Stój! Nie! Wind! Wracaj!
- Za późno! – krzyknęła dziewczyna posyłając mu oczko i pędząc już w stronę wskazaną przez towarzysza.
- Czy ty, do cholery jasnej, nie rozumiesz, że się o ciebie martwię i próbuję cię ustrzec przed rozplaskaniem się na dnie kanionu? – rzekł Renji lecąc tyłem oraz usiłując jej jakoś zagrodzić drogę.
- I kochany jesteś za to, ale uwierz, nie potrzebnie. – próbowała go przekonać Wind wymijając go ile sił, aż w końcu poddała się, schyliła głowę i popędziła przed siebie.
******
Dorałam w końcu do dość niejasno wskazanego mi miejsca i po długim czasie obmacywania skał oraz sprawdzania ich kąta nachylenia, nie mówiąc już o stabilności, podjęłam się wspinaczki, z Renji’m tuż nad głową. Potrójnie wtedy zwracał uwagę na to gdzie stawiam łapy wiedząc, że nie wybije mi tego pomysłu z głowy upewniał się przynajmniej, że nie postawię łapy na jakimś niestabilnym kamieniu. Momentami było to przydatne, ale przez większość czasu próbowałam znaleźć swoją własną drogę. Co to za zabawa łazić po górach, kiedy ktoś ci wyznacza ścieżkę, którą masz iść? Żadna! W końcu przekonałam Renji’ego, że nie musi tak dużo gadać, że wystarczy jak mnie ustrzeże przed niestabilnościami, chociaż sama sprawdzałam dokładnie każdy kamień, zanim postawiłam na nim w cały swój ciężar ciała.
Muszę przyznać, że torchę mi się wypadło z wprawy, bo musiałam częściej niż zwykle robić postoje na skalnych półkach i odpoczywać. Ale nawet to było niezłą zabawą, bo nasłuchiwanie górskich kozic to idealne zajęcie dla zabicia czasu. Kocham słuchać jak ich kopyta klekocą o zbocza górskie. Uwierzcie, gdybym chociaż widziała skrawek świata przez te oczy to napewno bym wkroczyła wśród te kozy i hasała wraz z nimi po najstromszych zboczach!
Wspinaliśmy się tak... ja wiem? Ze trzy dni zanim dotarliśmy tak gdzieś do połowy góry. Tam postanowiłam zapolować na jakieś gryzonie i znaleźć jakiś strumczek, żeby móc się napić, gdyż pamiętam dobrze, z pragnienia aż mnie w gardle paliło. I nie uwierzycie co tam znaleźliśmy razem z Renji’m! No, kto z gadnie? Które z was? – Wszyscy zamilkli, gdyż tylo diabli wiedzą co Blindwind mogła znaleźć takiego specjalnego na jednej ze swoich licznych wypraw – Skrzynkę! Tę skrzynkę, w której Brego trzymał pierścienie! – wszyscy wytrzeszczyli oczy, a Brego aż opadła szczęka i zarżał cicho – Znaczy się, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ta szkrzynka, ale teraz po twojej historii to domyślam się, że była to owa skrzynka...
******
– Ej, Renji! Patrz co znalazłam! – zawołała do towarzysza wadera trącając znalezisko łapą – Co to jest? - zapytała biorą kwadratowy przedmiot do łap i obracając go, nigdy wcześniej nie miała nic podobnie twardego i kańcisatego w łapkach, bardzo ją ta rzecz interesowała.
- Skrzynka. – stwierdził kruk podlatując – Ej, pokarz, też chcę zobaczyć.
- Nie!– warknęła niespodziewanie wrogo dziewczyna, przerywając zabawę klapką, sama aż się zdziwiła ze swojej reakcji – Moje. – dodała spokojniej.
- Ah tak? Zobaczymy. – mruknął Renji i rzuciła się do skrzynki, chwytając pazurkami za wieko.
Wadera nie miała zamiaru mu ustąpić, zaprał się tylnymi łapami o ziemię, a przednimi trzymała silnie swoje znalezisko. Dwójka przyjaciół szarpała się o pudełko z taką zawziętością, jakby miało to przeważyć nad życiem któregoś, a bluźnierstwa i klęcia słychać było na całym zboczu góry.
- Puść!
- Puszczaj! Ja to znalazłam!
- Ale ja to chce!
- Ja też to chcę!
- To znajdź sobie drugie, ja chcę to!
- Puszczaj, jak mówię, że moje to moje!
- A w życiu, co twoje to i moje!
- Bo cię tam wsadzę i zamknę!
- PUSZCZAJ! – krzyknęli w tym samym momencie i szarpneli.
Słychać było tylko ciche kliknięcie i wieko odczepiło się od reszty skrzynki. Oboje wypuścili z łap to co zostało im ze znaleziska i padli na plecy. Drewniane pudełko sturlało się po zboczu góry, wywołując wodospad pojednyńczych kamyczków.
- I popsułeś. – stwierdziła obojętnie Blindwind patrząc za odjeżdżającym na fali kamyczków wieczku.
- I dobrze, przynajmniej spór się zakończył. – rzekł Renji wstając z ziemi.
******
To było naprawdę dziwne... Nigdy wcześniej nie kłóciłam się z Renji’m o nic, wszystko co znaleźliśmy było wspólne, albo niczyje. Klątwa niezgody widocznie krążyła nie tylko nad pierścieniami, ale też i nad skrzynką. Byliśmy serio zaskoczeni tym zajściem, ale na szczęście wybaczyliśmy sobie wzajemnie i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej po części, gdyż następnego dnia nasze życie przeżyło obrót o 360 stopni, kiedy to znaleźliśmy dość dużą, ciekawie się zapowiadającą jaskinię.
Weszliśmy do środka, było tam tle zakamarków, strumyków, mniejszczych jaskiń i szczelin do zwiedzania, że szliśmy w ślimaczym tępie... I znalazłam tam przy okazji parę fajnych śmieci, które teraz zdobią moje półeczki w jaskini... ale sęk w tym, że cały czas miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje... I wiecie co? Miałam rację!
 ******
- (...) Renji! Patrz ile tu jest fajnych bibelotów! Nie mogę uwierzyć, że ktoś to wszytsko tu tak po prostu zostawił!
- Em... Blindwind?
- Patrz na to! Ej, ej, co to w ogóle jest... Oj! Upss...
- Wind! – krzyknął w końcu zirytowany Renji, jednak w jego głosie słychać było strach.
- Czego? – spytała Kruk odwracając sie w końcu, obładowana znaleziskami, które wygrzebała. Jednak ptak udpowiadać nie musiał, gdyż dziewczyna zdołała wyczuć obecność drugiego osobnika – Renji? Gdzie jesteś? – zapytała nieco poddenerwowana, nie mogąc zobaczyć co się dzieje.
- Tuuu jeeesst... – usłyszała nagle mroczny głos znad swojej głowy, który spowodował, że przeleciały jej ciarki po plecach.
- Em... Tu, znaczy gdzie? – dopytała się niepewnie, czuła obecność swojego przyjaciela, jednak nie mogła go zlokalizować – Do cholery, odezwij się! – warknęła sfrustrowana.
- Kruk, nad tobą, odsuń się, złapał mnie! Uciekaj! Nie dasz mu rady, jest ogromny! – usłyszała spanikowane kraczenie, które poszło echem po całej jaskini.
Blindwind odwróciła się i spojrzała do góry, jej wielkie zielone oczy usiłowały coś dojrzeć, jednak bez skutku.
- Nigdzie nie pójdę, przecież cię tu nie zostawię. – powiedziała cicho Wind, choć nogi trzęsły się pod nią jak galareta – Em... Czy mógłbyś mi oddać przyjaciela, zaraz się stąd zabierzemy... Przepraszam za grzebanie w twoich rzeczach. – wybełkotała niepewnie, próbując zwrócić głowę w kierunku nieznajomego, ale straciła go z „radaru”, jakby rozpłynął się w powietrzu – Są bardzo fajne. – dodała i uśmiechnęła się.
- Tu jesteśmy, tutaj. – usłyszała za sobą pogardliwy głos.
- Jest was dwóch? – zapytała zaskoczona.
- Zaraz, zaraz, Skarbie... – jego głos zmienił nagle ton na nieco delikatniejszy i wyższy, wyczuła też od niego zainteresowanie – Nie widzicie nas? – zapytał przyglądając jej się. Podszedł do ostrożnie i pomachał jej łapą przed nosem.
- Nie zbliżaj się do niej! – usłyszała Renji’ego.
- No tak jakby. – potwierdziła Blindwind siadając i odsuwając sie nieco – Mój przyjaciel, ten którego trzymasz w łapie, działa trochę jak moje oczy, więc... Mógłbyś mi go oddać? Ciężko mi będzie bez niego.
- Oczywiście, Skarbie! Cośmy narobili! Wybacz nam, oddajemy! – usłyszała zachrypnięty, piskliwy, jakby spanikowany głos – NIE! – huknął nagle, a dziewczyna aż podskoczyła – Nie oddamy! Jest nasz! Zjemy go!
- Zaraz nie! Proszę zostawcie go! – krzyknęła Wind i rzuciła się na oślep do przodu, żeby ratować przyjaciela, jednak podknęła się o nierówność i poleciała jak długa do przodu.
W ostatniej chwili poczuła jak czyjaś łapa zaciska jej się na karku i podnosi ją do góry. W pewnym momeńcie straciła ziemie spod nóg i wisiała w powietrzu, trzymana olbrzymim łapskiem za skórę na karku. Pokręciła głową. Obecność nowego osobnika mąciła jej w głowie, nie potrafiła już nawet wykryć dużych nierówności przed sobą, gdyż fale sprzecznych emocji bijące od potwora wszystko zagłuszały.
- Uważajcie, bo jej krzywdę zrobicie. – usłyszała jego głos tuż przed sobą, a dość nieświeży oddech zakręcił jej się w nozdżach – To po kija się rzuca, jak głupia? Bo ukradliście jej przyjaciela! Aj tam, ukradliśmy... Pożyczyliśmy. To go oddajcie, jakbyście się czuli gdyby wam oczy wydłubali i przyjaciela zabrali? – zapadła chwila ciszy, a od samca czuć było irytacje, żal i niepewność – No dobra, dobra, trzymajcie. - w tym momencie Renji został jej wepchnięty w łapy, a ona sama została postawiona na ziemi – Straciliśmy przez was obiad, Skarbie...
Wind usłyszała odchodzące kroki i cichnące mamroczenie pod nosem.
- Ej, ej! Czekaj! – zawołała za nim Blindwind.
- Co Ty wyprawiasz?! – zapytał spanikowany Renji.
Coś w tym osobniku ją zainteresowało... Był inny... Samotny, do tego stopnia opuszczony, że w jego głowie zawitała druga osoba, osoba, która nie istniała dla całego świata, ale mąciła jemu jednemu umysł. Z jednej strony miał przyjaciela na całe życie, ale z drugiej śmiertlnego wroga. Wadera nagle poczuła doń wielką symaptię, chciała zrobić coś dla tego stwora, nie chciała żeby wracał do swojeje jaskini, zaszywał się w niej na nowo i czekał nie wiadomo ile na jakiegoś zbłąkanego ptaszka, żeby zrobić sobie z niego posiłek. Chciała się z nim zakolegować, zobaczyć, może coś dlań zrobić, żeby nie czuł się taki samotny, kto wie? Może znajdzie w nim dobrego kolegę, a może nawet przyjaciela?
- Do nas mówicie, Skarbie? – przybysz staną i kątem oka spojrzał na waderę, nie odwracając się cały, zaskoczony że wilczyca jeszcze się nie odwróciła i nie uciekła – Do nas?
- Tak, tak do ciebie. – powiedziała wesoło i pomerdała ogonem – Jak masz na imię? – rzuciła pytaniem.
Hybrydzie aż opadła szczęka i spojrzał na nią wielkimi oczyma. Odwrócił się powoli, zaczął kroczyć w jej kierunku. Renji widząc go schował się między łapami przyjaciółki, dygocząc cały.
- Pytają się nas o imię, Skrabie. – wyszeptał, stojąc parę metrów od niej – Zwariowała? – usiadł i wplepił w nią wzrok, a dziewczyna zachichotała, rozbawiona falą zaskoczenia i niedowierzania, która wypłynęła od stwora – Być może, Skarbie, bardzo prawdopodobne.
- Nie wygłupiaj się, tylko powiedz. – ponagliła wilczyca – Ja mam na imię Blindwind, możesz mi mówić Kruk. Mój tuchrzliwy i niezbyt przyjacielski kolega tutaj nazywa się Renji, a ty? – powtórzyła pytanie, mając nadzieję, że to ośmieli samca.
- B... Brego na nas mówili niegdyś. – powiedział w końcu – Arrow nas zwali, ale to dawne czasy były, kiedy na tych skrzydłach pruliśmy przez przestworza... Czemu, Skarbie, czemu nie uciekliście? Byliśmy niemili, chcieliśmy zjeść waszego przyjaciela... Czemu jeszcze tu jesteście? – zapytał nagle zbliżając się o krok i znów siadając, pochyliwszy głowę przyglądał jej się uważnie.
- Czemu? Bo ja mam przyjaciela, o tu chowa się między moimi nogami... Ale ty, ty go nie masz. – stwierdziła z sympatią w głosie – I chcę ci pomóc jakiegoś zdobyć.
- Mieliśmy przyjaciół... Wielu ich mieliśmy... Ale nas opuścili, opuśili nas i przez nich siedzimy tutaj, w cieniach jaskiń się snujemy, czemu mamy ufać wam, że wy nie opuścicie nas, tak jak oni. – niski ton jego głosu spowodował, że luźne kamyczki osypały się z sufitu, po tym jak odbiło się od nich echo.
- Nie dowiesz się, póki nie spróbujesz. – powiedziała Kruk, nie za bardzo wiedząc jak go zapewnić – A po drugie, każdy zasługuje na drugą szansę, a gdy ona się pojawia, warto z niej skorzystać.
Zapadła cisza, w której znów Wind miała lekkie zakłócenia, bo widocznie Brego w myślach sprzeczał się sam ze sobą, nie wiedząc jaką podjąć decyzję.
- No dobra, Skarbie... Sprawdzimy. – powiedział w końcu – Ale pod jednym warunkiem - jak nas opuścicie, to znajdziemy was i zjemy, zjemy w całości.
Kruk spojrzała na niego nieco zbita z tropu, ale po chwili pokiwała niepwenie głową, zdając sobie dopiero poźniej sprawę że wpakowała się w niezmierne tarapaty.
- Okeyo, niech i tak będzie. – zgodziła się, a Renji skrzeknął tylko bezradnie kręcąc głową.
Nagle po całej jaskini rozniosło się głośne rżenie radości. Hybryda zaczęła wysoko podskakiwać ze szczęścia.
- Mamy przyjaciela! Mamy! – krzyczał, po czym przestał skakać i spojrzał na nich, uśmiechając się mroczne – I zapewniony obiad... hehe... he... hehehe...
******
No i tak oto poznałam mojego drugiego najlepszego przyjaciela, zabwana sprawa, co nie? ~
Blindwind zamilkła i z wielkim uśmiechem na pysku rozejrzała się po zebranych.



Jenna? Andromeda? ^^